fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Carl Schmitt i fetysz legalizmu

Żołnierz, wykładowca, teoretyk prawa: w swoich rozważaniach nad naturą państwa Carl Schmitt nie brał jeńców
Ullstein Bild via Getty Images
Carl Schmitt dowodził, że partia sprawująca władzę czyni użytek z premii za rządzenie: kwitując legalność własnych działań, zarazem ogranicza jednakowe dla wszystkich szanse polityczne. Może to robić, na przykład zmieniając tuż przed wyborami parlamentarnymi skład Trybunału Konstytucyjnego.

Nierzadko żywimy się myślą, że istnieją książki napisane specjalnie dla nas. Rozterki głównych bohaterów wydają się nam tak dobrze znane, że bierzemy je niemal za własne. Która z kobiet nie była za młodu Nataszą Rostow? Czy przypadki Karola Bovary nie składają się na powszechną niedolę mężczyzn dojrzałych, których raptem zdejmuje chęć poślubienia kobiety o dwadzieścia lat młodszej?

Ale zostawmy romanse na boku. Czy nie jest tak samo – zastanawiam się – z książkami filozoficznymi, które potrafią ustawić nam w okamgnieniu ostrość widzenia rzeczy?

Książką, która przez ostatnie tygodnie nie dawała mi spać, która stale wzywała mnie do odpowiedzi do tablicy, była znakomita rozprawa Carla Schmitta „Legalność i prawomocność". Pisana w atmosferze zimnej wojny domowej, jaka tliła się w Niemczech w latach 20. i 30. ubiegłego wieku pomiędzy zantagonizowanymi partiami, między nienawidzącymi siebie nawzajem zwykłymi ludźmi, przywodzi na myśl współczesne spory polityczne, z jakimi mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce. Kto ma tytuł do sprawowania władzy? – pyta Schmitt. Rząd, sędziowie, a może prezydent? Czy mieszczańskie państwo prawa posadowione na niepewnych, ruchomych fundamentach można w ogóle uznać za swój dom? Czy wiara w dobroczynną i ochronną siłę ustaw nie wydaje się wiarą bez pokrycia?

Rządzić albo administrować

Carl Schmitt napisał książkę o zapaści parlamentarnego państwa prawodawczego. Nie ubolewa w niej nad kryzysem państwa, a jedynie bada warunki kształtowania się woli wspólnotowej, wyrażonej w unormowaniach, w prawie. W parlamentarnym państwie prawodawczym – zaznacza – rządzą przepisy i procedury, a nie wyraziści ludzie. Prawodawcy, ustawy, rozporządzenia są tak silnie oddzielone od władzy wykonawczej, że o takim państwie można powiedzieć, iż przepisy w nim obowiązują, a nie rządzą; w nim bowiem nie rządzi nikt, wszystko robi się samo, w imię prawa, z błogosławieństwem prawodawcy i sędziego. Przypomina ono nakręcony przez boga deistów świat – raz pchnięty, chodzi, działa, funkcjonuje. W takim państwie – to słowa Goethego – „wszystko jest synekurą i nie ma już życia".

Odmianą państwa prawodawczego jest państwo jurysdykcyjne, w którym wszystkie spory – Capuletich z Montecchimi, Julii z Romeem – rozstrzyga sąd przez odwołanie się do określonej prawem procedury. W państwie prawa to sędzia wypowiada prawo i wdraża je nawet wbrew opinii normującego prawodawcy. To państwo paragrafów i paragrafiarzy, sędziów sądów i trybunałów, państwo terroryzujące zdrowy rozsądek sobie tylko znaną logiką tak zwanych kruczków i finezji prawnych.

Zdominowane przez adwokatów i profesorów sądownictwo wydaje się zrazu trzymać z dala od mechanizmów państwa. „Państwo to »nie ja«", podkreśla lobby prawnicze. „»Ja« to prawo ponadpaństwowe", potężne, a nawet wszechmocne, stanowiące wspólnotę prawną, a nie jedność polityczną, państwową. Źródłem takiego prawa jest enigmatyczna wola społeczności międzynarodowej. W naszym grajdole ma być tak jak gdzie indziej – powtarzają internacjonaliści świeżego chowu. Ma być tak, jak jest na Zachodzie. W „państwie" jurysdykcyjnym (bo chyba cudzysłów jest w tym miejscu nieodzowny) racjonalizm bierze górę nad zawsze podejrzanymi emocjami i pragmatyką rządzenia. Sytuacje życiowe projektuje się na miarę paragrafów, nie odwrotnie. W takim państwie nie występuje zdolność i gotowość do ryzyka. Zwykli ludzie bezustannie żyją w jego cieniu. Przez myśl im nawet nie przejdzie, że mogą żyć inaczej – lepiej i bez strachu.

Organizm państwowy oparty na sile autorytetu, odwołujący się do woli osobowej i autorytatywnego polecenia albo rozkazu, to państwo rządzone przez rząd. Jego krzywym odbiciem jest państwo administracyjne, którym dla odmiany nikt nie kieruje, a rzeczy rządzą się same. W państwie tym funkcje rządowe zostają sprowadzone do funkcji czysto administracyjnych. Jego egzystencjalnym projektem jest przeprowadzenie własnej likwidacji, a wzorem funkcjonowania – obóz.

To jednak są typy idealne, twierdzi Schmitt. W rzeczywistości każde państwo jest mieszanką czterech wymienionych typów państwowości, ponieważ w każdej wspólnocie trzeba wyrokować, administrować, tworzyć prawo i jakoś, mniej lub bardziej udolnie, nią rządzić. Jeżeli wszystkie te pola zostają podporządkowane woli jednej osoby lub grupie osób powołanych przez naród, mamy do czynienia z władzą suwerenną. „Suweren jest najwyższym prawodawcą, najwyższym sędzią i najwyższym rozkazodawcą, ostatecznym źródłem legalności i ostatecznym podłożem prawomocności" – pisze Schmitt. W państwach słabych rząd często i chętnie sięga po prawo, wykorzystuje paragrafy, posługuje się kodeksem dla załatwiania spraw bieżących.

Mechanizm gwałtownych zmian

Państwo suwerenne nie ma nic wspólnego z państwem totalnym, w którym wszystkie ludzkie czynności podlegają unormowaniu. W państwie totalnym nakłania się obywateli do noszenia chipów dla ich własnego bezpieczeństwa, wydaje się biometryczne identyfikatory, walczy z biedą przez odbieranie dzieci ubogim rodzinom, czy też ingeruje w prywatną sferę życia w inny sposób. Państwo totalne to najczęściej przerośnięte państwo administracyjne, w którym nikt za nic nie odpowiada, a człowiek nie ma twarzy; gdzie nic i nikt nie ma twarzy. W takim państwie podejmowane decyzje uzasadnia się nie przez normę, tylko przez sytuację, czy będzie nią przymus dziejowy, tak zwany obiektywny stan rzeczy czy realizm polityczny.

Państwa rządowe i administracyjne sprzyjają rewolucjom, ponieważ mechanizm obu tych państw przystosowany jest do przeprowadzania gwałtownych zmian. Zwłaszcza w państwie rządowym kładzie się nacisk na rozstrzygające znaczenie decyzji politycznych z pominięciem wrzasku lobby prawniczego i owładniętych przez obsesję wyjątkowości i niezawisłości sędziów. Teatrowi reprezentacji władzy przeciwstawia się obecność jednorodnego narodu.

Natomiast parlamentarne państwo prawodawcze, wiecznie poszukujące wspólnego konsensusu wokół każdego głupstwa, to środowisko, w którym wyrastają jak grzyby po deszczu rozgadane organizmy partyjne, chcące urzeczywistnić z pomocą reform na przykład coś tak bardzo ideowo zagmatwanego jak postęp społeczny.

W parlamentarnym państwie prawodawczym najpowszechniejszą formą uprawomocnienia okazuje się wiara w legalność podejmowanych przez parlament i przez prawników uchwał i postanowień. Przede wszystkim jest to wiara – wiara, dodaje Schmitt, zła lub bezbrzeżnie naiwna – w legalność procedury neutralnej wobec jakichkolwiek wartości. W ten sposób tworzy się państwo zbuntowanych elit, które mają w najmniejszym poważaniu kwestię własnej prawomocności, zadowalając się przekonaniem, że wystarczy, gdy postępują w zgodzie z prawem. Skupieni na kodeksach, normach i paragrafach kafkowscy strażnicy prawa absolutyzują pusty, arytmetyczny funkcjonalizm przypadkowej większości – dziś takiej, jutro innej – umożliwiający im rządzenie.

Funkcjonalizm ten nader łatwo sumuje się z „bezosobowym funkcjonalizmem biurokratycznej potrzeby reglamentacji" – w każdym urzędzie biuralista niczym Pan Bóg może nadać normie prawnej nowe znaczenie albo uchylić lub osłabić jej obowiązywanie. Najczęściej prawem kaduka. Schmitt ma tu na myśli bezduszny organizm państwowy, który albo się we wszystko miesza i zakazuje, albo na coś tam bezwiednie i automatycznie przyzwala.

Jedynie państwo rządowe – jak twierdzi – wyposażone w twarz i autorytet potrafi zapewnić normalność, ponieważ tam, gdzie inni widzą wyłącznie słupki i paragrafy, dostrzega ono zwykłych ludzi. Bez tej ostrości spojrzenia normatywizm państwa prawodawczego przedstawia się albo jako gruby szwindel, którego istotę rozumie jedynie wąska elita pisząca prawo, albo jako chroniona prawem arbitralność nieprawomocnej władzy. „Kiedy obrać pojęcie ustawy z wszelkiego merytorycznego odniesienia do rozumu i sprawiedliwości – pisze Schmitt – zarazem zachować państwo prawodawcze z jego specyficznym pojęciem legalności skupiającym całą wysokość i godność państwa wokół ustawy, to na mocy »rządów prawa« można będzie legalnie i zgodnie z prawem wydać decyzją parlamentu lub innych instancji czynnych przy procesie prawodawczym dowolne polecenie, dowolny nakaz, dowolne zarządzenie, rozkazać cokolwiek oficerowi czy żołnierzom, a sędziemu zasugerować dowolny wyrok".

Potłuczone latarnie

W kolejnym kroku przyjrzyjmy się przyjętej w prawodawczym państwie parlamentarnym arytmetyce wyborczej. Otóż wygrany w walce wyborczej, który dysponuje 51 procentami głosów, może zmieniać rzeczywistość – z chwilą ich pozyskania właściwie każda podjęta przez niego decyzja będzie decyzją legalną i wiążącą. Jeśli więc pewnego dnia rząd większościowy wyda wojnę wszystkim wojnom, jego decyzja zostanie powszechnie odebrana jako szerzenie pokoju. Albo gdy postanowi wykluczyć zdegenerowaną mniejszość – Żydów, Indian, „mohery" – może uczynić to z błogosławieństwem autorytetów prawa. Wybrana w wolnych wyborach władza ciesząca się jednoprocentową przewagą nad opozycją będzie mogła zalegalizować każdy swój ruch, każda dyrektywa – mądra czy nie za bardzo – w równym stopniu będzie dla wszystkich wiążąca. Nielegalność i niesprawiedliwość – jak w wizji manichejskiej – zostają usunięte ze świata, to znaczy obarcza się za nie odpowiedzialnością wyłącznie opozycję. Jakikolwiek spór, sprzeciw, gest nieposłuszeństwa obywatelskiego okazują się w takich warunkach czymś podejrzanym i dostarczają wystarczających przesłanek dla inwigilacji, wywłaszczenia, koncentracji i późniejszej – odpukać – masakry.

Pusta prymitywna arytmetyka wyborcza ustanawia tyranię większości wobec mniejszości, niszcząc i wypaczając zarówno demokrację, jak też parlamentarne państwo prawodawcze. Żyjące w liberalnym państwie dwa osobne narody, „dwie ojczyzny" z wiersza Antoniego Słonimskiego, stanowią władzę zmieniających się większości, jak „syntetyk" z „analitykiem" – skoro jeden tłucze latarnie, ten drugi idzie je sklejać. Zawsze na przekór, nigdy razem. Niemniej dopóki wszystkie strony mają taką samą szansę w wyborach, sytuacja ta jest przez nie w zasadzie akceptowana.

Schmitt bardzo wyraźnie wskazuje na patologie i polityczną nonsensowność liberalnego państwa prawodawczego, formułując teorię trzech premii, jakie rządzący otrzymują za sam fakt sprawowania rządów. Po pierwsze, premię przyznaje już sama rzeczywistość władzy, która za sprawą takich pojęć, jak: bezpieczeństwo, porządek, stan wyjątkowy, zagrożenie, konieczne środki, dobro wspólnoty, pokój, ochrona konstytucji, wiąże je natychmiast z codziennością za pomocą wygodnych dla niej instrumentów prawnych i gospodarczych. Po drugie, z faktu legalnie sprawowanej władzy wnosi się o legalności podejmowanych przez nią działań. Zwykłemu człowiekowi nawet przez myśl nie przejdzie (choć zwykle mówi co innego), że państwem mogą rządzić zwykli kryminaliści i hochsztaplerzy. Po trzecie wreszcie, legalnie wybrana władza, jeśli chce być skuteczna, często musi działać bezzwłocznie nawet wtedy, gdy przez swe natychmiastowe działania może naruszać prawo lub ochronę prawną przeciwnika. (Historycznym przykładem takiego naruszenia prawa jest decyzja o internowaniu przez władze amerykańskie amerykańskich obywateli japońskiego pochodzenia po ataku na Pearl Harbor).

Inaczej mówiąc, to władza wykonawcza wywodząca się z partii mającej większościowy mandat określa legalność położenia przeciwnika politycznego. Zatem konflikt od zawsze wisi w powietrzu, determinuje całe życie polityczne kraju. Stan zimnej wojny domowej stanowi nieuchronny rezultat działań rządzącej większości w stosunku do rządzonej mniejszości.

Gdzie jest kapitan?

Zasada jednakowej szansy – zaznacza Schmitt – nie zawiera w swych przesłankach odpowiedzi na powstające w każdym krytycznym momencie praktycznie jedyne kluczowe pytanie, kto w przypadku konfliktu rozwiewa wątpliwości i rozstrzyga w razie różnicy poglądów". Tym samym powraca Szekspirowskie pytanie: „Gdzie jest kapitan?". Otóż w parlamentarnym państwie prawodawczym nikogo takiego po prostu nie ma, ani nawet nie może być, gdyż mowa o elemencie systemu parlamentarnego, który sam miałby się stać instancją ponadparlamentarną. W takim państwie mamy więc do czynienia z karykaturalną formą polityki: większość robi, co chce, mniejszość zaś to wszystko dezawuuje, wskazując na brak podstawy prawnej dla działań większości. I właśnie w takim wypadku – twierdzi Schmitt – partia sprawująca władzę czyni użytek z premii za rządzenie: kwitując legalność własnych działań, zarazem ogranicza jednakowe dla wszystkich szanse polityczne.

Może to robić na wiele sposobów. Skuteczną, choć na pewno drastyczną, metodą jest objęcie rzeczywistości politycznej stanem wyjątkowym. Innym sposobem może być zmiana, tuż przed wyborami parlamentarnymi lub prezydenckimi, prezesa Sądu Najwyższego lub składu Trybunału Konstytucyjnego albo ordynacji wyborczej tak, by utrudnić wybór przyszłego premiera rządu. Można też starać się chronić przed zwolnieniem „swoich" urzędników, powołując się na konstytucyjną ochronę praw nabytych. We wszystkich wymienionych przypadkach chodzi o zobowiązanie do określonych zachowań większość obecną przez większość nieobecną, która w międzyczasie stała się obecną mniejszością lub tak bardzo zmalała, że przestała się praktycznie liczyć. Mowa tu o swego rodzaju prolongacie władzy poza czas jej sprawowania.

Wreszcie, gdy zwaśnione strony zdezawuują siebie nawzajem i zablokują polityczne działania, następuje delegitymizacja parlamentarnego państwa prawodawczego. A wtedy liczy się tylko jedno ustalenie: kto aktualnie sprawuje rzeczywistą władzę i czy potrafi w nadzwyczajnych warunkach ukonstytuować nowy ośrodek rządzenia.

Powtórzmy argument Schmitta: nonsensowność działań arytmetycznych przekładających się rzekomo na rzeczywistość jest dla wszystkich oczywista. Czy 98-procentowa większość jest mniej represyjna w stosunku do 2-procentowej mniejszości, aniżeli progowa większość „uciskająca" 49-procentową mniejszość? Taka arytmetyka nie ma wiele wspólnego ze sferą stosunków ludzkich, a więc z tym, czym są dla siebie zwyczajni ludzie. Głosowanie ma otwierać drogę do uzgodnień i negocjacji, następnie do konsolidacji wspólnoty politycznej, a nie służyć podporządkowaniu sobie i majoryzowaniu słabszej liczebnie mniejszości. Bez wyraźnej, ponadpartyjnej jedności narodowej skołowani ludzie zaczną podrzynać sobie nawzajem gardła, do czego dochodziło w nieodległej przeszłości także w Polsce. W takiej sytuacji nawoływanie do opamiętania się, do tolerancji i neutralności jest już aktem opowiedzenia się za neutralnością jako wartością. Inne wartości zostają pominięte lub odpowiednio zneutralizowane.

Popieranie wartości i neutralność wobec nich wykluczają się. W obliczu poważnie potraktowanego poparcia i afirmacji wartości poważnie potraktowana neutralność wobec nich oznacza ich negację" – zauważa nie bez racji Schmitt. Parlamentarne państwo prawodawcze to państwo światopoglądowo neutralne, wrogie mocnym wartościom. Stanowi jedynie rodzaj ramy prawnej wypełnionej zwierzęcymi treściami: dążeniem do samozachowania i stanu zaspokojenia. Gdy jednak wartość, jaką jest zwykłe, trywialne życie, zostanie zagrożona, państwo w geście jego obrony może zmienić prawo, a nawet legalnie uchylić samą legalność jako zasadę. Dlatego też tak szybko jak to możliwe należy rozstać się z fetyszem legalizmu.

Ale wtedy powraca pytanie: kto w takim razie rządzi? Otóż w demokracji – a z takim systemem politycznym miał do czynienia Carl Schmitt w latach 30. ubiegłego stulecia – prawo stanowi wola narodu. Wola ta okazuje się wystarczającą autoryzacją działającego w jego imieniu rządu – „wystarczy, że chce". Dlatego rzeczą bardzo ważną jest drobiazgowe zbadanie, co oraz w jaki sposób kształtuje wolę powszechną. Najczęściej odbywa się to w drodze wyborów przez ustalenie większości. Mają one sens wyłącznie przy założeniu, że ich celem nie jest przegłosowanie mniejszości, tylko ujawnienie zgodności, jedności i jednorodności całego narodu. W przeciwnym razie wybory rodzą podział na dwa odrębne państwa, wspomniane już „dwie ojczyzny".

Jeśli więc demokracja, pisze Schmitt, „opiera się na założeniu, że naród jest niepodzielnie jednorodny, cały, jednolity, to nie ma w niej z istoty żadnej w ogóle mniejszości. Raczej się zakłada, że mocą tej samej przynależności do tego samego narodu wszyscy tak samo chcą zasadniczo tego samego. Jeśli straci ważność przesłanka o bezpośredniej narodowej jednorodności, to ustalenia arytmetycznej większości stanowić będą większą lub mniejszą przemoc wobec przegłosowanej, a więc uciśnionej mniejszości. Przestaje wówczas istnieć demokratyczna tożsamość rządzących i rządzonych, rozkazodawców i wykonawców; większość nakazuje, a mniejszość ma słuchać".

Zjednoczony naród

Aby móc lepiej zapoznać się ze stanowiskiem Schmitta w kwestii warunków kształtowania się woli powszechnej, musimy dobrze zrozumieć, czym jest dla niego zjednoczony naród. Po niemiecku słowo „Volk" znaczy tyleż naród co lud. Po polsku to jednak dwa różne słowa. Z narodu bierze się swój początek, a potem wzrasta wraz z nim. Naród mnie zawsze o krok wyprzedza i kształtuje. Mówi moim językiem ojczystym dużo wcześniej, zanim ja go poznałem. Ma on swoją historię, której, czy mi się to podoba, czy nie, jestem częścią. Natomiast lud jedyne, co potrafi, to artykułować swoją nędzę i upośledzenie. Les malheureux najpierw chcą jeść, a potem niszczyć, co dało się odczuć w kolejnych, rewolucyjnych wstrząsach przeważnie zamieniających lud w motłoch.

W rozważaniach na temat prawomocności władzy Carl Schmitt bierze stronę narodu, wypowiadając się explicite przeciw teorii politycznej reprezentacji. Kształt konstytucji, powiada, zależy od woli politycznej narodu niebędącego w żadnym razie władzą, tylko nieukierunkowaną siłą. Charakteryzując naród od strony negatywnej, powiemy o nim, że stanowi przeciwieństwo urzędów państwowych i magistratów, że nie rządzi, nie reprezentuje, nie wykonuje żadnych czynności urzędowych.

Naród to siła obecna, a skoro tak, nie może być reprezentowana, ponieważ reprezentować można coś lub kogoś tylko pod jego nieobecność. Pozostaje on bezpośrednio obecną, niezależną od prawa rzeczywistą wielkością. Uwydatniając rangę głosu narodu w tworzeniu konstytucji, Schmitt nie może mieć na myśli żmudnego deliberowania zgromadzonych na ulicy czy pod stocznią ludzi. Chodzi mu raczej o bezpośredniość zgromadzenia, które nie tworzy zorganizowanej grupy interesu. W tym sensie broniący swoich przywilejów górnicy albo entuzjazmujący się ogólną burdą kibole nie są ani narodem, ani nawet ludem. Jedność, jaką tworzą, jest czysto pozorna, skoro bronią bardzo konkretnych, partykularnych interesów.

Ale już narodowa jedność bombardowanych pod koniec wojny niemieckich cywilów nie wydaje się czymś wydumanym. W każdym, niechby najbardziej niewinnym, niepolitycznym zgromadzeniu zawarte są bowiem nieoczekiwane polityczne możliwości, skoro swój głos wyraża ono najczęściej w akcie aklamacji: krzykiem, szeptem, szemraniem, gwizdami, oklaskami, śpiewem. Będzie to głos wiążący, prawomocny nawet wtedy, kiedy zostanie zakwestionowana jego legalność. „Dzisiejsza demokracja jest bowiem zorganizowana tak – pisze Schmitt – by właśnie ignorować zgromadzony naród jako taki, gdyż cechą swoistą praworządnego ustroju mieszczańskiego jest ignorowanie suwerena, niezależnie od tego, czy jest nim monarcha, czy naród".

Każde zgromadzenie debatujące nad ustawą zasadniczą wydaje się in potentia wrogie porządkowi konstytucyjnemu. Z tego powodu władza nierzadko ucieka się do manipulacji przy ustawie o prawie o stowarzyszeniach i zgromadzeniach publicznych. Następnie usiłuje przekonać opinię publiczną, że demokracja parlamentarna to jedyna możliwa forma demokracji. Naród nie jest w niej traktowany jako suweren, tylko jako amorficzne ciało udzielające legitymacji jego „reprezentantom".

Symulacja demokracji

Cechą odróżniającą demokrację parlamentarną od innych form demokratycznych jest ostentacyjne ignorowanie głosu narodu – źródła suwerenności, czego dowodnym przykładem jest, paradoksalnie, głosowanie w wyborach powszechnych. Wybory są wyborami tajnymi, wyborcy zaś – masą puszczonych wolno, zdezorientowanych, ogłupionych medialną sieczką „dzieci". Konsekwencją tajnych wyborów jest prywatyzacja przestrzeni publicznej, przemiana obywatela w osobę prywatną, w „idiotę" – w niewidzialnego „idiotę".

Tak więc to nie przerwanie tak zwanej ciszy wyborczej stanowi wynaturzenie demokracji. Jest nim bezwzględna tajność głosowania, w której usuwa się pojedynczego obywatela ze sfery publicznej i przeobraża go w osobę prywatną. Tajność, o której tutaj mowa, polega na wyizolowaniu i wydzieleniu pojedynczych osób ze wspólnoty, na otumanieniu ich i osamotnieniu w decydującym pod względem politycznym momencie.

Tuż przed samymi wyborami parlamentarnymi słuchałem w zeszłym roku w radiu rozgadanego o polityce profesora socjologii, który na pytanie prowadzącego, na kogo głosuje, rzekł, że nie będzie o tym rozmawiał, ponieważ to jego prywatna sprawa. Oto objaw choroby lękowej wywołanej przez osobliwie pojmowane prawo do prywatności decyzji politycznej, które zawczasu udaremnia zebranie obecnego narodu, także aklamację. W takich warunkach naród nie wybiera i nie głosuje jako naród. Cały sztafaż wyborczy – zielone sukno, dostojna komisja, koperty, urny, długopisy, kabiny z kotarą, karty z nazwiskami przedstawicieli – tylko symuluje demokrację, ponieważ suma pojedynczo oddawanych głosów nigdy nie stworzy innej całości niż arytmetyczna albo – w zmienionych dekoracjach – wirtualna, fejsbukowa.

Daje to złudzenie wolności, która świętowana jest co cztery lata. O demokracji mówi się tak, jakby miała być świętem, a nie chlebem codziennym. A jeśli z demokracją mamy do czynienia od święta, to w jakich warunkach politycznych żyjemy na co dzień? Wola powszechna nadająca władzy prawomocność tworzy się w przestrzeni publicznej lub wcale. Otwiera się zatem alternatywa: albo aklamacja, którą Schmitt określa czasami (za Kantem) mianem entuzjazmu, albo kiełbasa wyborcza i wyborcze matactwo.

W prawodawczym państwie parlamentarnym republikański entuzjazm tłumi się w zarzewiu i likwiduje wszelkie przejawy politycznej spontaniczności, na przykład przez konsekwentne ośmieszanie uczestników referendum. Schmitt wskazuje tu na negatywną rolę, jaką odgrywają w dziele dezinformacji opinii publicznej „niewidoczne i nieodpowiedzialne siły polityczne". Czasem zaś wszystko robi się jakoś samo. Może o tym świadczyć casus pułkownika Sergiusza Miasojedowa, nazwany znacznie później sprawą anty-Dreyfusa. Pułkownik Miasojedow, żołnierz żandarmerii wojskowej w carskiej armii, został w 1915 roku postawiony przed sądem wojennym na podstawie zarzutu o szpiegostwo. Przy nader wątłym materiale dowodowym skazano go na karę śmierci, którą wykonano w warszawskiej cytadeli. Dialektykę pomiędzy stanowiskiem, jakie zajęła w tej sprawie opinia publiczna, a stanowiskiem władzy w trafnych słowach przekazał Józef Mackiewicz.

„»Sprawa Miasojedowa« jest pod pewnym względem odwróceniem »sprawy Dreyfusa«... Wie pani co, użyję paradoksu: jest ona świadectwem niedoskonałości ustroju, ale... demokratycznego. Skazany przez władzę, może być obroniony przez opinię publiczną. Skazany przez opinię publiczną, może być obroniony przez władzę. Ale gdy opinia publiczna staje się władzą... Ba! Do kogo pani wtedy każe się odwołać w obronie? Nie ma takiej siły, do której można by się odwołać. Bo nie ma nikogo na świecie, kto by był zainteresowany w takiej apelacji.

– A ja?

– Pani... Pani powiada: »jakże wielki książę ważył się na taką samowolę?«. Jestem przekonany, że dziesięć razy by się namyślił i może nie poważył w końcu, gdyby miał w tej chwili przeciwko sobie opinię publiczną. Ale on wiedział, że ma ją za sobą. Więcej: on robił to dla niej. Może nawet wykonał tylko jej wolę".?Czy naród potrafi obronić się sam? To zależy od okoliczności. Jeśli wyposażony jest w świadomość polityczną, co w języku Schmitta oznacza umiejętność odróżnienia wroga od przyjaciela, obroni swoje istnienie, nawet jeśli zginą przy tym poszczególni, niewinni ludzie. Naród nie dyskutuje, nie rozważa racji. Działa instynktownie we własnej sprawie. W przeciwnym razie, gdy tego nie potrafi, kiedy trzymają nad nim władzę, na przykład wartości ogólnoludzkie, które nie są jego wartościami, naród ten zginie.

Widać dość jasno, że Schmitt przeciwstawia plebiscytową prawomocność państwa demokratycznego legalności prawodawczego państwa parlamentarnego. To ostatnie nie ma nic wspólnego z demokracją sensu stricte – aklamacyjną, bezpośrednią. Państwo, w którym rządzącym wystarcza kodeks, biret i procedura, jest państwem zbuntowanych, oświeconych, gardzących masami elit. I odwrotnie: radykalna, nieznająca hamulców demokracja bezpośrednia oznacza pospolity „bunt mas", rebelię szewców. Wszakże w demokracji to wola narodu, nie zaś dobrze uargumentowana racja elit, stanowi czynnik decydujący w określaniu kształtu państwa.

Bez kompromisu

Będąca źródłem prawomocności wola narodu wyraża się nie w akcie wyborczym, lecz w plebiscytach, sondażach, referendach, a w wariancie krańcowym – strajkiem generalnym lub rewolucją. Wola ta jest doraźna, natychmiastowa i wiążąca. W takiej sytuacji mamy do czynienia z konfliktem prawomocności, której źródłem jest wola narodu i legalności mającej swą podstawę w prawie stanowionym, przede wszystkim zaś w konstytucji.

Innymi słowy, chodzi tu o odmienny sposób uzasadniania. Dla legalistów konstytucja pozostanie „świętą krową" i nic tego nie zmieni, z kolei dla narodu, który konstytucję nosi w sercu, ważny jest on sam. Kompromis w sytuacji ultymatywnej okazuje się niemożliwy. Oczywiście, jakiegoś wyjścia dostarczają tu referenda, przez które artykułuje się zdanie milczącej, na co dzień lekceważonej i pomijanej rzeszy. W tak nakreślonych warunkach dochodzi do wyścigu dwóch suwerenów. Trudno wyobrazić sobie, kto może wyprzedzić w nim naród, niemniej ciała reprezentatywne mają do dyspozycji naprawdę wiele środków, aby swej władzy nie oddać, ani nie umniejszyć czy przekazać swych kompetencji na rzecz suwerena. Najczęściej „bunt szewców" bywa tłumiony przez bunt elit. Na przykład eliminowanie prawa do oporu wynika z dogmatycznie rozumianego legalizmu i jest jego następstwem. Jeśli taki kurs obiera państwo, mamy koniec demokracji, jeśli dzieje się przeciwnie i masy subwersywnym gestem aklamacji uchylają każdą decyzję rządu, każdą uchwałę parlamentu, mamy do czynienia z hiperdemokracją.

Dlatego w budowaniu platformy porozumienia pomiędzy zantagonizowanymi siłami poczesną rolę może odegrać prezydent, który wkracza do gry zawsze tam, gdzie sytuacja – prawna, gospodarcza, społeczna – wydaje się nie do końca normalna, czyli w okolicznościach wymagających scalenia pojęć i rzeczy. W jakimś stopniu prezydent działa jak burzący system dotychczasowej legalności „komisarz operacyjny", który dla ratowania konstytucji zawiesza czasowo jej obowiązywanie. Rzecz jasna, nie oznacza to, że prezydent komisarz nabiera z mocy urzędu prawo do stanowienia prawa.

Prawomocność na ulicy

Podsumowanie: W wyborach od dawna zaprzestano wyłaniania i awansowania pewnej elity i tworzenia rzeczywistej reprezentacji. Używając słów mocniejszych, trzeba powiedzieć, że w świecie dzisiejszym wybory stały się fikcją. Przerodziły się bowiem w rodzaj udawanego „plebiscytu", festynu powtarzanego regularnie w odstępach paroletnich. Trudno zrozumieć kogoś, kto sądzi, że wyłania się w nich elita danego kraju. Aktem wyborczym powołuje się kilkuset reprezentantów, którzy następnie ustanawiają w państwie swoich nominatów. Nowe wybory to zawsze zapowiedź nowych łowów: synekur, zaszczytów, pieniędzy, wpływów.

Tymczasem naród nie udziela rozbudowanej odpowiedzi; mówi tylko „tak, tak, nie, nie", jak w Piśmie św., gdzie mowa jest jeszcze prosta. Z narodem się nie dyskutuje, masa nie potrafi mówić, masa jest niema, demokracja zaś jest zjawiskiem masowym. Nie ma innej demokracji niż demokracja masowa. Inne użycie tego słowa jest niewłaściwe, nieadekwatne. Nic dziwnego, że prawomocność plebiscytową uznaje się w tak pojętej demokracji za jedyny uznany system legitymizacji. Wszakże demokracja masowa, której rozpęd nie napotyka żadnych barier, na przykład w woli prezydenta lub rządu potrafiącego formułować pytania plebiscytowe, a wynik głosowania interpretować jako wyraz woli narodu, prowadzi w kierunku dyktatury leninowskiej, w stronę totalitaryzmu. Innymi słowy, chodzi o to, aby władza szła od góry, a zaufanie z dołu, o czym pisał już Sieyes w głośnej broszurze „Czym jest stan trzeci"?

Dlaczego jednak sądy nie mogłyby przyjąć na siebie najważniejszych rozstrzygnięć w państwie? Dlatego, że ich auctoritas wypada słabiej w porównaniu z auctoritas prezydenta czy rządu. Państwo dążące do legalizacji każdej czynności lub do jej legalnego zakwestionowania jest państwem totalnym, ingerującym w najdrobniejszą część tkanki społecznej. „Zrozumiałe jest zatem, że sądy mogą pełnić tę funkcję tylko dopóty, dopóki mają autorytet niezużyty jeszcze przez rozstrzyganie politycznych kwestii władzy za pomocą postępowania sądowego" – zauważa trzeźwo Schmitt. A im państwo słabsze, tym złośliwsze i bardziej spazmatyczne są jego działania w stosunku do zwykłych obywateli. I gdy tak partie polityczne wyrywają je sobie z rąk do rąk, instrumentalizując legalność i prawomocność, ich działania prowadzą do wojny domowej – najpierw w jej zimnej fazie, potem zaś w krwawej, gorącej.

W przeciwieństwie do Freuda, Marksa, Nietzschego, Schmitt nie jest mistrzem podejrzeń. Przepatruje aporie i dylematy filozofii politycznej na wskroś i wyświetla niejasne strony wolności. Powiada się o nim, że nigdy nie był demokratą. Może nim był, może nie. Na podstawie tych kilku myśli podchwyconych przeze mnie w „Legalności i prawomocności" – można w zasadzie zaryzykować twierdzenie przeciwne. Schmitt przedstawia się w nich jako demokrata radykalny szukający prawomocności na ulicy, odwołujący się do siły aklamacji, a nie głosu wyborczego.

Jednocześnie nie jest nim – oto druga strona tej samej monety – gdy przedkłada wolność nad retorykę wyborczą. Demokracja, powiada, to jedynie (niedoskonała) forma obieralności władzy i jako taka nie stanowi żadnej wartości. Jest mechanizmem uprawomocnienia czyjegoś zwierzchnictwa, podczas gdy wartością ponad wszelką wątpliwość jest – pozostaje na zawsze – wolność.

Autor jest profesorem filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, zastępcą redaktora naczelnego kwartalnika filozoficznego „Kronos". Ostatnio opublikował książkę „Umieram, więc jestem", a pod jego redakcją ukazała się monumentalna „Historia filozofii politycznej II" (obie pozycje wydała Fundacja Augusta hrabiego Cieszkowskiego)

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA