fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tomasz P. Terlikowski: Belgia coraz mniej katolicka

Bruksela, „niemy marsz” organizacji pro life przeciwko aborcji i eutanazji
Shutterstock
To już jest koniec psychiatrii w Belgii. Tak tę sprawę trzeba ująć zupełnie wprost. Dlaczego? Tak się bowiem składa, że ostatecznie została przegrana walka o 15 szpitali niegdyś katolickich, a nadal należących do Zgromadzenia Braci Miłosierdzia. Od teraz nie mogą się one uważać za katolickie i nie mogą za takie się podawać.

To decyzja Kongregacji Nauki Wiary, bo to ona ostatecznie zakończyła trwający od kilku lat spór o to, czy w katolickich szpitalach psychiatrycznych mogą być wykonywane eutanazje. Wymagały tego belgijskie władze, a świecki zarząd szpitali nie tylko przychylił się do tego wniosku, ale uznał go za w pełni zgodny z chrześcijańską antropologią i etyką. Władze zgromadzenia, ale, niestety, nie wszyscy zakonnicy, od samego początku sprzeciwiały się takiemu postawieniu sprawy i przekazały sprawę Stolicy Apostolskiej. Kongregacja Nauki Wiary rozstrzygnęła, że nie da się pogodzić chrześcijańskiego rozumienia miłosierdzia i medycyny z eutanazją.

Co to oznacza w praktyce? Bracia Miłosierdzia muszą wycofać się z założonych przez siebie placówek, z których większość prowadziła pionierskie terapie psychiatryczne. „Zgromadzenie nie ma jednak innego wyboru, jeśli chce pozostać wierne charyzmatowi miłosiernej miłości, którego nie da się pogodzić z praktyką eutanazji chorych psychicznie" – podkreślał brat René Stockman, generał zgromadzenia i jeden z poważniejszych belgijskich psychiatrów. Dla Belgów oznacza to, że w istocie nie mają już oni wyboru między psychiatrią, która dopuszcza likwidację pacjentów, a tą, która po prostu ich leczy. Dla psychiatrów, że nie mają wolności sumienia, i nie mogą wybrać, w jakim szpitalu pracują, a dla Kościoła, że przestrzeń wolności jego działania stale się kurczy.

Jest jednak coś o wiele ważniejszego. Wraz z tą decyzją dobiega w Belgii końca historia wolnej, humanistycznej psychiatrii, której celem jest leczenie. Lekarz, zgodnie ze starożytną przysięgą Hipokratesa, nie może podać choremu trucizny, nawet jeśli uważa, że jego stan nie może się polepszyć, i to nawet wtedy, gdy chory lub jego rodzina o to proszą. Ta jasna zasada ma jeszcze potężniejsze znaczenie w przypadku chorych na choroby psychiczne, z których część nie jest w stanie świadomie podejmować decyzji. U niektórych, cierpiących np. na depresję czy chorobę afektywną dwubiegunową, jednym z objawów jest właśnie pragnienie śmierci.

W przypadku psychiatrii chorzy są często stygmatyzowani, wykluczani, dla ich rodzin niekiedy wygodniejszym rozwiązaniem jest ich śmierć. Czy ktoś może zagwarantować, że lekarze nie będą omijać jasnych deklaracji, że nie uznają się za panów życia i śmierci chorych? Szczególnie gdy każda odmowa wykonania eutanazji kończy się procesem, a likwidacja pacjenta staje się podstawowym elementem pakietu medycznego. I nie są to wątpliwości bezpodstawne. Właśnie kierując się takimi argumentami, potężna grupa znakomitych (i piszę to bez ironii) psychiatrów niemieckich brała udział w akcji T4, czyli właśnie masowej eutanazji osób chorych psychicznie.

Wtedy Kościół, podobnie jak teraz, opierał się tym poleceniom. I wtedy wygrał. Wierzę głęboko, że teraz będzie podobnie, ale żeby rzeczywiście tak było, musimy pamiętać o jednym: naszym zadaniem jako chrześcijan, katolików jest nie tylko ewangelizacja, ale także głoszenie tradycyjnej, klasycznej, wcale nie wyrastającej z Objawienia, ale z natury, antropologii. Jeśli my będziemy milczeć, kamienie wołać będą.

Plus Minus

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA