fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Social media – przegrani wyborów w USA

social media
AdobeStock
Amerykańskie wybory prezydenckie mają więcej niż jednego przegranego. Porażkę poniósł nie tylko Donald Trump, ale także inny gracz, który w 2016 r. pokazał swoją siłę – media społecznościowe.

Cztery lata temu, gdy ich wpływ na wybory stał się tak widoczny, zostały oskarżone o wszystkie możliwe zbrodnie przeciwko demokracji. Co gorsza, część oskarżeń była prawdziwa. Niedawno w wywiadzie Christopher Wylie, były dyrektor ds. badań Cambridge Analytiki, mówił mi, że wielkie platformy internetowe mają gigantyczny wpływ na nasze życie, zdrowie, debatę publiczną, ale nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Budynek, nim wprowadzą się lokatorzy, musi być sprawdzony, podobnie samolot potrzebuje testów, zanim weźmie na pokład pasażerów. A w przypadku mediów społecznościowych? Nic takiego. Tworzysz platformę, której zaczyna używać miliard ludzi, i nie odpowiadasz za skutki uboczne.

Kampania w 2016 r. pokazała, jak niewiele trzeba, by wykorzystać internet do dezinformacji. Jak łatwo np. Rosjanie mogą ingerować w debatę publiczną. Symptomatyczne było włamanie dokonane przez rosyjskich hakerów na serwery demokratów i wykradzenie e-maili najważniejszych przeciwników Trumpa, a następnie wrzucenie ich do sieci.

Dlatego w tym roku największe platformy internetowe postanowiły, że będą robiły wszystko, by nie stać się narzędziem manipulacji i dezinformacji. Tu symboliczne były wydarzenia, do których doszło tuż przed wyborami. Dziennik „New York Post" ogłosił, że wszedł w posiadanie e-maili Huntera Bidena mających dowodzić, że w przeszłości, prowadząc interesy na Ukrainie, syn wykorzystywał pozycję swojego ojca Joe Bidena, wówczas wiceprezydenta u boku Baracka Obamy. Sprawa ukraińska ma swoją wagę w amerykańskiej polityce. Pod koniec 2019 r. stała się podstawą do rozpoczęcia nieudanej procedury impeachmentu Trumpa, kiedy wyszło na jaw, że miał wymuszać na władzach w Kijowie wznowienie śledztw dotyczących rodziny jego głównego konkurenta w wyborach.




Jak media społecznościowe zareagowały na doniesienia „New York Post"? Najmocniej zadziałał Twitter, który uniemożliwił linkowanie do rewelacji gazety i blokował konta tych polityków, którzy próbowali to zrobić. Powołał się na swoją zasadę uniemożliwiającą tzw. hack'n'leak, czyli publikowanie na TT materiałów pochodzących z ataków hakerskich. Facebook z kolei ogłosił, że będzie za pomocą algorytmów ograniczać zasięgi artykułu „NYP" do czasu, aż zostanie on zweryfikowany. Republikanie uznali działanie Twittera za skandaliczną ingerencję w kampanię wyborczą. Kilka dni później firma zdjęła zakaz z linków do tekstu „Posta".

Próbując uniknąć błędu sprzed czterech lat, największe firmy zareagowały arbitralnie. Trump w kampanii opowiadał niestworzone rzeczy, ale ograniczenie rozprzestrzeniania informacji, która była niekorzystna dla Bidena, nawet jeśli wynikało ze słusznych pobudek, nie jest żadnym rozwiązaniem. Irytacja republikanów na to, że wielkie platformy przestały być neutralne i stały się stroną kampanii, nie była bezzasadna. Zresztą te zarzuty nadal się pojawiają bo Twitter, który wciąż jest ulubionym narzędziem komunikacji Trumpa, ukrywał albo opatrywał jego wpisy specjalnymi komentarzami podważającymi ich prawdziwość. Choćby w tym tygodniu oznaczył kilka wpisów kończącego kadencję prezydenta komentarzem „Twierdzenie o wyborczym oszustwie jest kwestionowane".

To z pewnością dobrze, że media społecznościowe zdały sobie sprawę z tego, jak wielką odgrywają rolę. Kłopot w tym, że dotąd nie znalazły dobrego sposobu na to, by rozwiązać problemy, które same stworzyły.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA