fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bardziej niepoważny niż agresywny. Co zgubiło Donalda Trumpa?

AFP, Brendan Smialowski;
Donalda Trumpa można uznać za nieudaną receptę na kryzys amerykańskiej tożsamości. Ale czy zamykający mu dziś usta postępowcy niosą ze sobą nadzieję? Zależy komu.

Wydaje się, że Donald Trump nie ma dowodów na masowe i centralnie zorganizowane fałszerstwa wyborcze wymierzone w niego, a służące Joe Bidenowi. Co nie zmienia faktu, że reakcja większości amerykańskich mediów, czyli blokowanie wypowiedzi urzędującego prezydenta zamiast ich oceniania, jest co najmniej kontrowersyjna.

Zasada mówiąca, że dziennikarz polemizuje z czymś, czego wcześniej nie pokazuje, kojarzy się z praktyką społeczeństw niedemokratycznych. Jest to tym zabawniejsze, że to Trump był przez cztery ostatnie lata oskarżany o „autorytaryzm".

Jednocześnie problem wyborczych nieprawidłowości nie jest w polityce amerykańskiej czymś nowym. Ten system po prostu trudno ogarnąć. Wybory organizują stany, bez żadnej centralnej instytucji weryfikującej wyniki lub choćby pilnującej przestrzegania standardów. Pokusa stanowych urzędników, często powiązanych z bezwzględnymi partyjnymi organizacjami (trafnie nazywanymi „maszynami"), nasuwa się sama. Do tego dochodzą wątpliwości co do takich innowacji jak głosowanie korespondencyjne, wprowadzone w części stanów.

Gdzie są zawodowcy?

Ameryka przechodziła już kilkakrotnie wyborcze kryzysy. Kiedy w roku 1876 republikański kandydat Rutherford Hayes wygrał z demokratą Samuelem Tildenem, wobec sporu o prawomocność niektórych elektorów zdecydowano się po raz jedyny na rozstrzygnięcie centralne. Komisja złożona z przedstawicieli Izby Reprezentantów, Senatu i Sądu Najwyższego przyznała sporne głosy elektorskie kandydatom republikanów. Była to decyzja wątpliwa, choć w grę wchodziły oskarżenia o dyskryminację murzyńskich wyborców. Wtedy partią rasowej nierówności byli demokraci.

Po raz kolejny spór o wyniki zablokował wybór demokratycznego kandydata w 2000 roku. Chodziło o Ala Gore'a i głosowanie na Florydzie. Wydaje się, że republikańska administracja tego stanu dopuściła się wówczas rozlicznych nadużyć. Sprawę rozstrzygnął jednak Sąd Najwyższy, uznając, przewagą jednego głosu, że do powtórnego liczenia głosów nie ma podstaw i wygrał George Bush junior, republikanin.

W przypadku zwycięstwa Hayesa nad Tildenem doszło do politycznego targu. Demokraci uzyskali wycofanie armii Stanów Zjednoczonych z kilku stanów Południa, gdzie jeszcze wówczas stacjonowała. Pozwoliło to na stopniowe odsunięcie Murzynów od urn, a więc na wypchnięcie z tych stanów republikanów. W roku 2000 liczyła się postawa Ala Gore'a, który zgodził się z wyrokiem Sądu Najwyższego, ba, jako wiceprezydent przewodniczący Senatowi sam ogłosił niekorzystny dla siebie, możliwe, że „skręcony", wynik.

Były też przypadki bardziej „dyskretne". W roku 1960 przegranego republikańskiego wiceprezydenta Richarda Nixona namawiano, aby podważył zwycięstwo demokraty Johna Kennedy'ego. W kilku stanach, najmocniej w Teksasie i Illinois, dochodziło bowiem do cudów nad urną. Ale Nixon doskonale rozumiał, że takie nieprawidłowości wpisane są w system, który służy w różnych sekwencjach obu partiom. I że polityk, który wywróci stolik, zburzy jego stabilność. Gratulowali mu wówczas decyzji zarówno demokraci, jak i republikanie. On także ogłaszał wynik jako wiceprezydent. A w osiem lat później dostał nagrodę – sam został wybrany na najwyższy urząd.

Zostawmy odległy przykład Tildena. Z pewnością i Nixon, i Gore zachowali się tak, bo byli zawodowcami rozumiejącymi arkana amerykańskiej polityki. Donald Trump jest ulepiony z kompletnie innej gliny. Do polityki wszedł z zewnątrz, niejako podbijając Partię Republikańską. Celebryta, a nie spec od zakulisowych targów. Czy w związku z tym nie czuje się związany niepisanymi prawami politycznej gry?

Dlaczego Trump przegrał?

Można by go nawet kreować na podważającego złe obyczaje idealistę. Ale przecież Trump nie zna z pewnością prawdziwego rezultatu wyborów, a zamysł podważenia go wzmiankował od początku. Ba, sugerował już takie rozwiązanie w roku 2016 przy okazji starcia z Hillary Clinton.

To konsekwencja jego stylu politykowania: nieustannego prężenia muskułów, głównie za pośrednictwem internetu. Zastęp jego poprzedników stosował bardziej zróżnicowane środki. Możliwe, że właśnie obserwujemy, jak człowiek, któremu polityka wydawała się wielkim marketingowym projektem, na koniec ginie z powodu braku pragmatyzmu. I dochodzimy do pytania: Dlaczego poniósł porażkę?

Wprawdzie były redaktor naczelny „Wall Street Journal" Marcus Brauchli oznajmił w rozmowie z „Plusem Minusem", że „gdyby nie wirus, Biden by przegrał". Ale powiedział też: „Tym razem wyborcy wiedzieli, na kogo głosują: na człowieka, który choć nie buduje konsekwentnie systemu autorytarnego jak Putin czy Erdogan, to przecież ma tak silne skłonności narcystyczne, że jest gotów zmieść wszystko na swojej drodze, również instytucje demokratycznego państwa, aby dopiąć swego".

Można dyskutować na temat wyolbrzymianego zagrożenia, zresztą stanowi ono lejtmotyw debaty nad „trumpizmem" od momentu jego wyboru. Brauchli mówi jednak również rzeczy niepodlegające sporowi: „Spotkałem wielu miliarderów. Są często otoczeni klakierami. (... ) Trump od dzieciństwa był wychowywany w takim świecie. Nikt nigdy mu nie mówił »nie«".

To samo powiedział pod koniec kampanii w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej" prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista, który studził antytrumpowskie emocje przez całą kadencję. „On nie starał się, by ktokolwiek go lubił, nie zabiegał o sympatie ani elit, ani mas. A polityk powinien być lubiany. Tymczasem on walił między oczy to, co myśli, nie bacząc, czy to się podoba, czy wywołuje wściekłość. (...) Polityk tego nie robi, owija w bawełnę, nie szuka konfliktu. Gdyby Trump się do tego dostosował, darzono by go większą sympatią".

W ten sposób kończy się więc pierwszy eksperyment z politykiem zdobywającym pole za pośrednictwem Twittera, a nie żmudnych partyjnych gier. Milioner „z rynku" okazał się niezdolny do gry z wyborcami. W gruncie rzeczy do tego sprowadza się nawet argument pandemii jako powodu jego porażki. Z jednej strony te wszystkie „wolnościowe gesty", z odmową noszenia maseczki na czele, miały być jakimś absurdalnym spektaklem, popisem „twardzielstwa", może i docenianym przez część Amerykanów, ale nierównoważonym niczym innym. Z drugiej strony ten prezydent jakby nie rozumiał, że załamanie gospodarcze będzie składane na jego barki. W związku z tym nie próbował tego zrównoważyć.

Taką postawę nazywa się teraz „populizmem". Oczywiście twitterowe pozy POTUSA (skrótowiec od President of the United States – red.) miały w sobie coś populistycznego, ale ich jałowość ośmieszała gromkie przestrogi. A przecież dopiero co czytaliśmy książkę „Tak umierają demokracje" Stevena Levitsky'ego i Daniela Ziblatta przestrzegającą przed diabelnie skutecznym demonem mającym pogrzebać amerykański ustrój i wolności. Gdzie ta skuteczność, skoro to Biden wygrał? Ale też wpisywano Trumpa w nasilający się nurt antyliberalnego populizmu na całym świecie, gdzie pośród wielu masek zamajaczyły oblicza Viktora Orbána i Jarosława Kaczyńskiego. To miał być jeden, wspólny nurt, niemal faszystowska międzynarodówka.

Same wyświechtane frazesy

Tę logikę kupili nie tylko oponenci Trumpa w Ameryce, jeśli w ogóle spoglądali na Europę, ale przede wszystkim prawica na Węgrzech i w Polsce. I na przykład Polacy w momencie starcia Trumpa z Bidenem także podzielili się w listopadzie 2020 r. na dwa plemiona kibicujące niemal tak gorliwie jak w czasie czterech poprzednich polskich kampanii. Dziś jedni triumfują, inni się martwią. Istnieje oczywiście kontekst doraźny – w końcu Trump okazywał pewną sympatię obecnemu polskiemu rządowi, przede wszystkim z powodu własnych gier z Unią Europejską. Demokrata Joe Biden będzie zapewne bliższy politykom prounijnym, liberalnym demokratom doszukującym się w każdym posunięciu obozu Kaczyńskiego gwałcenia demokracji i praworządności. W tym sensie rozumiem tę radość jednych i zmartwienie drugich. Natomiast wszelkie definicje i uogólnienia od dawna utraciły sens. Jeśli uznamy, że za diagnozę wystarczy nam propaganda i lęki liberalnej lewicy, powtarzajmy frazesy. Jeśli chcemy widzieć świat realny, wyjdźmy poza nie.

Po wywiad z Anne Applebaum w „Newsweeku", świętującym prawdopodobną wówczas porażkę Trumpa, sięgnąłem, spodziewając się przypomnienia, dlaczego Trump jest zły i co go łączy z Jarosławem Kaczyńskim. Przeczytałem, jak zawsze, że jedno i drugie to oczywistość. Oni produkują fejki, oni uprawiają propagandę, my jesteśmy tymi sprawiedliwymi, którzy nie mogą teraz skutecznie odbudować zniszczonego prestiżu Ameryki, a bardzo byśmy chcieli – tak można skrócić to myślenie.

Równocześnie czytam w tym wywiadzie, że w czasach Trumpa Partia Republikańska stała się „partią autorytarną". Diagnoza czy propaganda? W roku 2017 Trump nie zdołał przeforsować swojej kluczowej innowacji, czyli wycofania się z tzw. Obamacare, bardziej otwartego, progresywnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Powstrzymały go głosy części republikanów. Nie udało się to także w kolejnych latach. Oto obraz owego „autorytaryzmu".

Owszem, istnieje problem podpisywania się części republikanów pod brutalnym, opartym na hejcie Trumpowym językiem debaty publicznej. To wynika z logiki polaryzacji, która nasila się od lat – jednak Trump raczej z niej skorzystał, niż ją stworzył. Jeśli spokojni, stateczni politycy demokratyczni byli w stanie podpisać się ostatnio pod serią awantur rozładowujących frustrację czarnoskórej społeczności, która atakowała często również i murzyńską własność oraz niszczyła pomniki i zabytki, to o czym my rozmawiamy? W ten sposób szacowny senator Lindsey Graham z Karoliny Północnej, dawny przyjaciel Johna McCaina, wspierający dziś gołosłowne oskarżenia o fałszowanie wyborów, jest częścią tej samej choroby.

Trumpa oskarża się o to, że zagraża demokracji. W książce „Tak umierają demokracje" próbowano tego dowieść anegdotami, głównie o agresywnych wpisach na Twitterze. Lecz niewiele więcej da się znaleźć. Trump nie był pierwszym, który zwalniał wysokich urzędników zajmujących się praworządnością, kiedy ich działania zagrażały danej ekipie. Historie Franklina Delano Roosevelta, Harry'ego Trumana, Lyndona B. Johnsona czy Billa Clintona pełne są takich decyzji.

Siła plemiennych baniek

Próbuje się przestrzegać przed jakimś monumentalnym zagrożeniem wobec wymiaru sprawiedliwości czy – szerzej – podziału władz. W Polsce Jarosław Kaczyński kwestionuje po części rolę sądów i sędziów jako swoistego arbitra. Ale w USA pozycja sędziów jest inna niż w Europie. Z jednej strony są jeszcze bardziej niezależni od rządu, sędziowie federalni nie idą nawet na emeryturę, jeśli nie chcą. Z drugiej strony dobiera się ich spośród ludzi zaangażowanych politycznie. Nie Trump to wymyślił. On jedynie kilka razy wypowiedział się mocno o sędziowskich wyrokach. To stanowczo za mało, żeby wieścić apokalipsę.

W Polsce czy na Węgrzech istotnie podjęto próbę majstrowania przy rynku medialnym. W USA jednak nic takiego się nie dzieje. Kąśliwości Trumpa wobec zwartego frontu mediów (trochę jak w Polsce w roku 2015, choć spory dotyczą czego innego), czy próba porozumiewania się z wyborcami ponad głowami dziennikarzy, nie wystarczą aby snuć analogie z autorytaryzmem. A kiedy obserwuje się finał: wyłączanie dostępu do konferencji prasowych Trumpa i jego urzędników, to można spytać, kto dziś zyskał w Ameryce przewagę kosztem wolności – choćby wolności do bycia informowanym o wszystkim. Logika plemiennych baniek zabija demokrację.

Czy to wszystko, co zdarzyło się za kadencji Donalda Trumpa, oznaczało odchodzenie od „państwa liberalnego"? W Stanach Zjednoczonych to pojęcie zawsze było mgliste. Podobnie jak określenie „populizm". W XIX wieku prezydenta Andrew Johnsona opisywano jako niebezpiecznego demagoga, bo otworzył urzędy dla prostych ludzi. W wieku XX dla wielu czołowym demagogiem był Franklin Delano Roosevelt ze swoją polityką zmasowanej opiekuńczości i krytyką „złoczyńców wielkiego bogactwa".

Wolnorynkowy populizm

Jeśli litujemy się nad sędziami z czasów Trumpa, przypomnijmy: to Roosevelt próbował manipulować liczebnością, czyli składem Sądu Najwyższego, w którym chciał zbudować związaną ze sobą większość. Tylko że natrafił na opór Kongresu zdominowanego zresztą przez jego Partię Demokratyczną. Jeśli występujemy w obronie poniewieranych elit, to również przypomnijmy: w roku 1936 doradca Roosevelta Raymond Moley pisał, że ciarki mu przechodzą, kiedy słucha słów swego szefa urągającego wielkiemu biznesowi, bo pobrzmiewa mu w nich gilotyna. Magnat prasowy William Randolph Hearst przypisywał Rooseveltowi zamiar zbudowania całkiem nowej demokracji – totalitarnej, bez otuliny niezależnych mediów i niezależnych sądów. Dzisiaj Roosevelt ma wizerunek szacownego, dobrze zapamiętanego polityka. I słusznie, bo pomijając meandry polityki międzynarodowej, utorował drogę wielu zmianom, które doprowadziły do większej wspólnotowości.

„Populizm" społeczno-ekonomiczny Donalda Trumpa polegał na prostej konstatacji, że konsekwencje globalizacji mogą być niedobre choćby dla fabryk „rdzewiejących w polu jak nagrobki". Stąd jego program – z jednej strony obniżek podatków, z drugiej zaś inwestowania w infrastrukturę, a z trzeciej karania właścicieli kapitału, którzy przenosili zaangażowanie finansowe za granicę – miało to doprowadzić do sprowadzenia pieniędzy z powrotem do USA. Z tych trzech punktów najsłabiej zrealizowano trzeci. W gruncie rzeczy polityka Trumpa okazała się o wiele bardziej konwencjonalnie wolnorynkowa, niż wynikało to z jego pierwszej kampanii.

Ale czy to, co mówił wtedy, było „populistyczne"? A może oznaczało obietnicę, niestety niespełnioną, zmierzenia się z wyzwaniami XXI wieku? Wiele z tego, co zapowiadał, było sięgnięciem do przeszłości. Choćby protekcjonizm, który do lat 40. i 50. XX wieku był ważnym elementem tożsamości republikanów. Można dyskutować, kto tu miał rację. Ale trudno obwiniać tamtą Partię Republikańską o „populizm". Ronald Reagan otwierał amerykańskie rynki w czasach, kiedy konkurencja gospodarki Chin nie była dla Ameryki problemem. Trump reagował na nowe zjawiska – chaotycznie i niekonsekwentnie. Pytanie tylko, czy bardziej recepta zawiodła, czy owa połowiczność działania. Ta druga też przecież wynikała z oporów, podobno „autorytarnej", Partii Republikańskiej.

Czy to jest podobne do kuracji węgierskiej albo polskiej? Wspólnym mianownikiem jest na pewno próba traktowania własnego interesu narodowego jako czegoś ważniejszego niż ideologie. Oznacza to jednak coś zupełnie innego dla globalnego mocarstwa, a co innego w przypadku państw próbujących się rozpychać w Unii Europejskiej. Możliwe zresztą, że kuracja Jarosława Kaczyńskiego miała przypominać bardziej kurację Roosevelta – z jej wiarą w sprawczą wszechmoc państwowej machiny. Skądinąd perspektywy polskiego New Dealu (z ang. Nowy Ład, doktryna społeczno-ekonomiczna Roosevelta z lat 30. – red.) w dużej mierze roztrwoniono w kolejnych falach wyborczego rozdawnictwa.

Tropiciele „populistycznej" międzynarodówki widzą wspólny mianownik w stosunku do obcych. Ale jeśli pomysł Trumpa, aby ukrócić imigrację meksykańską, ma być faszystowski, to faszystowskie były amerykańskie elity do lat 60., bo dopiero wtedy zaczęto uchylać formalnie drzwi dla przybyszów z zagranicy. Z kolei podejście PiS czy orbánowskiego Fideszu do zjawiska imigracji może i kontrastuje z otwarciem rynków pracy dawnych europejskich mocarstw kolonialnych, ale to otwarcie nie miało kiedyś uzasadnień ideologicznych. Notabene jest dziś rewidowane w całej Europie, tylko że po cichu.

Są jeszcze sprawy ideowe, gdzie trudno do końca na poważnie zestawiać opiekuna środowisk LGBT Trumpa z bardziej tradycyjnymi konserwatyzmami: węgierskim czy zwłaszcza polskim. Ale znów, niezależnie od różnic czy podobieństw (stosunek do ochrony życia), nie da się opisywać tradycjonalizmu jako czegoś ekstremistycznego, choć zapewne można dostrzec na jego obrzeżach radykałów. A jeśliby uogólniać, to i demokratyczna Europa, i Ameryka były gdzieś do lat 70. XX wieku jednym wielkim „ekstremizmem".

Kara za styl

Tym, co zgubiło Trumpa, był nie tyle ekstremizm, ile brak powagi. Powódź buńczucznych słów bez pokrycia. Dla PiS czy dla Viktora Orbána zestawienia z Trumpem mogą już wkrótce być wstydliwe, więc może trzeba było mniej o jego względy zabiegać. Choć rozumiem odruch, żeby w imię tego, by nie pozostać na scenie samemu, pozwalać na gościnny spektakl dla publiki. Skądinąd geopolityczne plany odchodzącego amerykańskiego prezydenta mogły się jawić dla tego regionu Europy jako obiecujące.

Trump, jeśli straci władzę, poniesie karę, ale będę się upierał, że bardziej za styl niż za cele. Choć czasem styl staje się właśnie celem. Zrzucano na niego różne winy. Oskarżano na przykład o zamiar rządzenia za pomocą strachu. Można się zastanawiać, czy każde jego zdanie – w rozgrywkach dyplomatycznych, ale i w stosunku do relacji rasowych – było fortunne. To nie był wielki mąż stanu. Ale kiedy autorzy „Tak umierają demokracje" zapowiadali, że będzie prezydentem nadużywającym „kryzysów bezpieczeństwa", warto przypomnieć, że rezygnując z neokonserwatywnej pasji w graniu roli światowego policjanta, był jednym z najmniej wojowniczych amerykańskich prezydentów.

Pozostajemy z pytaniem, co dostaniemy w zamian. Pewnie rację ma redaktor Brauchli, że za Bidena Ameryka zajmie się sobą jeszcze bardziej. Możliwe, że zwycięski demokrata odzyskał część tradycyjnie demokratycznego przemysłowego „pasa rdzy", wykazując, że części swoich społecznych obietnic „złotousty twardziel" jednak nie zrealizował. Trump w finale kampanii wyborczej był bliższy innej przesadzie – tej wolnorynkowej, z którą utożsamiano do niedawna jeszcze libertariańskie ugrupowanie Tea Party. Dodajmy, że to opcja stale w polityce amerykańskiej obecna, a nie żaden produkt współczesnego ekstremizmu.

Konrad Kołodziejski napisał ciekawie w „Tygodniku TVP", że to, co dziś wyprawiają z Trumpem prawie wszystkie media, to oczywiście produkt lewicowych poglądów ich dziennikarzy, ale także decyzji ich właścicieli. Kołodziejski przedstawia dwa powody tej sytuacji: utożsamianie się części z nich z kulturową lewicowością, ale i pretensja całego wielkiego kapitału o to, że Trump nie umiał sobie poradzić z pandemią. Oba są racjonalne. Ale co oznacza ich zwycięstwo dla przyszłej polityki USA? Jak ich interes ma się do dawnej tradycyjnej wrażliwości społecznej demokratów?

Marek Cichocki wieścił ostatnio w „Plusie Minusie" trwały kryzys „zmęczonego mocarstwa", jakim stały się Stany Zjednoczone. Ja wciąż nie mam pewności, czy wolnego człowieka, weberowskiego Anglosasa, zastąpi jako światowy hegemon chiński, konfucjański kolektywista.

Kiedy pandemia wreszcie przeminie, Ameryka może się ekonomicznie odkuć. Politycznie jednak ustawiczny obrachunek z własną historią, kultura wstydu i klasowo-rasowa rewindykacja nie będzie sprzyjać wielkości. A czy celujący dziś w jednościową retorykę Joe Biden pogodzi watahy napadające na domy spokojnych Amerykanów (w imię odreagowania dawnych krzywd, rzecz jasna) z tymi, którzy tych domów bronili?

Trumpa można faktycznie uznać za nieudaną receptę na kryzys amerykańskiej tożsamości. Ale czy zamykający mu dziś usta postępowcy niosą ze sobą nadzieję? Zależy komu. Kiedy Richard Stengel ze sztabu Bidena zaleca w „Washington Post" delegalizację „mowy nienawiści", bo „nie każdej opinii warto bronić", moje skojarzenia zjawisk amerykańskich z polskimi nasilają się. Ale nie oznacza to, że Kaczyński jest kalką Trumpa. Podobne są przede wszystkim mechanizmy.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA