Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Historia jest nam coś winna?

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Nasza historia, nasza walka o wolność i niepodległość, a także obrona Europy, choćby przed nawałą sowiecką w 1920 roku, powodują, że jednoznacznie zasługujemy na godziwy poziom życia – mówił we wtorek w Leżajsku prezydent Andrzej Duda.

Na pierwszy rzut oka to przywołanie mocno zakorzenionego w polskim myśleniu przekonania, że dzięki naszej moralnej wyższości cokolwiek nam się od historii należy. Ale jeśli bliżej przyjrzeć się wypowiedzi prezydenta, razi w niej magiczne myślenie, a nawet zwykła niedorzeczność.

Warto bowiem zadać pytanie o to, czy narody, które mają inną niż my historię, nie zasługują na godziwy poziom życia. Czy kraje, które zabrały nam niepodległość w XVIII wieku, z tego powodu mają dziś nie zasługiwać na dobrobyt? Czy Niemcy, które nas w 1939 roku napadły i dokonały na Polakach niewyobrażalnych zbrodni, powinny z tego powodu żyć w biedzie? A Austriacy? Rosjanie?

I wreszcie cóż jest źródłem przekonania o tym, że dobrobyt jest efektem historycznych zasług. Na pewno nie ma to nic wspólnego z chrześcijaństwem w jego rzymskim wydaniu. Owszem, część protestantów uważa, że powodzenie w życiu jest świadectwem Bożej łaski; podobnie w tradycji żydowskiej pełen spichlerz, duża liczba synów i córek miały świadczyć o szczególnej przychylności, jaką człowiek cieszył się u boskiego prawodawcy. Choć np. Księga Hioba jest świadectwem, że tradycja judaistyczna zdawała sobie sprawę z tego, że czasem i niezwykle bogobojnych ludzi spotykają nieszczęścia i ubóstwo.

Zarówno nauczanie Jezusa, jak i klasyczna grecka filozofia pokazywały rozłączność tych dwóch kategorii. Sokrates stał na bardzo wysokim poziomie moralnym, ale nie dość, że nie dorobił się fortuny, to został przez rodaków skazany na śmierć. Sam Jezus nie tylko nie posiadał majątku, ale jeszcze w dodatku kierował swe nauczanie do biedaków, chorych i wszystkich, którzy się źle mają. A jeśli jednostki żyją w dobrobycie bez względu na to, czy postępują moralnie, czy nie, skąd przekonanie, że akurat dobrobyt narodów ma być powiązany z ich bardziej lub mniej chwalebną historią?

Takie przekonanie pojawia się w polskiej polityce historycznej niestety dość często. Co roku możemy się o tym przekonać, gdy wspominamy wybuch powstania warszawskiego lub walkę żołnierzy wyklętych. Zawsze fascynowało mnie bohaterstwo tysięcy młodych warszawianek i warszawiaków, którzy ruszyli w bój przeciwko Niemcom, co spotkało się z niebywale wprost krwawą odpowiedzią z ich strony. Poległym należy się nasza pamięć i szacunek. Ale ciężko na serio mówić, że skoro Polacy ponieśli tak olbrzymią ofiarę, to cokolwiek w zamian im się należy. Od kogo? Od losu? Od historii? Od Pana Boga? Czy ktoś pytał Pana Boga o zdanie przed wywołaniem powstania?

Ale to działa też w drugą stronę. Jeśli ci zasłużeni nie mają specjalnego prawa do dobrobytu, to i ci o haniebnej przeszłości nie mają z tego powodu mniejszych praw do szczęścia. Dlatego prezydent tak samo błądzi, gdy mówi, że „Polacy mają prawo mieć swoje oczekiwania wobec Europy, zwłaszcza tej, która nas zostawiła w 1945 roku na pastwę Rosjan". A właściwie nie tyle błądzi, ile potwierdza fałszywość przyjmowanych przez siebie założeń. Skoro Polska walczyła o wolność i niepodległość tyle lat, to historia nie powinna była dopuścić do tego, by w 1945 roku znaleźli się na łasce i niełasce Rosjan.

Historia nie jest jednak sprawiedliwa. I nic nam się od niej nie należy. Będziemy żyli w szczęściu i dobrobycie tylko wtedy, gdy sami na to zapracujemy, a naszym wysiłkom sprzyjać będą opatrzność i geopolityka. Ale nie staniemy się szczęśliwsi tylko z tego powodu, że nam się to rzekomo należy.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL