Plus Minus

Bogusław Chrabota: Polska, czyli historia pewnego gamonia

Rzeczpospolita
Można przyglądając się polskiemu sporowi o politykę Anno 2017, rwać włosy z głowy. Ale można też odwrotnie, próbować nań spojrzeć przez kolorujący rzeczywistość pryzmat europejskich analogii.

Wtedy, w istocie, nie jest aż tak źle. Przywódcy opozycji nie siedzą – jak liderzy katalońskiego separatyzmu – w więzieniach. Polskie ulice nie są – jak hamburskie – teatrem walk ulicznych czy – jak w Erfurcie – areną gorszących demonstracji AfD. Nie podpala się nad Wisłą domów dla uchodźców – jak w Niemczech, ani nie pacyfikuje nielegalnych miasteczek – jak we francuskim Calais. Nie więzi dziennikarzy ani nie wyrzuca z pracy setek tysięcy ludzi – jak w Turcji Erdogana. Nie ma rasizmu na skalę prześladowań Romów na Słowacji czy wojny domowej jak na Ukrainie. W tych wszystkich dyscyplinach jesteśmy szczęśliwie outsiderami.

Cannot send log message because exception Http_Exception_CurlError was thrown with message "cURL: Error: '7:couldn't connect to host' when sending request to:http://195.8.128.54/saxo-log".

Kraj nie jest podzielony żadną z istotnych linii. Nie ma zawiści południa wobec północy i niechęci północy wobec południa – jak we Włoszech. Nie ma całych miast i miasteczek kontrolowanych przez obcą cywilizacyjnie grupę etniczną – jak w Niemczech czy we Francji. Nie ma na koniec separatyzmów, które napędzałyby konflikt polityczny i traumatyzowały Europę – jak na wschodzie Ukrainy, w Belgii czy Hiszpanii. Także w tych dziedzinach Polska to kraj sielsko-anielski, gdzie mafijnymi chrzci się nie – jak w Italii – mordercze struktury cosa nostry czy camorry, ale „niewinne" urzędnicze układy korupcyjne, handlarzy paliw czy żelaznymi prętami.

Na Boga! – wypadałoby krzyknąć – trzeba mieć miarę w tym samobiczowaniu i domagać się szacunku wobec realiów w ocenie naszego kraju przez zagranicę. Krytykujący nas w czambuł Holendrzy i Niemcy w swoim zacietrzewieniu jakby nie dostrzegali problemów u siebie i całą troskę, niechęć, strach o przyszłość Europy wiązali z Polską i Polakami. Skąd więc ta ślepota? Te zawyżone standardy wobec mieszkańców kraju nad Wisłą? Ten nagły status klasowego gamonia, chłopca do bicia, troglodyty, który, niepilnowany, gotów jest wejść na salon i porozbijać kryształy?

Pierwszy powód – mam wrażenie – to historia. Nie zapomniano tej części świata wojny i Holokaustu. Tak, dla nas bez polskiej winy, ale dla reszty Europy i świata stereotyp, że Auschwitz wybudowano nad Wisłą nieprzypadkowo, wciąż obowiązuje. Już samo to każe patrzeć na ten skrawek Europy podejrzliwie, z obawą, jeśli nie wprost wyrażaną niechęcią. Absurdem historii jest, że pogląd ten żyje wśród Niemców, faktycznych sprawców największej zbrodni w dziejach. Ci słabo o niej pamiętają, a skądinąd zrozumiały mechanizm psychologicznego wyparcia z wdziękiem przekierowuje ich odpowiedzialność na anonimowych „nazistów" i międzynarodowych sojuszników.

Drugą kwestią jest historia powojnia. Oto więc po komunizmie przychodzi Solidarność. Klasowy gamoń nagle się budzi, podnosi ociężałe powieki, a jego oczy lśnią niespodziewanym blaskiem. Nagle i nieoczekiwanie kieruje na siebie wzrok całego świata. Dźwiga się do bohaterskich czynów i daje przykład innym. Upada, ale zrywa się ponownie, by tworzyć nową historię. Tak nas postrzegano w latach 80., tak zapracowaliśmy na kredyt zaufania, który otworzył nam bramy do NATO i Unii Europejskiej. I potem jeszcze ten wysiłek gamonia, który zaczął się stroić w szatki nowoczesnego neoliberalizmu, obyczajowej postępowości, marketingów, rynków kapitałowych i LGBT. I nawet był przez chwilę prymusem. Pokazywano go jako wzorzec dla wolniej się rozwijających kolegów i koleżanek z klasy pod specjalnym nadzorem.

I nagle ciach. Gamoń zrywa pęta. Zrzuca liberalny mundurek. Daje władzę dzikusom, którym w głowie już cokolwiek innego niż pindrzenie się przed Brukselą. A oni zaczynają rozrabiać. Europa w szoku. Skąd ten regres? – pytają jej liderzy. I dokąd doprowadzi? Czy z powrotem w mroki komunizmu? A może jeszcze gorzej? Czy nie wyzwoli przypadkiem demonów sojuszników owych krwawych (i ciągle bezpaństwowych) nazistów? To bolesne, bo przecież my, Polacy, nie mamy na sumieniu sprawstwa zbrodni takich jak sowieckie, niemieckie czy włoskie. Nie zamordowaliśmy carskiej rodziny. Nie przeżyliśmy hańby na miarę Vichy. Nie posłaliśmy swoich żydowskich braci do gazu jak Węgrzy. A nawet ratowaliśmy ich częściej niż inni, o czym świadczy pewna liczba drzewek w Yad Vashem. Podwójne standardy? Trudno ich nie zauważać. W istocie ciągle w nich tkwimy. Ale potem przychodzi taka chwila, że trzeba odsunąć pryzmat od oka. I wtedy jasno się widzi groźną analogię Marszów Niepodległości, samospaleń, których na zakrętach polskiej historii kilka było, i głębokich podziałów w rodzinach na miarę stanu wojennego. Kończą się żarty o gamoniach i cierpnie skóra. ©?

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL