Plus Minus

Jan Maciejewski: „Hair” Formana czyli dzieci rewolucji

Fotorzepa, Robert Gardziński
Dziesięć lat – właśnie tyle czasu powinno upłynąć, zanim zacznie się mówić i pisać o tak zwanych przełomowych wydarzeniach. Nie mniej, ale też nie więcej. Jesteśmy już wtedy zdystansowani, ale jeszcze nie dopadła nas nostalgia za przeszłością.

Marzy mi się świat, w którym nie byłoby dzienników, miesięczników czy kwartalników; świat, w którym ukazywałyby się wyłącznie dekadniki. Raz na dekadę podsumowywano by w nich i oceniano wydarzenia minionych dziesięciu lat. Stalibyśmy się wtedy dużo gorzej poinformowani, ale chyba trochę mądrzejsi.

O „Hair" Milosza Formana mówi się zazwyczaj, że to jeden z najbardziej spóźnionych, najmniej trafiających w tempo filmów w całej historii kina. W gorącym 1968 r. musical z włosami w tytule zmieniał z wysokości Broadwayu postać tego świata. Był rozpisanym na kilkanaście wpadających w ucho piosenek hymnem ruchu hippisowskiego; rozbijał skorupę amerykańskiego mieszczaństwa. A kim wtedy był Forman? Mało znanym emigrantem ze śmiesznym akcentem, któremu rok 1968 kojarzył się raczej z czołgami Układu Warszawskiego niż LSD i wolną miłością. I ktoś taki miał przenosić na ekrany liturgię Kościoła kontrkultury?

Minęło dziesięć lat. Forman zgarnął kilka Oscarów za „Lot nad kukułczym gniazdem", a bunt dzieci kwiatów zwiądł i uschnął. Nakręcenie filmowej wersji „Hair" przestało być zaszczytem, którego nie był godzien czechosłowacki emigrant, zamiast tego stało się kaprysem uznanego reżysera. W 1979 r. Forman mógł pozwolić sobie na dużo więcej niż dekadę wcześniej. Większa część akcji jego filmu dzieje się jesienią i zimą, tak że patrząc na ubogie, kuse stroje hippisów, bardziej niż o buncie czy swobodzie, których miały być dowodem, myślimy: „Chłopie, włóż coś na siebie, zaraz się przeziębisz". W filmowym „Hair" niewiele jest już rewolucyjnego żaru. Zamiast tego ironia miesza się z nostalgią.

Ale pojawia się tam też mały, ledwie zauważalny wątek, którym Forman ukłuł mit pokolenia flower power naprawdę mocno. Nagle wśród roześmianej i dokazującej grupki hippisów nie wiadomo skąd pojawia się kilkuletnie dziecko jednego z nich.

Skąd? Jak? Przecież zgodnie z logiką tamtej rewolucji nie miało prawa się tam znaleźć. To przecież epoka nie tylko wolnej, ale też bezpiecznej miłości. Czy tabletka antykoncepcyjna zawiodła? A nawet jeśli, ten problem można było rozwiązać inaczej. Wiadomo jak.

A jednak tu jest. Stoi i patrzy na nas. Bękart seksualnej rewolucji. Wyjęty spod prawa naszego buntu. Prawa równie okrutnego i bezwzględnego wobec bękartów, co reguły rządzące feudalnym lub mieszczańskim społeczeństwem. Jak mu wytłumaczyć, o co walczymy?

Czy będzie w stanie zrozumieć, że nastała, jak śpiewają bohaterowie „Hair", era Wodnika, w której „spokój i zrozumienie/ współczucie i zaufanie mnożą się / nigdy więcej fałszu czy szyderstwa / mistyczne kryształowe rewelacje / I prawdziwe wyzwolenie umysłu"?

Tamta rewolucja nie pożarła swoich dzieci, tylko je porzuciła. Te one były pierwszymi ofiarami walki o lepszą przyszłość. One, które są przyszłością w ludzkiej skórze.

Na początku XX w. po sowieckiej Rosji wałęsało się około sześć milionów bezprizornych. Dzieci, których rodzice trafili do łagru, zostali rozstrzelani, zginęli w wojnie domowej. Byli ofiarami zaciekłej walki o lepszy świat. Każda rewolucja ma swoich bezprizornych. Oni pierwsi płacą za nią cenę.

W Ameryce, w której dane było Formanowi w końcu nakręcić „Hair", dzieci podobnych do chłopca, którego pokazał w swoim filmie, musiały być tysiące. W 1979 r. było je jeszcze widać. Cena, jaką płaciły za uniesienia wolności swoich rodziców, była wypisana na ich twarzach. Nie zdążyły jeszcze przekuć swojego zagubienia i samotności na mniej lub bardziej fałszywą pewność siebie.

Formanowi udało się nakręcić film idealnie trafiający w tempo. Wystarczyło tylko spóźnić się z nim o dziesięć lat.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL