Sarah Dunkley w 2015 roku porzuciła pracę nauczycielki i została „tradwife". To zbitka dwóch angielskich słów: traditional i wife, czyli tradycyjna żona. Jak sama mówi, od tego czasu ciężko pracuje, by każdego dnia uszczęśliwiać męża Bena i dwójkę dzieci. Chwali się, że zostając w domu, znalazła czas, by pójść na siłownię, zacząć zdrowo się odżywiać oraz zadbać o fryzurę i makijaż. Gdy mąż jest w pracy, ona bawi się z dziećmi, sprząta i szykuje domowy obiad tak, by był gotowy na jego powrót. Ponieważ pieniądze zarabia tylko Ben, to 32-latka w zamian stara się zapewnić mu dom, w którym odpocznie i zregeneruje siły.
Podobne życie wybrała Laura Lightbody, która podkreśla, że odkąd została „tradwife", jej życie uległo magicznej transformacji. Gdy pracowała, dom był zaniedbany, a ona ciągle kłóciła się z mężem, m.in. o to, kto zrobi obiad. Teraz małżeństwo 37-latki działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Kobieta co tydzień przygotowuje plan posiłków tak, by każdego wieczoru rodzina jadła zdrowo i pożywnie. Swój dzienny grafik dostosowuje do zmian męża w pracy oraz zajęć dzieci. Dzięki temu, jak sama przyznaje, znajduje czas na wspólne chwile z najbliższymi.
Są „tradwife", które nie ograniczają się tylko do życia niczym gospodynie z lat 40. Niektóre wyposażają swoje domy w sprzęty sprzed 70 lat, gotują według przepisów z czasów II wojny światowej, a nawet... zastępują toalety wychodkami. Mieszkająca w Stanach Zjednoczonych Laci Fay ubiera się i czesze wyłącznie tak, jak robiono to w latach 50. Do nakładania makijażu używa szczoteczek i pędzelków z epoki. Jej dom wygląda, jakby zatrzymał się w nim czas. Meble, urządzenia kuchenne czy odkurzacz pochodzą z drugiej połowy XX wieku.
Pokolenie retro
O „ruchu tradwife" zrobiło się głośno w styczniu tego roku po wywiadzie, którego w brytyjskim programie telewizyjnym „This Morning" udzieliła Alena Kate Pettitt, która bardzo otwarcie opowiedziała, jak została „tradwife". Pettitt wcześniej skupiała się wyłącznie na imprezowaniu ze znajomymi i wspinaniu się po szczeblach kariery w jednej z londyńskich firm kosmetycznych. Zawsze jednak marzyła o czymś innym. W rozmowie z „Plusem Minusem" potwierdza, że gospodynią domową chciała być już od dziecka. – Nauczyciele jednak mówili mi, że to nie wystarczy i powinnam się skupić na zarabianiu mnóstwa pieniędzy, żeby osiągnąć sukces. Kiedy poznałam swojego męża i powiedziałam mu o moim marzeniu, oboje zdecydowaliśmy, że kiedy narodzi nam się dziecko, wreszcie będę żyła tak, jak chcę – opowiada.
Obecnie jest prezesem „własnego przedsiębiorstwa", przez co rozumie gospodarstwo domowe. Chce, by panowały w nim takie zasady jak w latach 50.: – Na co dzień doglądam wszystkich domowych spraw i bardzo to lubię. Mój mąż wychodzi do pracy, a ja gotuję, sprzątam, robię pranie i zajmuję się dziećmi. Mamy jasno podzielone role. Wolę z całych sił angażować się w życie mojej rodziny, niż pracować dla korporacji, która o mnie nie dba – tłumaczy.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Stanowego Michigan oraz Uniwersytetu Austin w Teksasie, młodzi ludzie z pokolenia Y, czyli milenialsi, urodzeni w latach 80. i 90., częściej niż poprzednia generacja opowiadają się za tradycyjnym podziałem ról w rodzinie. Jedną z takich osób jest Gaya Krikorian mieszkająca w Queens. Na łamach „New York Post" przyznaje, że chociaż ma tytuł magistra z języka angielskiego, to najbardziej ceni sobie rolę gospodyni domowej i zajmowanie się mężem. – Uważam, że to, że ja robię bardziej kobiece rzeczy, zapewnia w naszym związku balans. Oczywiście, kobiety mogą zarabiać mnóstwo pieniędzy, ale to nie dla mnie – zwierza się dziennikarzom.
Początkowo nic nie wskazywało, że do ruchu dołączy 33-letnia obecnie Tesse Struve. Wychowana, jak sama mówi, w „bardzo feministycznym domu" w San Francisco zgodnie z wolą rodziców ukończyła antropologię i została nauczycielką. Dopiero w 2012 r., gdy wyszła za mąż, postanowiła rzucić pracę i na pełny etat zająć się domem i rodziną. „Kocham to, że mogę się angażować w życie mojej córki i wspierać mojego męża".
Tesse tak bardzo spodobało się bycie „tradwife", że postanowiła się tym podzielić z innymi kobietami. Kilka lat temu założyła blog „Millennial Housewife" skierowany do pokolenia Y. Według ekspertów to właśnie dzięki internetowi „ruch tradwife" z łatwością pozyskuje nowe członkinie i wciąż się rozrasta. – Sieć umożliwiła ludziom łatwe wyszukiwanie alternatywnych czy niszowych grup i kontrkultur, do których potem dołączają. W erze przed internetem człowiek mógł czuć się odizolowany w swoich skłonnościach i poglądach, ale teraz w bezprecedensowy sposób znajduje swoje „plemię", a jego głos zostaje zbiorowo wzmocniony – mówi dr Anjhula Mya Bais, światowej sławy psycholog.
W mediach społecznościowych regularnie pojawiają się hasztagi #tradwife, #tradfem czy #vintagehousewife. Na Facebooku prężnie działają też takie grupy jak „Kobieta wyznająca tradycyjne wartości" czy nawiązująca do hasła wyborczego Donalda Trumpa „Uczyńmy tradycyjne gospodynie domowe znowu wielkimi". Ruch ma już swoje internetowe gwiazdy, jak pochodząca ze Stanów Zjednoczonych mormonka Ayla Stewart, posługująca się pseudonimem „żona z celem". W wolnych chwilach bloga „Darling Academy" oraz kanał na YouTube pod tą samą nazwą prowadzi też Alena Kate Pettitt. Przekonuje inne kobiety, by spróbowały żyć jak ona.
Ogromną popularnością cieszą się internetowe „kursy kobiecości" prowadzone przez Dixie Andelin Forsyth, córkę autorki „Potęgi kobiecości". Na zajęcia zapisanych jest ponad 100 tys. pań. Forsyth uczy je m.in., jak się ubierać i zachowywać, by przyciągać do siebie mężczyzn. Koszt sesji składającej się z dziesięciu zajęć wynosi 129 funtów. Za dopłatą 60 funtów można mieć dodatkowe trzy prywatne lekcje. Forsyth planuje stworzyć oddziały swojej akademii w Europie, Rosji oraz Azji Wschodniej.
Ciepła kuchnia i uściski babci
Ponieważ „ruch tradwife" wciąż jest zjawiskiem stosunkowo młodym, eksperci cały czas szukają odpowiedzi na pytanie, jak i dlaczego się narodził. Sprawy nie ułatwia fakt, że tak naprawdę ile kobiet, tyle powodów, dla których chcą żyć tak jak ich matki i babki. Psycholog i socjolog dr Sandra Wheatley na łamach magazynu „Stylist" zauważa, że ruch jest odpowiedzią na problemy i chaos, z jakimi mierzy się obecnie ludzkość: „Człowiek najczęściej pamięta tylko dobre fragmenty ze swojej przeszłości, jak ciepłą kuchnię babci i jej uściski. Część osób uważa, że cofnięcie się do tych czasów jest lekarstwem na wszystkie kłopoty" – tłumaczy badaczka.
– Członkinie ruchu wierzą w ściśle spolaryzowane domowe oraz publiczne role kobiet i mężczyzn. Ich zdaniem ten podział jest częścią naturalnego, a często nawet boskiego porządku. Charakteryzuje je również sprzeciw wobec zdobyczy feminizmu – tłumaczy w rozmowie z „Plusem Minusem" Sally Howard, dziennikarka „Stylist".
Innych przyczyn narodzin tego zjawiska dopatruje się dr Bais. – Kiedy w 2020 r. przemoc wobec kobiet i szklane sufity wciąż są częścią otaczającej nas rzeczywistości, dla niektórych łatwiejszym rozwiązaniem może się wydawać odgrywanie tradycyjnych ról płciowych. Niektóre kobiety mogą być zmęczone „płynięciem pod prąd". Życie w tradycyjny sposób może się wiązać z pewnymi wyrzeczeniami, ale część kobiet dochodzi do wniosku, że i tak są one lepsze od mierzenia się z regresyjnymi przepisami dotyczącymi macierzyństwa czy szefami seksistami – wyjaśnia psycholog.
Pewną rolę mogą też odgrywać doświadczenia z dzieciństwa i młodości. Część kobiet, będąc świadkami kłótni rodziców czy ich rozwodu, chce uniknąć tego losu, tworząc rodzinę, która ich zdaniem będzie odporna na takie wstrząsy. Alena Kate Pettitt mówiła w BBC, że jej samotna matka ciężko pracowała, przez co w ich domu panował ciągły bałagan. Obiecała sobie wówczas, że nie chce takiego samego życia. Milenialsów do ruchu może przyciągać też frustracja związana z brakiem finansowej stabilności, prekaryzacją rynku pracy czy brakiem perspektyw rozwoju kariery zawodowej. Jak zauważają dziennikarze „New York Timesa", gdy młoda kobieta, która mierzy się z tymi problemami, zetknie się z cukierkowymi wyobrażeniami o „wspaniałych" i sytych latach 50., może zapragnąć uciec w ten świat.
Ruch wykorzystuje także strach kobiet przed uprzedmiotowieniem i przemocą seksualną, które łączą z nowoczesnością. Jako remedium oferuje małżeństwo i macierzyństwo. Pewną rolę może odgrywać także religia. – Jestem chrześcijanką, więc moja gotowość do podporządkowania się wynika z innych pobudek, niż myśli większość ludzi. Moim zdaniem to mąż podejmuje decyzje, które są dobre dla rodziny, a ja ufam, że zaopiekuje się mną i zapewni mi bezpieczeństwo – mówi Pettitt.
Niezależnie od powodu, dla którego postanowiły zostać „tradwife", większość kobiet podkreśla, że to ich wybór i że powinien zostać uszanowany. I choć z tym twierdzeniem nie sposób się nie zgodzić, to nie może ono przesłonić ciemniejszej strony ruchu, która ma niewiele wspólnego z wyidealizowanym obrazem gospodyni domowej.
Mnóstwo białych dzieci
Psychologowie i socjologowie zauważają, że niemal od początku swego istnienia „ruch tradwife" przenika się ze skrajną prawicą, a część jego członkiń mniej lub bardziej otwarcie korzysta z retoryki altright i białych suprematystów. Dwa lata temu głośno było o Ayli Stewart, która zaprosiła inne kobiety do udziału w „wyzwaniu białego dziecka". W obawie przed depopulacją „białego" Zachodu zachęcała matki do rodzenia jak największej liczby dzieci, oczywiście białych. „Ja mam szóstkę! Dorównajcie mi albo przegońcie".
Amerykański portal Medium zauważa, że na wielu blogach i stronach w mediach społecznościowych wśród opisów, jak być perfekcyjną żoną i gospodynią, kryją się rasistowskie aluzje i treści. Niektóre „tradwife" narzekają, że już nawet nie poznają swojego kraju. W domyśle opanowanego przez imigrantów. „New York Times" przytacza historię Nicole Jorgenson, która w rozmowie z należącym do białych suprematystów radiem 3Fourteen opowiada, jak wyjechała z Niemiec „chwilę przed tym, jak imigranci przejęli ten kraj". Była nauczycielka z jednej strony dzieli się na antenie przepisami na pyszny chleb bananowy, a z drugiej przyznaje, że zawsze chciała mieć dzieci, które będą wyglądały tak jak ona – „o blond włosach i niebieskich oczach". Prowadzący audycję chwali kobietę za takie podejście oraz za to, że jako Norweżka wyszła za Norwega, dzięki czemu „ochroniła swoją krew i dziedzictwo".
Część członkiń ruchu nawet nie kryje się ze swoimi poglądami, używając w internecie hasztagów #białeludobójstwo, #białaduma czy #białakultura. „Tradwife" budzą zainteresowanie także rosyjskich mediów, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę konserwatywną ofensywę Moskwy na Zachodzie. Propagandowa tuba Kremla, telewizja RT, broni środowiska tradycyjnych żon przed atakiem feministek, które miały podobno twierdzić, że przeszły one pranie mózgu jak dżihadystki, które wstąpiły w szeregi tzw. Państwa Islamskiego.
O ile pojedyncze „tradwife" głoszące radykalne poglądy są pewnego rodzaju internetowym folklorem, o tyle niepokojące jest rosnące zainteresowanie ruchem ze strony skrajnej prawicy. Członkowie altright, zdominowanego przez mężczyzn, w ostatnim czasie dostrzegli potencjał „tradwife" i starają się wpływać na to środowisko. Tradycyjne gospodynie domowe ze swoim podporządkowaniem się woli męża i oddaniem dla tradycji wprost idealnie wpasowują się w wizje świata prawicowych mizoginów.
Szwedzki nacjonalista Marcus Follin już w 2016 r. zamieścił na YouTube film pod wymownym tytułem „Kwestia kobiet". Apeluje w nim do swoich towarzyszy, by powściągnęli swój seksistowsko-maczystowski stosunek do kobiet i próbowali zyskiwać wśród nich poparcie, bo może ono być bardzo cenne. Follin zwraca uwagę na wybory prezydenckie w Austrii, gdzie głosy kobiet przesądziły o porażce kandydata skrajnie prawicowej Wolnościowej Partii Austrii. Podkreśla także, że im więcej kobiet zostanie „tradwife" i przyłączy się do wspólnej sprawy, tym łatwiej będzie „uczynić białą rasę znowu wielką". „Może wam się nie podobać, że kobiety mogą głosować, może wam się nie podobać, że ktokolwiek może głosować, ale tu chodzi o długoterminowe zwycięstwo polityczne" – podkreśla Follin.