fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Donbas. Życie na cmentarzu

Dotychczasowa egzystencja mieszkańców Donbasu dosłownie legła w gruzach. Na zdjęciu budynek mieszkalny uszkodzony przez pociski z dział w ponad 250-tysięcznej Gorłowce
Getty Images
W naszym mieście zawsze było dużo muzyki. Brzmiała dosłownie wszędzie. Ludzie się śmiali. W pewnym momencie zapanowała kompletna cisza. Gdy jedziesz autobusem w Doniecku, masz wrażenie, że jedziesz na pogrzeb. Trudno doszukiwać się radości podczas wojny, ale nie da się nie zauważyć panującej tu totalnej beznadziei. Widać ją na twarzach.

Zadbane i pedantycznie wyczyszczone centrum miasta. Kilkunastometrowy pomnik wodza jednej z największych i zarazem najkrwawszych rewolucji w historii świata. Ludzie spieszą się do pracy, słychać klaksony wciskane przez wiecznie śpieszących się kierowców. Wszędzie reklamy, błyszczą witryny sklepów i knajp. Pozornie to normalne życie w normalnym mieście. Pozornie, bo to jedno z niewielu miast na świecie, gdzie człowiek unika rozmów telefonicznych. Jeżeli już sięga po komórkę, to przeważnie po to, by poinformować bliskich o miejscu swojego pobytu. Na wszelki wypadek, bo ludzie masowo tu znikają. Na tablicach ogłoszeniowych roi się od zdjęć zaginionych.

To jeden z powodów, dla których na ulicach, w sklepach czy w transporcie miejskim unika się rozmów z nieznajomymi. Nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz. Od 23 do 5 rano obowiązuje godzina policyjna. Ludzie zaczynają się chować w domach już po zachodzie słońca i unikają wychodzenia. Gdy zapada zmrok, miasto jest puste i robi się bardzo niebezpiecznie. Nikt nie da gwarancji, że wrócisz. Ulice patrolują uzbrojeni i rzadko trzeźwi żołnierze. Po tym, gdy kilka lat temu w mieście zaczęła się fala kradzieży samochodów, ludzie przesiedli się na 30-, a nawet 40-letnie auta. Z tego miasta można wyjechać, ale nie będzie już gdzie wracać. Jeżeli właściciele opuszczają mieszkanie na dłużej niż miesiąc, nieruchomość jest im odbierana i przekazywana innym. To nie jest scenariusz filmu fabularnego, to Donieck w 2019 roku. Miasto, które pięć lat temu stało się stolicą samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej na wschodzie Ukrainy.

Przybysze ze Wschodu

Nasz rozmówca mieszka w centrum Doniecka, z miastem jest związany od pokoleń. Tu się urodził, spędził dzieciństwo, ukończył szkołę i uniwersytet. Należy do grona zamożnych Ukraińców. Przeważnie za takiego się uważał przed wojną, która przerwała jego karierę. Podobny los spotkał wielu utalentowanych ludzi, którzy musieli opuścić swoje rodzinne strony. Jedni wyjechali do pracy do Polski, drudzy do Rosji, a inni przeprowadzili się do bliskich na „wielką ziemię", jak nazywają Ukrainę ci, którzy uważają ją za swoją ojczyznę. Nasz rozmówca należy do tych, którzy miasta nie opuścili. Chce zachować anonimowość, więc nazwijmy go popularnym ukraińskim imieniem Mykoła. W „republice" działa Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego (MGB), stworzone na wzór radzieckich organów represyjnych. Nikt nie chce trafić w ręce jego pracowników.

– Trudno spotkać tu człowieka, który mówi prawdę. To jest bardzo surowo karane i często źle się kończy. Kiedyś wdając się w dyskusje polityczne, można było stracić życie. Teraz jest lepiej, co najwyżej zostaniesz brutalnie pobity – mówi „Plusowi Minusowi". – Jak mogę opisać panującą obecnie tu sytuację? To jeden wielki cmentarz. W naszym mieście zawsze było dużo muzyki, nawet przesadnie dużo. Muzyka brzmiała dosłownie wszędzie: w supermarketach, sklepach, na bazarach, przystankach autobusowych. Ludzie się śmiali. W pewnym momencie zapanowała kompletna cisza. Na początku myślałem, że chodzi o wojnę, ale przez ostatnie dwa lata w centrum miasta już nie strzelają i jeżeli słychać strzały, to na peryferiach. Muzyki jednak wciąż brak. Gdy jedziesz autobusem w Doniecku, masz wrażenie, że jedziesz na pogrzeb. Pasażerowie nie rozmawiają ze sobą, bo w zasadzie nie ma o czym rozmawiać. Trudno doszukiwać się radości podczas wojny, ale nie da się nie zauważyć panującej tu totalnej beznadziei. Widać ją na twarzach – opowiada.

To, co się dzieje od pięciu lat w tak zwanych republikach donieckiej i ługańskiej, wprost nazywane jest „rosyjską okupacją". Mykoła twierdzi, że jeszcze kilka lat temu rosyjskich żołnierzy można było spotkać np. w kolejce w sklepie. Nie mieli na mundurach rosyjskich barw, ale rozmawiając między sobą opowiadali o miastach, z których przyjechali. Mówili o rodzinach, które tam na nich czekają. – Jakiś czas temu ograniczono im możliwość poruszania się. Nie zachowywali się najlepiej, dochodziło do incydentów. Uzbrojeni po zęby i pijani szwendali się po ulicach. Teraz w mieście roi się od członków ich rodzin, przybyłych z odwiedzinami. Często pytają, jak mogą trafić pod jakiś adres. Zachowują się jeszcze gorzej od tych żołnierzy i czują się jak u siebie w domu – mówi Mykoła. – Pewnego dnia jechałem tramwajem, gdy grupa kobiet dosłownie wbiegła do środka i panicznie zaczęły szukać siedzących miejsc. Jedna zajęła dwa na raz i krzyczy do koleżanki: „Walia miejsce"! Wtedy jedna z pasażerek, mieszkanka Doniecka, zdziwiła się na głos: „od kiedy donieckie tramwaje wzbudzają taki szał?". Na to pasażerka odwróciła się i rzuciła: „u nas w Riazaniu tramwajów nie ma" – opowiada.

Od początku konfliktu Moskwa utrzymuje, że jest to wojna domowa, a rosyjskich żołnierzy w Donbasie nie ma. Relacjonując stamtąd wydarzenia, rosyjskie media używają wyłącznie określenia „armie republik donieckiej i ługańskiej". W Doniecku rzeczywiście często można spotkać plakaty propagandowe, nawołujące do wstąpienia do „armii ludowej". Mykoła twierdzi, że dwóch jego sąsiadów służyło w donieckiej armii, ale później zrezygnowali. – Staram się unikać rozmów z nimi, bo jest to taki typ ludzi, których lepiej nie zaczepiać i omijać szerokim łukiem. Z tego co wiem, nie wypłacono im tego, co obiecano. Mówili też, że szkolono ich w Rosji na poligonach pod Moskwą i Rostowem. Podobno te kilkutygodniowe szkolenia ich wykończyły. Twierdzą, że m.in. uczono ich jak najdłużej wytrzymywać ból, trzymając rękę nad płomieniem. Nie wiem, czy wymyślili to, by się dowartościować, czy mówili prawdę. Chłopcy niespecjalnie palą się do tej „armii ludowej". Wolą uciec do pracy do Rosji. Tak wygląda nasza wojna domowa – mówi.

Jak w późnym ZSRR

Donbas przed wojną był najbardziej rozwiniętym pod względem przemysłowym regionem Ukrainy. Produkty i usługi z obwodów donieckiego i łużańskiego stanowiły w 2013 r. ponad 25 proc. wartości całego ukraińskiego eksportu. To za sprawą kilkudziesięciu kopalń węgla i potężnych zakładów metalurgicznych. Średnia pensja wynosiła wtedy w Doniecku 4200 hrywien (równowartość 520 dolarów). Więcej zarabiali jedynie mieszkańcy Kijowa.

W 2015 roku, rok po tym, kiedy zagrzmiała artyleria, szacowano, że w Donbasie zniknęło niemal 60 proc. firm przemysłowych, a ponad połowa zdolnych do pracy mieszkańców straciła dochód. Przedsiębiorstwa, które przetrwały i nie chciały przejść na stronę „republik", zostały „znacjonalizowane" w 2017 r. Od kilku lat w „republikach" środkiem płatniczym są wyłącznie rosyjskie ruble, w których wypłacane są pensje pracownikom tzw. sektora budżetowego. Nietrudno się domyślić, skąd pochodzą, ale Moskwa nie jest specjalnie rozrzutna. – Mój dobry kolega jest lekarzem, zabroniono im nawet mówić, ile tak naprawdę zarabiają. Pracuje na 1,5 etatu i zarabia zaledwie 6 tys. rubli (równowartość 360 złotych). Dlatego bierze nocne zmiany i ma już problemy ze zdrowiem. Wyobraża pan sobie jak można nie spać przez trzy doby? Dlatego na karetkę się czeka ponad godzinę i dobrze jeśli w ogóle przyjeżdża. Wielu lekarzy dorabia na „wielkiej ziemi" – opowiada Mykoła.

W lokalnej hucie zarabiają lepiej: 15 tys. rubli (ok. 900 zł), ale wymaga to ciężkiej, wielogodzinnej i całomiesięcznej pracy. Nasz rozmówca twierdzi, że to rzadko się zdarza, ponieważ przez wiele dni w miesiącu praca stoi i ludzi wysyła się na tzw. nieodpłatne urlopy. – Wtedy dobrze jak zarobisz 5 tys. rubli (ok. 300 zł) – podkreśla.

Na uznawane przez władze w Kijowie za „tymczasowo okupowane" tereny nie docierają ukraińskie towary. Część żywności pochodzi z nielicznych lokalnych zakładów, reszta przyjeżdża z Rosji. Nasz rozmówca twierdzi, że przypomina to kolejki i deficyt towarów w upadającym Związku Radzieckim. O ich jakość lepiej sprzedających nie pytać. – Gdy niedawno zapytałem o datę ważności sera w sklepie, usłyszałem: „Żartuje pan? Jaka data, przecież dociera tu bez daty i dobrze, że w ogóle dociera". To wszystko dzieje się nielegalnie, rosyjskie zakłady nie mogą wystawiać faktur dla lokalnych sklepów. Jakości więc też nikt nie wymaga – tłumaczy. – By kupić w miarę dobre mięso na prawosławną Wielkanoc musiałem udać się na koniec miasta i odstać w kolejce ponad godzinę. Ludzie już nie wybrzydzają, dobrze jak jest masło na półce. Jeżeli ktoś pamięta komunistyczne sklepy, to wie, jak się wszystko załatwiało. Sprzedawczyni mówi, że dzisiaj dla ciebie nic nie mam, ale „wpadnij do mnie do domu". W sklepach leżą nieświeże kurczaki z Rosji, których nawet koty nie chcą jeść – mówi.

Od pięciu lat Ukraina nie kontroluje ponad 400 kilometrów swojej wschodniej granicy z Rosją. Na linii frontu również powstała nieformalna granica, by ją przekroczyć trzeba udać się do specjalnie wyznaczonych miejsc. Po jednej stronie stoją żołnierze tzw. donieckiej republiki, po drugiej żołnierze ukraińskich sił zbrojnych. Wyjazd stamtąd na „wielką ziemię" może trwać nawet kilkanaście godzin. To nie lada wyzwanie, zwłaszcza dla emerytów, którzy muszą jeździć na wschód, by odebrać emeryturę. Ukraina wstrzymała wszystkie transakcje finansowe na tych terenach jeszcze w 2014 roku.

– Po tzw. ukraińskiej stronie kontrola trwa najwyżej 20 minut. Z kolei po tej stronie zrobiono wszystko, by ludziom utrudnić życie. Ostatnio przekraczałem granicę przez ponad dziesięć godzin. Sytuacji, których człowiek doświadcza podczas tej podróży, nie da się opisać normalnymi słowami – mówi Mykoła. – Wojna zamienia ludzi w zwierzęta, społeczeństwo coraz bardziej moralnie się degraduje. Gdy wracając do Doniecka przekracza się ukraiński posterunek, trafia się do tzw. strefy neutralnej. Na autobus, który zawiezie na tamtą stronę, czeka się nawet kilka godzin. Gdy pojawia się na horyzoncie, ludzie rzucają się biegiem, by jak najszybciej zająć miejsce. Przepychają się nawzajem, nie zwracając na nic uwagi. Gdyby mogli, wleźliby na dach. Ostatnio dwie staruszki usiadły na schodach przy drzwiach, miały około osiemdziesiątki. Pijany młody kierowca wyszedł, kazał wstać i wepchnął kobiety do środka. Zwyzywał je i krzyknął: „ja tu jeszcze trzy osoby zmieszczę". A trzy osoby, to trzysta rubli. Nikt się nie odezwał i nie stanął w obronie tych staruszek. Wracając z „wielkiej ziemi", myślałem tylko o tym, kiedy pojadę tam po raz kolejny, i kiedy opuszczę ten koszmar. Strasznie jest żyć ze świadomością, że nigdy już więcej nie doświadczymy normalnego życia – opowiada.

Paszport dla każdego

Mykoła nie może opuścić Doniecka – ma tam kilka nieruchomości i jeżeli wyjedzie na dłużej niż miesiąc, zostanie pozbawiony wszystkiego. Opowiada jak pewnego dnia po kilku tygodniach nieobecności, wszedł do swojego mieszkania i zobaczył znajdującą się w środku panią ze spółdzielni. – Zobaczyła mnie, wzięła telefon komórkowy i zaczęła dzwonić. Powiedziała, że do mieszkania wrócił właściciel i żeby tu nikogo nie wysyłano. Jeżeli ktoś przeprowadza się na „wielką ziemię", musi liczyć się z tym, że zabiorą mu cały majątek życia. Niektórzy specjalnie wracają raz na miesiąc, by pozorować, że tu mieszkają – opowiada.

Jego zdaniem mieszkańców Donbasu zapędzono w kozi róg. Zwłaszcza po tym, gdy pod koniec kwietnia Władimir Putin zdecydował się na przyznanie im rosyjskich paszportów. Jedyny warunek to posiadanie paszportu jednej z samozwańczych republik. Rosyjskie media twierdzą, że pod specjalnie utworzonymi punktami od samego rana stoją długie kolejki chętnych do otrzymania rosyjskiego obywatelstwa.

– To nie jest prawda, szału nie ma. Przede wszystkim chodzi o młodych, których kończą szkoły średnie i studentów uniwersytetów. Akurat ich zmuszają do wzięcia paszportu, a rodzice uspokajają siebie, że rosyjski paszport da im perspektywy, że wyjadą i znajdą dobrze płatną pracę w Rosji. Bo tu jest totalna katastrofa. Każdy myślący człowiek jednak wie, że ten papier nic nie da. Jakie będzie w nim zameldowanie? Przecież meldunek w rosyjskim paszporcie jest warunkiem koniecznym. Nie mam kumpla w Rostowie, jak pan Janukowycz (były prezydenta Ukrainy Wiktor Janukowycz, który zbiegł do Rosji – red.), by ktoś tam mnie zameldował – mówi Mykoła. – Putin postanowił wydać paszporty, bo z badań moskiewskich socjologów i psychologów wynika, że społeczeństwo czuje się zamknięte i przez wszystkich porzucone. Postanowił w ten sposób odwrócić uwagę od tutejszych problemów – twierdzi.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Rosji przyznało ostatnio, że na terenie samozwańczych republik donieckiej i ługańskiej przeprowadzano sondaż. Jego pełnych wyników nie ujawniono, podano jedynie, że aż 86 proc. mieszkańców „republik" chce otrzymać rosyjski paszport. Szacuje się, że na ich terenach mieszka około 4 mln ludzi.

Separatyści w Doniecku i Ługańsku zbierają wnioski i odwożą je do Rosji. W Rostowie nad Donem wnioski zostaną rozpatrzone w ciągu dwóch miesięcy i rosyjskich obywateli na Ukrainie niebawem zacznie przebywać. Wśród nich znajdzie się też objęty sankcjami Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych Denis Puszylin, szef nieuznawanej przez żadne państwo na świecie Donieckiej Republiki Ludowej (DRL).

– Jestem obywatelem DRL i dlatego też będę składał dokumenty, by otrzymać rosyjski paszport – przyznaje w rozmowie z „Plusem Minusem". Utrzymuje, że decyzja Kremla nie koliduje z „porozumieniami mińskimi", których wykonanie, jak twierdzi, będzie zależało „wyłącznie od nowego prezydenta Zełenskiego". Jest zachwycony „humanitarną decyzją" Władimira Putina i o wszystkie problemy Donbasu obwinia władze w Kijowie, które, jak twierdzi, „odcięły się od tych regionów". Sugeruje, że większość mieszkańców Ługańska i Doniecka liczy na przyłączenie do wschodniego sąsiada. – Nie jest tajemnicą to, że nasi obywatele z nadzieją patrzą w kierunku wielkiej Rosji – mówi.

Twierdzi, że zarobki i świadczenia socjalne „wypłacane są regularnie" i że „gospodarka się odbudowuje i zaczyna się ożywiać". – Nasz węgiel idzie do Rosji, ale też trafia poprzez Rosję do Europy, w tym również do Polski. Dostarczamy też na Bliski Wschód – wprost przyznaje Puszylin. O tym procederze, w którym były (a może nadal są) zamieszane prywatne polskie firmy, już wielokrotnie pisali polscy dziennikarze. Przed wojną Puszylin był znanym donieckim działaczem, a nawet regionalnym szefem reaktywowanej rosyjskiej piramidy finansowej MMM, która w latach 90. puściła z torbami miliony Rosjan i wielu mieszkańców postradzieckich państw. W sieci roi się od filmików, na których widać jak namawia do inwestowania pieniędzy w MMM, przekonując, że piramida „daje wolność wyboru". Dzisiaj o tym już nie wspomina i przekonuje, że to, co mówi Mykoła, to kłamstwa.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA