fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Łukasz Ługowski: Dzieci są takie same jak kiedyś, zmienił się świat rodziców

Agencja Gazeta, Maciej Zienkiewicz
Kiedyś starzy dużo więcej wiedzieli o świecie niż młodzi, byli dla nich drogowskazami i autorytetami. Teraz to się zmieniło. Młodzi uczą starych świata wirtualnego - mówi Łukasz Ługowski, wieloletni dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii Kąt.

Plus Minus: Powszechne jest przekonanie, iż z dzieckiem być może byłoby się łatwiej dogadać, gdyby nie to, że tak trudno oderwać je od komputera.

To mit. Dzieci są takie same jak kiedyś, zmienił się świat dorosłych. Brałem niedawno udział w programie telewizyjnym, podczas którego padło stwierdzenie, że dzieciakom trzeba organizować zajęcia, bo inaczej całym ich światem stanie się komputer. Dla mnie jest to śmieszne, bo z jednej strony jestem przekonany, że gdyby dzieciom dać wolną rękę, doskonale sobie to życie by zorganizowały. Z drugiej – chyba odkąd istnieje ludzkość, niepokoimy się, że dzieci wejdą w jakiś inny, nierzeczywisty świat. Tak było wtedy, gdy wynaleziono powieść, a potem telewizję. Choć początkowo był w niej tylko jeden program – w moim dzieciństwie nadawany dopiero od 16.45. Nic takiego się nie stało, teraz zmienił się tylko nośnik. Każdy szuka dla siebie jak najatrakcyjniejszego świata. Nie ma się czemu dziwić.

Różnica jednak pewna jest, bo teraz komputer z dostępem do internetu ma każdy w swojej kieszeni. Kanałów w telewizji też nie brakuje, jest telewizja na życzenie. Czy naprawdę dzieci podniosą głowę od komputera dopiero, „gdy padnie Netflix i zabraknie latte na sojowym mleku", jak twierdzi dziennikarka Dorota Wellman?

Zupełnie możliwe, że wtedy się zbuntują. I zrobią to na swój sposób. Taki, którego się nawet nie spodziewamy.

Aż tak mało znamy własne dzieci?

My, rodzice, w pewnym momencie łapiemy się na tym, że nie jesteśmy w stanie się z nimi dogadać. Wiele w tym naszej winy, bo często wygodniej było nam sadzać dziecko przed komputerem i włączać mu bajkę. Dziecko bywa wkurzające, a rodzice zmęczeni. Przed telewizorem otrzymywaliśmy potrzebny spokój, ale dziecko wchodziło wtedy w świat fikcyjny. Zabrakło mu tego, co tu i teraz.

Dlatego nie powinniśmy się później dziwić, że syn czy córka nie przychodzi i z nami nie rozmawia. A jak ma to robić, skoro do tej pory jedyna rozmowa w wielu domach to pytanie o odrobione lekcje. Nie mamy żadnym wspólnych tematów.

Skąd taki brak zainteresowania dziećmi?

Nie tyle brak zainteresowania, ile nie zwracamy uwagi na to, co dla nich najważniejsze. Dzieciaki przychodzą z przedszkola i opowiadają rzeczy, które nam się wydają strasznie błahe i głupie. Nie słuchamy i nie wchodzimy w ten świat. I właśnie od tego momentu psujemy sobie układ z własnym dzieckiem. Rodzice muszą sobie uświadomić, że czasami pęknięty balonik jest dla dziecka największą życiową tragedią. Dziecka trzeba wysłuchać, zainteresować jego problemem i go skomentować. Bo to właśnie jest jego świat.

Nawet jeśli trudno jest zrozumieć język, którym się posługuje. Czasem trudno zrozumieć, o czym dzieci w ogóle mówią.

Ale trzeba próbować. Tyle że nie na siłę, bo najgorsze, jak ktoś dorosły, nauczyciel czy rodzic, zaczyna mówić ich slangiem. Kiedy łapiemy kawałki i wplatamy je do naszego języka, to jest to OK. Natomiast jeśli zaczynamy mówić tym językiem, to oni czują, że jest to sztuczne, że się podlizujemy. Dzieci szybko wyczuwają fałsz i nieszczerość.

Dlaczego aż tak rozjeżdża się świat rodzica i dziecka?

By wszystko mogło zostać tak, jak jest, trzeba dużo zmienić. Bo świat się zmienia i nie zmieniając swojego myślenia, nie nadążymy za nim. Świat się zmienia, ale stosunki między młodymi a starymi pozostają takie same. Oni wchodzą w światy, które są odrębne od rzeczywistości rodziców.

I sobie z nim nie radzą. Coraz więcej młodych ma problemy natury psychicznej, przybywa młodych samobójców. Wydaje się, że młodzi nie nauczyli się, jak sobie radzić z przeciwnościami losu.

Zawsze tak było, ale my nie wiedzieliśmy albo nie chcieliśmy o tym wiedzieć. Zawsze była jakaś grupa odrzucona. Ósma klasa, czteroletnie liceum czy trzyletnie gimnazjum nie zmieni problemów ludzi w tym wieku. My, rodzice, naszymi działaniami to tylko pogłębiliśmy. Przykładowo: ja, gdy wracałem ze szkoły, szedłem na podwórko. W moim pokoleniu dzieci nie były non stop pod opieką, siedzieliśmy na trzepaku, który był symbolem dzieciństwa w tamtym okresie. Tam sprawdzaliśmy się w różnych rolach.

Teraz trzepak zniknął. Oczywiście, ileś tam było na nim wypadków, ale był też miejscem integrującym całą społeczność. Teraz rodzice boją się, gdy dziecko samo idzie do szkoły. Miałem takiego ucznia, którego mama nauczycielka przyprowadzała do „Kąta". Chłopak miał przechlapane. Napisałem do niej pismo, żeby nie przychodziła do szkoły poza zebraniami. Dostosowała się.

Miała kłopoty z dzieckiem, więc pewnie się o nie bała.

Dziecko nie potrafi się odnaleźć w świecie, jeśli my, dorośli, tego nie potrafimy. Ale musimy sobie z tym poradzić i jakoś oswoić tę rzeczywistość. Wtedy dziecku też będzie łatwiej.

Czego mogą się nauczyć od dzieci rodzice?

Kiedyś starzy dużo więcej wiedzieli o świecie niż młodzi, byli dla nich drogowskazami i autorytetami. Teraz to się zmieniło. Młodzi wchodzą w świat wirtualny dużo łatwiej niż starzy i uczą ich go. Nawet trzylatki lepiej radzą sobie z obsługą smartfona niż rodzice. Dzięki nim mamy szansę dostać się do świata cyfrowego.

To strasznie płytkie.

Nie, bo czegoś więcej to my powinniśmy je nauczyć. Proszę zwrócić uwagę, ludzie siedzą obok siebie zatopieni w telefonach i się nie zauważają. Coś musimy z tym zrobić, bo to my poszliśmy w tę stronę i pociągnęliśmy dzieci za sobą. Powinniśmy się uczyć sami i przekazać dzieciom, że mamy wspólne sprawy z innymi ludźmi. Problem w tym, że wielu rodziców nie ma żadnych wspólnych spraw ze swoimi dziećmi.

Dlaczego?

Bo wielu ciągle uważa, że stosunki między nimi a dziećmi są hierarchiczne. Wciąż mamy w głowach, że możemy im coś kazać. Tymczasem przez ostatnich kilkadziesiąt lat ten zakonserwowany świat nagle przyspieszył. To nie tylko technika, ale także zjawiska społeczne i polityczne. Począwszy od tego, że coraz częściej zwracamy się do rodziców na „ty", a skończywszy na zrozumieniu, że dzieci jednak bić nie wolno. Niby mówimy, że nie można bić słabszego, ale wielu popiera stosowanie kar cielesnych. A dziecko to nie jest słabsze?

Albo zwracanie się do dzieci po imieniu. Dorośli wymagają, by mówić do nich na pan, a oni po imieniu. Stosunki jak w folwarku pańszczyźnianym. Nawet jak minister rodziny Elżbieta Rafalska poszła do protestujących niepełnosprawnych, to nie miała żadnych oporów, by mówić do nich na ty. Do dorosłych facetów? Chyba wyszła z założenia, że skoro opiekują się nimi mamy, to są dziećmi, niższymi, gorszymi, mniej szanowanymi.

A właściwie dlaczego tak ma być? My, w „Kącie", mówiliśmy do siebie na ty. Był jeden uczeń, który do mnie mówił na pan. To ja do niego na pan. Było równo i sprawiedliwie.

Jak wam się udaje dogadywać w „Kącie" z tak trudną młodzieżą?

Młodzi ludzie chcą rozmawiać o swoich problemach. Tu cały czas wychodziliśmy do tych dzieciaków, zaczepialiśmy je, pytaliśmy o wszystko. Sprawa dogadania to sprawa otwarcia na ich problemy, empatii, spojrzenia oczami młodego człowieka. To trudne, bo o wiele prościej jest być nauczycielem autorytarnym. Tak samo jak rodzicem i przywódcą zresztą.

Ważne jest też, by mieć normy, ale niewiele. Jak jest ich dużo, to sami nie będziemy ich w stanie spamiętać. U nas były trzy: frekwencja nie mogła być niższa niż 20 proc., nie można używać przemocy, nie można być w stanie zmienionej świadomości. Wszystko inne było dozwolone. Zmieniane buty? Proszę bardzo, ale wtedy i kadra musi zmieniać buty. Buty dziecka wcale nie niszczą podłogi bardziej niż buty pani nauczycielki. Palenie? Może być zakaz, ale wtedy i kadra nie pali. Wszyscy mamy te same prawa, tyle że występujemy w różnych rolach.

Mój pokój-gabinet był zawsze otwarty, można było wejść i pogadać, zrobić herbatę, przynieść z domu ciasto. Takie luźne rozmowy budowały zaufanie do szkoły. Ważne szczególnie w przypadkach molestowania seksualnego, kiedy młody człowiek obawia się kolejnego skrzywdzenia, ale też by nie skrzywdzić bliskich, np. matki akceptującej molestowanie. Byłem dla uczniów konfesjonałem. Wiedzieli, że ja nikomu nie zdradzę ich tajemnic.

Co by pan powiedział rodzicom, którzy nie potrafią znaleźć wspólnego języka z dziećmi?

Że czasami trzeba „dać się upokorzyć", żeby tylko nie stracić z nimi kontaktu. Wtedy, kiedy jesteśmy odrzucani, kiedy dziecko zamyka swój pokój albo siada do nas tyłem. My powinniśmy zaczepiać. Bo najgorsze, co można zrobić, to dać dzieciakowi do zrozumienia, że jest spisek dorosłych przeciwko niemu, np. rodziców i nauczycieli. Natomiast każdy młody człowiek powinien wiedzieć, że nawet jeśli zrobi coś głupiego, to ja, jako dorosły, ojciec, matka, będę po jego stronie. Żeby wiedział, że może mi bezpiecznie wszystko powiedzieć. Nawet wtedy, gdy postąpi źle. Rodzic, którego dziecko nigdy nie okłamało, może być z siebie dumny.

Łukasz Ługowski (ur. 1950) – nauczyciel polonista, pedagog, twórca i przez 25 lat dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii „Kąt" w Warszawie dla dzieci, które z różnych powodów nie mogą sobie poradzić w tradycyjnej szkole. W czasach PRL działacz opozycji demokratycznej

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA