fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kościół: Człowiek wyżej od zwierząt. Z ważnym „ale”

fot. Bloomberg
Podejście Kościoła jest jednoznaczne: godność człowieka stawia nas wyżej od zwierząt i przy stanowieniu prawa należy wziąć pod uwagę przede wszystkim interes ludzi. Jednak nie może to być prostym uzasadnieniem dla nieograniczonej eksploatacji innych stworzeń.

"Każdy dobry człowiek powinien poprzeć tę ustawę" – mówił prezes Jarosław Kaczyński o projekcie „piątki dla zwierząt". I choć rzeczywiście z różnych stron, także tych zupełnie nieoczekiwanych, na prezesa Prawa i Sprawiedliwości spłynęły pochwały, to wcale nie jest pewne, że rzeczywiście miarą dobroci ludzi ma być poparcie owej ustawy. Jest to tym trudniejsze, że – jak w przypadku każdego prawa – chroniąc jedne wartości, ustawa ta może się przyczynić do naruszenia wartości innych, a także do całkiem realnych strat finansowych.

Wolność religijna jest wartością wyższą niż obowiązek ochrony dobrostanu zwierząt, przynajmniej w tradycyjnie rozumianej moralności. Sytuacja ekonomiczna pracowników pewnych biznesów także powinna być brana pod uwagę przy ustanawianiu nowego prawa. Ochrona zwierząt, choć niewątpliwie ważna, nie jest i nie może być traktowana jak wartość najwyższa czy fundamentalna. PiS podchodzi do sprawy zresztą dość ostrożnie, zwłaszcza w kwestiach filozoficznych. Wiele się mówi o cierpieniach zwierząt, ale jednocześnie w tytule ustawy nie ma mowy o ich prawach (co byłoby rzeczywiście radykalną zmianą myślową), a jedynie o ich ochronie. Nie jest też jasne, czy i w jakiej formie owa ustawa wejdzie w życie, bo pozostali koalicjanci Zjednoczonej Prawicy niekoniecznie chcą uznać, że miarą ich dobroci ma być poparcie owej ustawy.

Orangutan kontra niemowlę

Zostawmy jednak na boku partyjną – większą i mniejszą – politykę. Zajmijmy się odpowiedzią na pytanie, jak tradycyjny, klasycznie wierzący chrześcijanin powinien spoglądać na coraz mocniej stawiany problem uznania praw zwierząt, które miałyby konkurować z prawami człowieka i być stawiane w pewnych kwestiach na równi z nimi.

Tom Regan, jeden z najbardziej wytrwałych obrońców praw zwierząt, uważa, że zwierzęta – niczym ludzie – jako istoty żyjące, cierpiące, realizujące własne dążenia, powinny mieć podstawowe prawa identyczne z tymi, jakie przysługują ludziom, w tym np. prawo do życia, wolności od cierpienia, wolności i poszanowania godności. Jeśli uznamy, że tak nie jest, jeśli odbieramy zwierzętom (wszystkim ssakom w wieku starszym niż rok) tego rodzaju prawa, to powinniśmy je odebrać także części ludzi. Jeśli jednak zrobić tego nie możemy, względnie nie powinniśmy, to nie możemy ich odbierać także zwierzętom – przekonuje amerykański filozof. O wiele dalej w swoich rozważaniach idzie australijski utylitarysta Peter Singer, który części z ludzi uprawnienia przyznane przez niego zwierzętom rzeczywiście odbiera. „Tygodniowe niemowlę nie jest racjonalną, świadomą osobą i wiele zwierząt, ich racjonalność, samoświadomość, zdolność odczuwania itd., przewyższa pod tymi względami miesięczne niemowlę". Jeśli płód nie ma takiego samego prawa do życia jak dorosła osoba, to okazuje się, że tygodniowe niemowlę również go nie ma. Co więcej, może być z tej perspektywy uznawane za stworzenie, którego życie ma mniejszą wartość niż świni, psa czy szympansa, wskazuje Peter Singer i w praktyce wyciąga wniosek, zgodnie z którym, o ile w zasadzie nie wolno zabijać zwierząt (poza sytuacją konieczną, by ratować własne życie), o tyle ludzkie niemowlęta i noworodki, a także dzieci do pierwszego roku życia (względnie do trzeciego miesiąca) mogą już być likwidowane.

Brzmi to radykalnie, ale tylko jak na polskie warunki, bo w debacie bioetycznej w Stanach Zjednoczonych, toczonej na łamach poważnych pism, są to poglądy w zasadzie przez stronę utylitarną od dawna przyjęte. Wyrastają z uznania, iż nieprawdą jest, że z samego faktu przynależności do gatunku ludzkiego istotom żyjącym przypadają jakieś większe czy specjalne prawa. W istocie jest to szowinizm gatunkowy, który porównać można tylko z rasizmem czy seksizmem – przekonują zwolennicy tej teorii. W związku z tym jedynym, co może stopniować prawa, pozostają cechy osobnicze, bez względu na przynależność do gatunku. Stąd nie będzie niczym nieuzasadnionym – wewnątrz tego paradygmatu myślenia – uznanie, że zabicie orangutana czy nawet dużej świni może być większym złem niż zabicie niepełnosprawnego niemowlęcia czy cierpiącego na Alzheimera staruszka.

Konsekwencje takich założeń bezlitośnie prowadzą do takich wniosków. Europosłanka Sylwia Spurek, tak często obśmiewana w polskich mediach m.in. za wyrażanie żalu nad losem koni zabitych podczas bitwy pod Grunwaldem, w sensie filozoficznym idzie tropem wyznaczonym przez najważniejszych zachodnich teoretyków i praktyków praw zwierząt.

Oczywiście ogromna większość zwolenników ochrony zwierząt nie idzie tak daleko, zadowala się jedynie oburzeniem na straszliwe warunki przemysłowej hodowli zwierząt (niekiedy jest to prawda) i potępieniem noszenia futer z norek (ale co ciekawe już nie skórzanych butów czy pasków, które jako żywo także pochodzą ze skór zwierząt, które musiały zostać zabite). Jednak w niczym nie zmienia to faktu, że jeśli oburzenie to znajdzie ujście w utylitarnie rozumianych prawach zwierząt, to ich konsekwencją i punktem dojścia będą takie właśnie rozważania.

Najchwalebniejszy anioł i najlichsze ździebełko

I to właśnie dlatego chrześcijanin, ale wydaje się, że także niewierzący konserwatysta, nie może przyjąć tego rodzaju rozumowania. U podstaw chrześcijańskiego myślenia o moralności, o prawach człowieka i ochronie zwierząt leży bowiem prawda o stworzeniu świata przez Boga, o wyjątkowej godności człowieka. „Gdy zatem zanika wrażliwość na Boga, zostaje też zagrożona i zniekształcona wrażliwość na człowieka (...) Stworzenie (...) bez Stworzyciela zanika. (...) Co więcej, samo stworzenie zapada w mroki przez zapomnienie o Bogu. Człowiek nie potrafi już postrzegać samego siebie jako kogoś »przedziwnie odmiennego« od innych ziemskich stworzeń; uznaje, że jest tylko jedną z wielu istot żyjących, organizmem, który – w najlepszym razie – osiągnął bardzo wysoki stopień rozwoju. Zamknięty w ciasnym kręgu swojej fizycznej natury, staje się w pewien sposób »rzeczą« i przestaje rozumieć »transcendentny« charakter tego, że »istnieje jako człowiek«. Dlatego nie traktuje już życia jako wspaniałego daru Bożego, który został powierzony jego odpowiedzialności, aby on strzegł go z miłością i »czcił« jako rzeczywistość »świętą«. Życie staje się dla niego po prostu »rzeczą«, którą on uważa za swą wyłączną własność, poddającą się bez reszty jego panowaniu i wszelkim manipulacjom" – wskazuje św. Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae" z 1995 r.

Joseph Ratzinger w licznych swoich tekstach zwracał zaś uwagę na fundamentalną różnicę pomiędzy stworzeniem człowieka a powołaniem do istnienia innych istot żywych. Człowiek, choć także jest zwierzęciem, jako istota rozumna przewyższa pozostałe zwierzęta i jako jedyny cieszy się tak ogromną wartością. Gdy Księga Rodzaju wskazuje, że człowiek został stworzony na „obraz i podobieństwo Boże", to mówi właśnie o tym źródle godności. Dla Petera Singera czy Toma Regana oraz szeregu mniejszych i większych teoretyków lub praktyków praw zwierząt tego rodzaju myślenie to rzecz jasna „szowinizm gatunkowy". Nie wydaje się jednak, by chrześcijanie mogli – bez odrzucenia absolutnych fundamentów antropologicznych własnej religii – odrzucić tę prawdę.

Jednocześnie to mocne przekonanie metafizyczne nie oznacza, że człowiek może czy powinien ze zwierzętami robić wszystko. Chrześcijańskie ujęcie – a mówię o myśleniu tradycyjnym, zakorzenionym w myśli hebrajskiej i pierwotnym chrześcijaństwie sprzed nowoczesności – dostrzega w zwierzętach istoty żywe, a nie tylko ożywione maszyny. Mają one dusze, choć w klasycznym myśleniu jest to dusza śmiertelna. Mają one swoją wartość przed Panem i jak każda żywa istota są stworzone na chwałę Boga.

„Rzeczy istnieją mocą Boskiego istnienia, jak światło słoneczne istnieje dzięki słońcu. Jest dzień, dopóki słońce świeci, ale ledwo jego światło przestaje do nas docierać, zapada noc. Podobnie, gdyby Boski akt istnienia choćby na chwilę przestał podtrzymywać istnienie rzeczy – wszystko obróciłoby się w nicość. To sprawia, że wszechświat św. Tomasza ukazuje się nam, nawet w płaszczyźnie metafizycznej, jako wszechświat uświęcony" – wskazuje w przepięknym wywodzie francuski filozof tomista Étienne Gilson. I dalej czytamy: „Tomistyczny wszechświat jest światem bytów, z których każdy świadczy o Bogu samym aktem swojego istnienia. Nie wszystkie rzeczy należą do tego samego rzędu; są we wszechświecie byty uczestniczące w chwale jak aniołowie, szlachetne jak ludzie, ale są również skromniejsze, jak zwierzęta, rośliny i minerały; nie ma jednak wśród nich ani jednego, który by nie świadczył, że Bóg jest najwyższym istnieniem. Zarówno najchwalebniejszy anioł, jak i najlichsze ździebełko trawy czynią jednako rzecz najcudowniejszą ze wszystkich: istnieją. Świat, w którym każde narodziny są cudem, gdzie odległość dzieląca najlichszy byt od nicości jest dosłownie nieskończona, świat uświęcony, przepojony do głębi obecnością Boga, którego najwyższe istnienie nieustannie chroni go przed nicością – oto świat św. Tomasza z Akwinu". I już tylko z tej prawdy możemy i powinniśmy wyczytać obowiązek troski o przyrodę, zarówno ożywioną, jak i nieożywioną.

Fałszywy i prawdziwy antropocentryzm

Papież Franciszek stawia kwestię relacji człowieka do stworzenia jeszcze mocniej, ale nie zapominajmy, że idzie w tej kwestii drogą wytyczoną przez Benedykta XVI i jego rozważania: „Opisy stworzenia w Księdze Rodzaju zawierają w swoim symbolicznym i narratywnym języku głęboką naukę na temat ludzkiego istnienia i jego rzeczywistości historycznej. Sugerują one, że ludzka egzystencja opiera się na trzech podstawowych relacjach ściśle ze sobą związanych: na relacji z Bogiem, z innymi ludźmi i z ziemią. Według Biblii te trzy istotne relacje uległy zerwaniu nie tylko zewnętrznie, ale również w nas samych. Tym zerwaniem jest grzech. Harmonia między Stwórcą, ludzkością a całym stworzeniem została zniszczona, ponieważ człowiek usiłował zająć miejsce Boga, odmawiając uznania siebie za ograniczone stworzenie".

Dalej Franciszek wyjaśnia, że to właśnie grzech człowieka sprawił, że nie jesteśmy w stanie poprawnie rozumieć i wypełniać przykazania „panowania" nad ziemią. „W rezultacie pierwotnie harmonijna relacja między człowiekiem a naturą przerodziła się w konflikt" – stwierdza.

Antropologia i metafizyka Księgi Rodzaju uświadamia nam jednak, że nie jesteśmy Bogami, a ziemia istniała wcześniej niż my. „Pozwala to odpowiedzieć na oskarżenie stawiane myśli judeochrześcijańskiej: mówi się, że ponieważ opis Księgi Rodzaju zachęca nas do »panowania« nad ziemią (Rdz 1, 28), więc sprzyja bezlitosnej eksploatacji natury, przedstawiając dominujący i destrukcyjny obraz człowieka. Nie jest to poprawna interpretacja Biblii, tak jak rozumie ją Kościół. Choć to prawda, że czasami chrześcijanie błędnie interpretowali Pismo Święte, to musimy dziś stanowczo stwierdzić, iż z faktu bycia stworzonymi na Boży obraz i nakazu czynienia sobie ziemi poddaną nie można wywnioskować absolutnego panowania nad innymi stworzeniami. Ważne jest odczytywanie tekstów biblijnych w ich kontekście, we właściwej hermeneutyce, i przypominanie, że zachęcają nas one do »uprawiania i doglądania« ogrodu świata (por. Rdz 2, 15). Podczas gdy »uprawianie« oznacza oranie i kultywowanie, to »doglądanie« oznacza chronienie, strzeżenie, zachowanie, bronienie, czuwanie. Pociąga to za sobą relację odpowiedzialnej wzajemności między człowiekiem a naturą" – zauważa papież.

Uznanie prawdy o tym, że istoty żywe zostały stworzone przez Boga, prowadzi nas także do wniosku (sygnalizowanego już w cytowanym fragmencie Étienne'a Gilsona), że zwierzęta mają w oczach Boga „właściwą sobie wartość" i przez swoje istnienie „błogosławią Go i oddają Mu chwałę". „Kościół nie mówi dziś, upraszczając, że inne stworzenia są całkowicie podporządkowane dobru człowieka, jak gdyby nie miały one wartości samej w sobie i jakbyśmy mogli nimi dysponować do woli. Zatem biskupi niemieccy wyjaśnili, że »w odniesieniu do innych stworzeń można by mówić o priorytecie być przed być użytecznym«.

Katechizm kwestionuje bardzo bezpośrednio i zdecydowanie to, co byłoby wypaczonym antropocentryzmem: »Każde stworzenie posiada swoją własną dobroć i doskonałość. [...] Różne stworzenia, [...] w ich własnym bycie, odzwierciedlają, każde na swój sposób, jakiś promień nieskończonej mądrości i dobroci Boga. Z tego powodu człowiek powinien szanować dobroć każdego stworzenia, by unikać nieuporządkowanego wykorzystania rzeczy«" – zauważa Franciszek w encyklice „Laudato si".

Myślenie Franciszka, choć potępia „fałszywy antropocentryzm", jest jednak równocześnie głęboko antropocentryczne. Gdy papież ostrzega przed nieumiarkowanym wykorzystywaniem planety, przed jej niszczeniem, to jednocześnie wskazuje na drastyczne skutki, jakie ma to dla ludzi, a także ostrzega, że integralna ekologia musi troszczyć się zarówno o nienarodzonych, bezsilnych, skrzywdzonych przez globalne korporacje, jak i o zwierzęta czy planetę. „Ekologia ludzka oznacza również coś bardzo głębokiego: niezbędną relację życia człowieka z prawem moralnym, wpisanym w jego naturę, relację konieczną, by można było stworzyć bardziej godne środowisko" – wskazuje Franciszek. I szczegółowo pokazuje, jak odpowiednia relacja do stworzenia przekłada się na stosunek do aborcji, eutanazji, ale również sprawiedliwego podziału dochodów czy szacunku dla pierwotnych kultur. Ekologia integralna w ten sposób przekształca się (a może lepiej powiedzieć: poszerza się) i staje wielką krytyką bezbożnego neoliberalizmu czy konsumpcjonizmu.

Droga środka

To niezwykle krótkie przypomnienie zasad chrześcijańskiego postrzegania stworzenia i zwierząt uświadamia, że ewangeliczne, tradycyjnie rozumiane podejście Kościoła do zwierząt nie może być uzasadnieniem dla nieograniczonej eksploatacji zwierząt i ich przemysłowego traktowania. Choć pewnie dla radykalnych obrońców zwierząt i tak będzie „szowinizmem gatunkowym". Zwierzęta, także hodowlane, nie są rzeczami. Ich ból, cierpienie czy dyskomfort mają znaczenie moralne i człowiek powinien robić wszystko, by je ograniczać.

Z tej perspektywy można zadawać pytanie, na ile moralna jest przemysłowa hodowla zwierząt? Na ile dopuszczalne moralnie i teologicznie jest wykorzystywanie ich jedynie dla naszej przyjemności, na przykład w cyrkach? Załóżmy, że odpowiedź będzie twierdząca i uznamy niemoralność takich działań, a wydaje się, że jest ona do uzasadnienia na bazie założeń, jakie przytoczyłem. To jednak nie będzie oznaczało przyznania zwierzętom praw, bowiem zwierzęta jako istoty niebędące podmiotami działań moralnych nie mogą mieć praw na wzór praw człowieka. To jedynie człowiek ma wobec nich obowiązki, które są stopniowalne – wobec zwierząt udomowionych w procesie ewolucyjnym człowieka są one większe, lecz i tak najwyższe są one wobec tych stworzeń, które przygarnął. Bezsensowne okrucieństwo wobec nich, nieliczenie się z tym, że mogą cierpieć, jest rzeczywiście czynem nieludzkim, zaprzeczającym naszej godności, i jako taki powinien być moralnie oceniony nagannie.

Cały powyższy wywód nie oznacza jednak, że gdy rozmawiamy o nowym prawie, to mamy ignorować także interes poszczególnych ludzi. W tej sprawie zawsze konieczne jest ważenie racji i świadomość, że godność człowieka stawia nas wyżej od zwierząt. Warto jednak przypominać, że wyższa godność oznacza także obowiązki, jakie mamy wobec stworzonego świata. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA