fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wybory w USA: Gdyby Donald nie był Trumpem

Druga debata prezydencka, 9 października. Z pewnością kandydaci żywią do siebie głębokie, autentyczne uczucia.
AFP, Paul J. Richards
Donald Trump, ekscentryczny miliarder z branży deweloperskiej, został 45. prezydentem USA. Od tego wyniku zależały też dalsze losy populistycznej rewolty, na której czele stanął.

Jeremi Zaborowski z Chicago

Tekst ukazał się w weekendowym wydaniu "Plusa Minusa"

W amerykańskiej historii nazwiska prezydentów zapisane są złotymi zgłoskami. Ostatecznie w 240-letniej historii republiki było ich dotychczas 44. O tych, którzy otarli się o rezydencję przy 1600 Pennsylvania Avenue, przegrywając w wyborach (o ile nie podnieśli się i nie wygrali kolejnych, jak stało się choćby w przypadku Richarda Nixona), mało kto pamięta. Ostatecznie prawie prezydenci to niemal odpowiednik drugiego miejsca w walce o największe trofeum w futbolu amerykańskim, Superbowl: przegrani określani są jako zdobywcy „Shitbowl". W amerykańskiej psyche liczy się tylko pierwsze miejsce na pudle – to drugie, jak widać, prowokuje raczej do niewybrednych żartów.

W tym roku nie będzie inaczej. Zważywszy jeszcze na brutalność kampanii, przegrany nie ma co liczyć na litość. Przez ostatnie tygodnie ogromna większość sondaży wskazuje na przewagę demokratki Hillary Clinton, niektóre – nawet dwucyfrową.

Przesłanką przemawiającą za tym, że będziemy mieli pierwszą kobietę w Białym Domu, są tzw. wyniki cząstkowe: do tej pory zagłosowało (w głosowaniu wczesnym i przez pocztę) już 4 miliony Amerykanów. Ogromna ich większość uczyniła to w rejonach, gdzie Partia Demokratyczna prowadziła zakrojoną na szeroką skalę akcję zachęcania do tzw. wczesnego głosowania.

Ale w ostatnich dniach pojawiły się sondaże przewidujące remis czy wręcz wskazujące na zwycięstwo Donalda Trumpa.

Gettysburg dla ubogich

Miejscowość Gettysburg w stanie Pensylwania zajmuje w amerykańskiej pamięci miejsce szczególne. To tutaj w dniach 1–3 lipca 1863 r. odbyło się najbardziej krwawe starcie w wojnie secesyjnej, w której straty po obu stronach wyniosły ponad 50 tys. żołnierzy. Był to także kulminacyjny punkt wojny domowej: Północ zatrzymała ofensywę konfederatów, kładąc podwaliny pod ostateczne zwycięstwo. 19 listopada 1863 r. słynną „mowę gettysburską" wygłosił tam prezydent Abraham Lincoln. Nieco ponad dwuminutowa mowa do dzisiaj uchodzi za wzór przemówienia: znalazła się w niej sławetna obietnica, że naród „doczeka się odrodzenia idei wolności; i że rządy narodu, przez naród i dla narodu nie znikną z powierzchni ziemi".

153 lata później w Gettysburgu pojawił się Donald Trump, aby na nieco ponad dwa tygodnie przed głosowaniem wygłosić własne przemówienie. Choć wygłoszona nie nad grobami poległych, ale w hotelowej sali gettysburska mowa Trumpa miała być w założeniu ostatecznym argumentem na rzecz wyboru republikanina, swoistym kontraktem zawartym z wyborcami, gdyż kandydat zarysował to, czego zamierza dokonać w pierwszych stu dniach w Białym Domu. – To kontrakt pomiędzy mną a amerykańskim wyborcą, który zaczyna się od przywrócenia uczciwości i odpowiedzialności w Waszyngtonie i wprowadzenia tam zmiany – zadeklarował Trump, mocno uderzając w populistyczną nutę niechęci do elit z amerykańskiej stolicy.

Aby „wysuszyć waszyngtońskie bagno", kandydat republikanów obiecał na początek swej prezydentury pakiet antykorupcyjny, obejmujący wprowadzenie ograniczenia kadencji dla członków Kongresu, zmniejszenie liczby pracowników administracji rządowej, przyjęcie zasady likwidacji dwóch rozporządzeń na szczeblu federalnym w zamian za jedno nowe, wreszcie – obostrzeń dla lobbystów, zwłaszcza pracujących dla zagranicznych zleceniodawców. To wszystko – aby przywrócić lincolnowskie rządy „narodu, przez naród i dla narodu". Bowiem, według byłego burmistrza Nowego Jorku Rudolpha Giulianiego, który należy do ekipy Trumpa i zapowiedział jego wejście na scenę, dziś rządy narodu zamieniły się w „rządy lobbystów, zawodowych polityków, gigantycznych wielonarodowych korporacji i związków zawodowych, dysponujących ogromnymi kwotami na darowizny przedwyborcze".

Trump dorzucił swoje tradycyjne zapowiedzi: budowę muru na granicy z Meksykiem i rozpoczęcie ekstradycji nielegalnych imigrantów, renegocjację traktatu NAFTA o wolnym handlu pomiędzy USA, Meksykiem i Kanadą, wycofanie się z umowy handlowej Trans-Pacific Partnership (TPP) i ostrzejszą postawę wobec Chin za ich „manipulacje walutowe" oraz zniesienie przepisów, które blokują rozwój wytwórczości w Ameryce. Słowem tradycyjny, populistyczny przekaz, na którym kandydat zyskał popularność w trwającej już ponad rok kampanii.

Jednak Trump nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił kilku wtrętów o kobietach oskarżających go o niemoralne prowadzenie się i romanse, mówiąc, że „każda z nich kłamała, by zaszkodzić kampanii", a wszyscy kłamcy po wyborach doczekają się pozwów sądowych. Choć oficjalny przekaz kampanii otwarcie odwoływał się do sławetnego kontraktu z Ameryką z 1994 r., który pozwolił republikanom odzyskać władzę w Kongresie po dekadach dominacji Partii Republikańskiej, można to skwitować jedynie frazą: zbyt mało, zbyt późno.

Wszystkie te propozycje sprawiają wrażenie luźno sklejonych postulatów, „słusznych" dla republikańskiego ucha, ale – w przeciwieństwie do wypracowywanego miesiącami programu republikanów z lat 90. – zgłoszonych kilkanaście dni przed dniem wyborów. Tymczasem większość elektoratu podjęła już decyzję.

Postulaty odtworzenia rządów „przez naród i dla narodu" można było zgłosić choćby w trakcie jednej z trzech debat prezydenckich z Hillary Clinton. Ale wtedy kandydat republikanów musiałby się dobrze do nich przygotować. Tymczasem jak wiadomo z przecieków, Trump ufny w swoją gwiazdę telewizyjnego showmana zlekceważył przygotowania (jak lamentowali nieoficjalnie współpracownicy, szybko „znudził się" próbami), a na scenie dwóch z trzech debat wypadł tak, jakby sił, przygotowania i cierpliwości starczyło mu tylko na pół z półtoragodzinnego boju.

Na tle jałowych, czasami kompletnie niezwiązanych z tematem monologów Trumpa przepracowane i przetrenowane odpowiedzi raczej sztywnej Hillary Clinton brzmiały niczym głos rozsądku. Ale taki jest Trump – nieokiełznany, bez dyscypliny wewnętrznej, często polegający na własnym instynkcie. Wielu obserwatorów jest zdania, że jeśli Clinton zdobędzie prezydenturę, to mogły zdecydować o tym właśnie debaty (pierwszą oglądało 85 milionów osób), w czasie których jej rywal nie był w stanie rozszerzyć swojego elektoratu, a wręcz przeciwnie – najpewniej jeszcze bardziej zmobilizował do głosowania wszystkich, którzy nie chcą go widzieć w Białym Domu.

Jak rozkołysać emocje

Czy mogło być inaczej? Dla części wyborców Partii Republikańskiej obecna kampanii to wyjątkowo ciężkie doświadczenie. Na początku kampanii, półtora roku temu wszystko zapowiadało się dobrze. Odchodzący prezydent Barack Obama nie cieszył się wielkim poparciem, a starająca się go zastąpić Hillary Clinton to krew z krwi, kość z kości, kandydat establishmentu i status quo w kraju, gdzie 2/3 mieszkańców nie było zadowolonych z kierunku, w jakim podąża Ameryka. Kilkunastu pretendentów do nominacji Partii Republikańskiej prezentowało się bardzo dobrze: gubernatorzy, senatorzy, biznesmeni z długoletnim doświadczeniem politycznym i dużym dorobkiem.

I wtedy w czerwcu 2015 r. akces do prawyborów zgłosił Donald Trump, wywracając do góry nogami całą układankę. Pod jego ciosami padali kolejni wyszydzani kandydaci, którzy górowali nad nim politycznym doświadczeniem i organizacją. Tak odpadł były gubernator Florydy Jeb Bush, któremu nie pomogło zgromadzenie 150 milionów dolarów na kampanię, po tym jak został nazwany przez Trumpa „niskoenergetycznym Jebem".

Potem rosnące rzesze „trumpkinów" (jak nieco pogardliwie zaczęto nazywać zwolenników kandydata) wyeliminowały z wyścigu do Białego Domu senatora z Florydy Marca Rubia (nazwanego przez Trumpa „małym Marco") czy senatora z Teksasu Teda Cruza („łżącego Teda"). Pędzący do nominacji Partii Republikańskiej pociąg o nazwie „Trump" miażdżył każdego, a sam kandydat – mimo skandalicznych wypowiedzi i szokujących zachowań – tylko zyskiwał w sondażach.

Jeszcze przed oficjalnym nominowaniem Trumpa na kandydata Partii Republikańskiej powstał nieformalny ruch „Nigdy Trump". Składał się głównie z intelektualistów oraz działaczy partyjnych, którym nie w smak było zawładnięcie Partią Republikańską przez Trumpa. Nominacja showmana, który na potrzeby kampanii przyjął za swoje konserwatywne poglądy, gdy do wczoraj afiszował się ze swoim lewactwem, stanowiła ich zdaniem śmiertelne zagrożenie dla całego ruchu konserwatywnego oraz zagrażała perspektywą wojny domowej wśród republikanów. Deklaracja, że „nigdy nie zagłosują" na Trumpa, miała zapobiec zbiorowemu samobójstwu Partii Republikańskiej.

Jednak góra urodziła mysz – ruch „Nigdy Trump", choć wystawił własnego kandydata Evana McMullina, który ma szansę wygrać z Trumpem i Hillary w... stanie Utah, nie przerodził się w realną siłę i ostatecznie zwiądł – jak większość wewnątrzrepublikańskiej opozycji wobec miliardera z Nowego Jorku. Wygrała lojalność partyjna i „plemienna" tożsamość większości republikanów, dla których kolejne cztery lata rządów sprawowanych w Białym Domu przez kogoś pokroju Obamy (a pani Clinton była przecież jego najbliższą współpracowniczką jako sekretarz stanu) była nie do zniesienia. Nierzadka była również inna motywacja: mój kandydat nie jest aż tak zły jak kandydatka demokratów...

Wszystko to sprawiło, że podczas letnich konwencji wśród republikanów zapanował optymizm: może uda się wziąć Biały Dom? Trump zaczął sprawiać wrażenie, że rzeczywiście zależy mu na konsolidacji głosów, o czym świadczyły koncyliacyjne gesty wobec establishmentu Partii Republikańskiej. Zdawało się nawet przez moment, że osobliwy kandydat zaczyna zyskiwać w rejonach zamieszkiwanych przez białą klasę średnią, która tradycyjnie głosowała na demokratów. W sytuacji jednak, gdy globalizacja spowodowała deindustrializację całych rejonów w stanach Pennsylwania, Ohio czy Michigan, mieszkańcy tzw. Pasa Rdzy (obszarów określanych tak od odcienia rdzewiejących zamkniętych fabryk) zaczęli nadstawiać ucha na argumenty miliardera o niesprawiedliwym eksporcie miejsc pracy kosztem amerykańskiego robotnika.

Tęsknota za dobrym kandydatem

Ale właśnie wtedy Donald Trump pokazał, że nie ma drugiego takiego jak on. Podczas ostatnich tygodni kampanii, ilekroć zrównywał się w sondażach z Clinton, natychmiast dawał się sprowokować do jałowych pyskówek. Tuż po konwencji demokratów tracił cenny politycznie czas na medialną awanturę z muzułmańskimi rodzicami amerykańskiego kapitana US Army, który poległ na polu chwały. Później Trump wdał się z dysputę z byłą miss oraz innymi kobietami, które nagle, z reguły po kilkunastu latach od zdarzenia, przypominały sobie, że były napastowane przez miliardera. Co więcej, kandydat niemal codziennie „rozprawiał" się z prawdziwymi i wyimaginowanymi wrogami, wysyłając w świat wiadomości, często brutalne i ostre, na Twitterze. Przemawiająca niczym zaprogramowany robot Hillary Clinton mogła się na tym tle prezentować jako oaza spokoju, stabilności i emocjonalnej równowagi.

Chyba najlepszy komentarz o tego upadku pochodzi od Peggy Noonan, kiedyś piszącej przemówienia prezydentowi Reaganowi, od wielu lat cenionej publicystki dziennika „The Wall Street Journal". Ostatnie zdania jej komentarza mówią właściwie wszystko: „Wyobraźcie sobie Donalda Trumpa o zdrowych zmysłach. Wiemy, że jest świrem. Ale co by było, gdyby nim nie był?".

Te i podobne wywody podziela wielu sfrustrowanych wyborców Partii Republikańskiej, którzy nie mogą uwierzyć, że za sprawą słabego kandydata własnej partii do Białego Domu może się wprowadzić osoba będąca uosobieniem „status quo" obowiązującego w Waszyngtonie od czasu zakończenia zimnej wojny. Trump doskonale wyczuł nastroje wyborczej bazy Partii Republikańskiej. Ale jaki mógłby być?

czytaj także:

Peggy Noonan wylicza: połowa wyborców Partii Republikańskiej nie lubi polityki otwartych granic i wielkich porozumień handlowych. Wielu jest przeciwnych idei „tworzenia nowych państw". Kiedy Trump krytykował inwazję na Irak, tłumy wiwatowały. Dziennikarka wyobrażała sobie, że Trump wykazałby się zdolnościami Ronalda Reagana, który za pomocą uroku osobistego pozyskiwał republikanów, z którymi się nie zgadzał. Trump również mógłby „nie obrażać ludzi, nie starać się ich umniejszyć, nie prowokować burz na Twitterze". I co wtedy – zadaje sobie pytanie Noonan i odpowiada: „Trump o zdrowych zmysłach wygrałby zdecydowanie z kandydatką, która jest uosobieniem dekadenckiej klasy przywódczej Ameryki".

Rozgoryczenia nie krył również Newt Gingrich, były marszałek Izby Reprezentantów i jeden z ojców konserwatywnej rewolucji lat 90. Choć czynnie popierał Trumpa, nie mógł nie zauważyć słabości kandydata: jego przeraźliwie cienkiej skóry. – Trump przestaje się kontrolować, ilekroć ktoś zaatakuje jego miłość własną czy poczucie godności – podsumowywał Gingrich. – Jakaś jego cząstka każe mu się bez sensu wdawać w błahe sprawy. To żałosne.

Donald Trump powołał do życia ruch populistyczny, który politolodzy badać będą przez lata. Dla lewicy jest niemal darem z nieba, pasują doń wszystkie epitety obrońców poprawności politycznej: to typ rasistowski, seksistowski, szowinistyczny, ksenofobiczny, ocierający się o faszyzm, a w wersji skrajnej – następca Mussoliniego i Hitlera. Media zachłystywały się wizerunkiem tradycyjnego wyborcy Trumpa: niewykształconego, białego „buraka" z prowincji, nienawidzącego samodzielnych kobiet i Latynosów, entuzjasty powrotu do czasów, gdy „biały mężczyzna rządził Ameryką".

Rycerz politycznej niepoprawności

Do pewnego momentu Trumpowi wręcz odpowiadała taka narracja. Prezentował się bowiem jako rycerz walczący z dyktatem politycznej poprawności oraz układami i status quo w Waszyngtonie, reprezentowanym przez – jak ją nazywał – „kłamczuchę" Hillary Clinton, wspieraną przez „zakłamane korporacyjne media". Sprzeciwiał się nielegalnym imigrantom zalewającym Amerykę głównie z Meksyku, a w ramach walki z terrorem postulował ustanowienie „czasowego zakazu wjazdu" dla wszystkich muzułmanów.

Jako telewizyjny showman (dorobił się milionów widzów i setek milionów dolarów na reality show „The Apprentice", gdzie adeptów do wejścia na szczyty biznesu eliminował teatralnym „zwalniam cię!") wierzył, że zapanuje nad żywiołem, który sam wywołał. Kampania wyborcza Trumpa nie była bowiem klasyczną kampanią opartą na badaniach elektoratu, planach strategicznych i taktycznych oraz mozolnym kleceniu jak najszerzej koalicji wyborców. Przypominała raczej serię szarż lekkozbrojnej formacji, w której więcej dymu niż ognia.

Trump polegał głównie na wielkich wiecach wyborczych oraz kreowaniu wydarzeń medialnych, co zmuszało stacje telewizyjne (głównie trzy 24-godzinne kanały informacyjne Fox News, CNN, MSNBC) do nadawania jego wystąpień na żywo, często bez komentarza. Był to więc w dużej mierze telewizyjny występ jednego autora, a raczej seria programów typu reality show, gdzie główny bohater musi każdego dnia przyciągać i utrzymać przy odbiorniku miliony odbiorców, nie bardzo troszcząc się o to, co będzie jutro. Albo wręcz pozostawiając widzów w napięciu za sprawą elektryzujących pytań: „co będzie dalej?", „kto odpadnie?", „kto zrobi coś głupiego?".

To tłumaczyłoby liczne wzajemne wykluczające się deklaracje Trumpa, jego metafory na wyrost czy wręcz niespójne plany i zamiary. Tylko że walka o prezydenturę Stanów Zjednoczonych jest czymś więcej.

Niemal wszystko w jego kampanii było nietypowe. Nie zatrudniał dużej liczby znanych w Waszyngtonie doradców ds. kampanii, gdyż nie wierzył w sens korzystania z ich rad. Zamiast inwestowania w kampanie organizowane na poziomie poszczególnych stanów (ostatecznie wybór prezydenta to w istocie 51 oddzielnych wyścigów w 50 stanach, plus stołeczny Dystrykt Kolumbia) dysponował jedynie szkieletowym sztabem, mającym siedzibę – a jakże – w nowojorskim Trump Tower, gdzie mieszka sam kandydat.

W całej kampanii polegał głównie na wielkich wiecach na kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a nie bardziej klasycznym podejściu, w którym wiece równoważone są częstymi podróżami i możliwością uściśnięcia dłoni jak największej liczbie wyborców. I przede wszystkim, co stanowi jeden z głównych zarzutów, pomimo swojej fortuny, przy której wydatek rzędu 200–300 milionów dolarów z własnej kieszeni nie powinien stanowić problemu, Trump chciał zrobić wszystko „po taniości".

Mnożą się doniesienia, że nie płacił pracującym przy kampanii, oszczędzał na reklamach w telewizji. Gorzej! Sporo kampanijnych honorariów wypłacono ostatecznie... firmom będącym własnością samego kandydata. Trump usiłował brać to za dobrą monetę, twierdząc, że narzekają na jego działania jedynie waszyngtońscy „spece od utrzymywania status quo", którzy do tej pory zarabiali bez względu na to, czy ich kandydat wygra czy nie. A fakt, że sondaże wskazują na zwycięstwo Clinton? To bzdura i kłamstwa, sondaże robione są pod zwycięstwo Clinton – tłumaczą zwolennicy Trumpa, przekonani, że stanie się tak jak z Brexitem: sondaże do końca wskazywały na zwycięstwo obozu opowiadającego się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, ale to secesjoniści wygrali.

Czy istnieją republikanie po Trumpie?

Stawka wyborów jest naprawdę wielka. Demokraci liczą, że miażdżące zwycięstwo Hillary Clinton ostatecznie złamie Partię Republikańską. Demografia jest po ich stronie. Jak wynika z opracowania instytutu badania opinii społecznej Pew Research Center przygotowanego jeszcze przed ostatnim maratonem wyborczym, Ameryka coraz silniej dzieli się na dwa konkurujące ze sobą plemiona polityczne. „Partia Demokratyczna staje się coraz mniej biała, mniej religijna i lepiej wykształcona, a do tego starzeje się o wiele wolniej. W przypadku republikanów mamy do czynienia z odwrotną tendencją" – czytamy w raporcie.

Demokraci liczą na to, że rozbudzona przez nich fala niechęci do Trumpa zatopi także kandydatów Partii Republikańskiej do parlamentu w wyborach 8 listopada. To stwarzałoby możliwość nie tylko przejęcia Senatu, ale wręcz „odbicia" Izby Reprezentantów. Dałoby to Partii Demokratycznej pełnię władzy wykonawczej i ustawodawczej oraz mandat do gruntownego przeorania Ameryki w kierunku europejskiej socjaldemokracji.

Trump straszy z kolei, że jego wybór to być może ostatnia szansa, aby ocalić Stany Zjednoczone w przyrodzonym im kształcie. „Jeśli przegram – ostrzega wielokrotnie na swoich wiecach – Ameryka już nie będzie tak wspaniała jak kiedyś". Miliony nielegalnych imigrantów, rządy grup interesów, tysiące drobiazgowych przepisów oraz nowe, niekorzystne globalne porozumienia handlowe zniszczą wszelkie szanse na odbudowę mitu „amerykańskiego snu dla wszystkich". Dla Partii Republikańskiej – zwłaszcza po legalizacji pobytu wszystkich imigrantów – oznaczałoby to skazanie na trwały status opozycji, bez wielkich szans na przejęcie władzy na szczeblu federalnym.

Jeśli jednak Donald Trump zostanie wybrany na 45. prezydenta, wszystkie te spekulacje stracą sens. Bo jego wybór byłby nieprawdopodobnym triumfem, odniesionym wbrew niemal całej elicie Stanów Zjednoczonych, waszyngtońskiej klasie politycznej, mediom, specjalistom od wyborów oraz badań opinii publicznej. Byłby dowodem na to, że „milcząca większość" Amerykanów rzeczywiście istnieje i wkurzona – a wszystkie badania wskazują na wysoki stopień frustracji i zniecierpliwienia – potrafi się zmobilizować i sprawić, aby jej głos był słyszany. A wtedy obudzimy się w zupełnie nowej rzeczywistości.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA