fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Czas św. Nektariusza

AdobeStock
Szanowne pszczoły, drodzy miodosytnicy, to już? Pytam dla porządku, bo mam zamiar gorąco zachęcać, a później okaże się, że podaży niet. Z dorocznym, przedzimowym pisaniem o miodach pitnych mam zawsze dwa problemy i zacznijmy od drugiego, czyli zaskakującego braku podaży. Zaskakującego, bo jeśli w czymś Polska jest absolutnym mistrzem świata i okolic, to właśnie w produkcji miodów. Mamy więc produkt genialny, ale mamy go mało.

No, ale czy gdybyśmy go mieli więcej, to znaleźliby się chętni? Bo tu dochodzimy do problemu pierwszego, czyli uprzedzeń rodaków. Co starsi kojarzą, że miody pili Zagłoba z kompanami, ale oni robili dużo dziwnych rzeczy i nie wszystkie naśladujemy, prawda? Młodszym miód pitny jawi się jako miód ze słoika rozcieńczony bimbrem. I jak tu tłumaczyć, że mogą być miody niemal wytrawne? Że mają nie tylko piękne, owocowo-kwiatowe bukiety, że w smaku nie zaznasz klejącego, przesłodzonego ulepka? Że zamiast gęstej, ciężkiej i rozmemłanej cieczy mamy klarowne, lekkie, wręcz świeżutkie delikatne cacko?




Nie przekonam państwa i nie zamierzam. Nie wierzcie mi na słowo, spróbujcie sami. Rok temu polecałem wielkopolskie miody Imbiorowiczów, na początku nowego roku pewnie napiszę o miodach z Augustowa, ale dziś wrócę do moich ulubionych z Miodosytni Podlaskiej. Pisałem o niej, że z Saków bliżej na Białoruś niż do jakiegokolwiek polskiego miasta. Cisza, głusza, pus...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA