fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Lasota: Opowiastki wigilijne

AdobeStock
Wracam do domu i włączam telewizor. Wiem, to brzmi okropnie, lepiej byłoby napisać: „wracam do domu i spokojnie czytam Senekę w oryginale", ale telewizor jest mi potrzebny do tego felietonu. Słyszę pytanie: „Czy Jezus był Żydem?", więc chcę natychmiast zmienić kanał, bo ile można, ale zanim to robię, słyszę zdecydowaną odpowiedź: „Absolutnie nie, Jezus był Palestyńczykiem". Okazuje się, że program, na Foxie, jest bożonarodzeniowy – o Betlejem – i niezbyt rozgarnięty reporter wciąga mieszkańców w debaty teologiczno-antropologiczne.

Przypomniałam sobie pobyt w Betlejem w 2002 r., kiedy zostałam zaproszona na dyskusję przez radę miejską o tym, co robić, a właściwie co inni robią, w zonach konfliktu. Miasto było opustoszałe, wszystkie sklepiki były zamknięte, nawet przed wejściem do bazyliki Narodzenia Pańskiego nie było turystów. Nic dziwnego, skoro było to w połowie tak zwanej drugiej intifady, kilka miesięcy po trwającym 40 dni oblężeniu bazyliki, w której terroryści Palestyńscy schronili się przed wojskami Izraela, porywając przy tym zakładników. Było to też niedługo po tym, gdy rakiety izraelskie mocno uszkodziły Mukata'a – rezydencję Jasera Arafata w Ramallah.




Mimo stanu wojennego dojechałyśmy do Ramallah – stolicy Autonomii Palestyńskiej – i mogłam zobaczyć rozbite budynki oraz rozwalone luksusowe samochody, z których podśmiewali się stojący obok nas Palestyńczycy. Popularność Arafata zniżkowała wówczas i podniosła się dopiero po kolejnych atakach Izraela na Mukata'a. Drugi raz muszę się przyznać w tym felietonie do czegoś wstydliwego. Zapamiętałam wyjazd do Ramallah przede wszystkim z powodów, że tak powiem, gastronomicznych. Zatrzymaliśmy się w prostej restauracji – wśród nas był pewien palestyński działacz organizacji pozarządowej, który – jak to często z nimi bywa – niedługo potem został ważnym ministrem. Zamówiliśmy zakąski i wtedy zaczęła się strzelanina, wszyscy więc daliśmy nurka pod stół. Kiedy wynurzyliśmy się na powierzchnię, zaczęliśmy jeść i po kilku kęsach powiedziałam, że to, co jem, nie przypomina humusu. Oczywiście, powiedział kelner, to nie jest humus, tylko móżdżek. Byłam po tym doświadczeniu chora przez kilka dni. Krwiste mięso i móżdżek – tam przebiega moja czerwona linia.

A propos, bardzo polecam ostatni film z Tomem Hanksem „Cóż za piękny dzień". Bohater tego filmu Fred Rogers, telewizyjna postać, która wychowała całe pokolenie dzieci przed pojawieniem się gier komputerowych, mówi: „Jestem wegetarianinem, bo nie chcę jeść niczego, co ma matkę".

Wracając do Betlejem, chociaż miasto miało już tylko około 20 procent ludności chrześcijańskiej, w radzie miejskiej stanowiła ona większość. Kiedyś stanowiła w mieście prawie 80 procent. Oczywiście terminologia jest mocno poplątana. Mądrość powszechna zakłada często, że terminy Arab, muzułmanin, Palestyńczyk są tożsame, a co najmniej wymienne. W polszczyźnie termin „Arab chrześcijanin" brzmi jak oksymoron, a i Wikipedia, chcąc uciec przed trudnościami, pisze, że Palestyńczycy to „potomkowie ludów, które mieszkały w Palestynie bez przerwy i którzy są dziś kulturowo i lingwistycznie Arabami". Ale Arabowie są definiowani przede wszystkim geograficznie, i ta sama Wikipedia w innym artykule podaje, że różne plemiona arabskie przyjmowały chrześcijaństwo i judaizm.

Jednym słowem, życie jest skomplikowane i bez badań DNA nie można za wiele ustalić. Przemądry i wszystkowiedzący Walter Laqueur objaśniał mi kiedyś zagadki nazwiska Haddad. Jechałam do Algierii z kimś o tym nazwisku i próbowałam zgadnąć, kim on jest. „Jeśli jego rodzina pochodzi z Egiptu – to jest on muzułmaninem – mówił Laqueur, jeśli z Libanu – jest chrześcijaninem, a jeśli z Iraku – żydem". Spotkałam potem kilku Haddadów – i zawsze się to sprawdzało.

Ale jeżeli ktoś myśli, że największe spory przebiegają między wyznawcami trzech największych religii monoteistycznych, to się myli. Mądrzy sułtani otomańscy – panujący nad Ziemią Świętą przez czterysta lat – próbowali zaprowadzić porządek wśród walczących ze sobą chrześcijan i wprowadzali regulaminy określające zakres administracji poszczególnych Kościołów chrześcijańskich. Mimo tych regulaminów dochodzi od czasu do czasu do gorszących walk fizycznych, zwłaszcza w bazylikach Narodzenia i Grobu Pańskiego, zwłaszcza między ormiańskimi i greckimi zakonnikami. Do akcji wkracza wówczas policja izraelska.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA