fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Life choice

W chilijskim Santiago pełna mobilizacja: aktywistki antyaborcyjne nie zamierzają odpuścić
AFP
Ochronę życia dzieci nienarodzonych choć w niewielkim stopniu starają się zapewnić – oprócz Polski – tylko Dominikana, Salwador, Nikaragua, Irlandia, Watykan i Malta. W innych państwach aborcja jest dostępna praktycznie na życzenie. Pojawiają się jednak sygnały, że liberalizacyjny trend zaczyna się odwracać.

Jeśli sądzić po obowiązującym dziś na świecie prawie aborcyjnym, przekonanie, że pozbycie się ciąży jest czymś naturalnym, nie budzi już niczyich wątpliwości. Jednak w rzeczywistości spory wokół aborcji ustały tylko pozornie. Działacze organizacji pro-life twierdzą, że prawie wszechobecne w świecie liberalne prawo aborcyjne wcale nie jest odzwierciedleniem prawdziwych nastrojów społecznych. Ich zdaniem aborcji można by nawet w wielu krajach zakazać, gdyby milczący dotąd przeciwnicy przerywania ciąży zaczęli być aktywni i tego samego wymagali od reprezentujących ich polityków.

Nic nie wywołuje większego sprzeciwu zwolenników aborcji jak publiczne pokazywanie jej skutków. To dewiza Andy'ego Stephensona, szefa brytyjskiej organizacji antyaborcyjnej Abort67. Dziesięć lat temu w czasie badania USG Stephenson zobaczył 12-tygodniową córkę i choć wiedział już wcześniej, że żona jest w ciąży, dopiero wtedy naprawdę poczuł, że będzie ojcem. Kilka tygodni później wpadło mu przypadkiem w ręce zdjęcie zwłok dziecka, również 12-tygodniowego, po przeprowadzonej aborcji. Stephenson był przerażony i wściekły i, jak wspomina, nie mógł przestać myśleć o tym, co zobaczył.

– Zacząłem się zastanawiać, jak zmienić nastawienie ludzi do aborcji, jak naruszyć obecne status quo – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem".

Trafił wtedy na informację o działalności Center for Bioethical Reform, amerykańskiej organizacji pro-life, której działacze informują na różne sposoby, na czym polega aborcja.

– Doszedłem do wniosku, że właśnie w ten sposób można skończyć z tą niesprawiedliwością – tłumaczy Stephenson – Do ludzi, szczególnie tych intelektualnie uczciwych, naprawdę można dotrzeć. Kiedy pokaże się im prawdę o aborcji, zmieniają na jej temat zdanie.

Jednak suche statystyki nie odzwierciedlają na razie jakichś spektakularnych zmian w podejściu Brytyjczyków do przerywania ciąży. Aborcja w Wielkiej Brytanii, choć pozornie obwarowana różnymi warunkami, jest łatwo dostępna. W 2013 roku 97 proc. aborcji wykonano ze względów psychicznych i społecznych, a tylko jeden zabieg miał ratować życie matki. W 2014 roku, według statystyk brytyjskiego resortu zdrowia, liczba aborcji nieco spadła i wyniosła ponad 184 tys. (w 2013 roku było to ponad 185 tys.), co oznacza, że wśród kobiet od 15 do 44 lat 15,9 proc. poddało się aborcji. W 2013 roku ten sam wskaźnik wynosił o 0,2 proc. więcej, a w 2004 roku aż o 6,4 proc. więcej.

– Wiem, postęp jest na razie niewielki, ale najważniejsze, że coś zaczyna się zmieniać – mówi Stephenson.

Na czym polega działalność Abort67? Wolontariusze pełnią dyżury przed klinikami aborcyjnymi. Nie krzyczą i nie próbują zatrzymać wchodzących do klinik kobiet. Pokazują tylko transparenty ze zdjęciami martwych, kilkunastotygodniowych dzieci.

– Reakcje są bardzo różne. Oczywiście nie brakuje takich, którzy nas po prostu nie znoszą i chętnie by się nas pozbyli, co jakiś czas niszczą nam zresztą transparenty, ale część ludzi próbuje do nas zagadać – opowiada Stephenson.

Takich organizacji jak Abort67 jest więcej, m.in. 40 Days for Life i The Good Counsel Network. Ostatnio wyraźnie budzą niepokój zwolenników aborcji. Yvette Cooper, polityk Partii Pracy i minister w gabinecie cieni ds. kobiet i równości, wezwała nawet do stworzenia stref bezpieczeństwa przed klinikami aborcyjnymi, a w tekście opublikowanym w lewicowym „Guardianie" zauważa, że przeciwnicy aborcji stają się coraz głośniejsi i mogą nawet zburzyć istniejące od lat 60. status quo w sprawie przerywania ciąży.

Stephenson właściwie cieszy się z takich reakcji, bo jego zdaniem pokazują, że aborcja nie jest nie do pokonania.

– Słyszałem, że działacze organizacji proaborcyjnych coraz częściej mówią o konieczności bardziej aktywnej obrony status quo, zagrożonego m.in. przez takie społeczne ruchy jak nasz – mówi Stephenson. – To napawa mnie otuchą, bo do tej pory przeciwnicy aborcji milczeli i unikali bezpośredniej konfrontacji. Tymczasem potrzebny jest mocny sprzeciw. Zmiana nie przyjdzie dzięki temu, że nikogo nie będziemy atakować i wszyscy będą nas lubić.

Gotowi na zmianę?

Zwolennicy aborcji wcale nie mają zamiaru składać broni. W dwóch miejscach w Europie są obecnie szczególnie aktywni: w Irlandii i po sąsiedzku w brytyjskiej autonomicznej prowincji Irlandii Północnej. W Irlandii aborcja jest zakazana z wyjątkiem przypadków, kiedy zagrożone jest życie kobiety. Prawo do życia od poczęcia zostało tam wpisane do konstytucji jeszcze w 1983 roku, co wciąż uchodzi za jedno z największych zwycięstw ruchów pro-life w Europie.

Niall Behan, szef Irlandzkiego Stowarzyszenia Planowania Rodziny (IFPA), jest jednak przekonany, że czasy restrykcyjnego prawa aborcyjnego powoli się kończą. Jego zdaniem poglądy Irlandczyków się zmieniają, a po ostatnich wyborach w parlamencie zasiada więcej niż kiedykolwiek zwolenników legalizacji aborcji.

– Według naszych szacunków aż 73 proc. z nich chce zmiany prawa – mówi Behan i przytacza również sondaż przeprowadzony w tym roku przez Amnesty International Ireland. Wynika z niego, że 71 proc. respondentów domaga się depenalizacji przerywania ciąży, a 72 proc. uważa, że rząd powinien przeprowadzić w tej sprawie referendum.

Na razie Irlandki, które decydują się na aborcję, dokonują jej w Wielkiej Brytanii. Ale według brytyjskiego resortu zdrowia liczba „aborcyjnych turystek" z Irlandii systematycznie maleje. Jeszcze w 2001 roku wynosiła ponad 6,6 tys., a w 2010 roku już 4,4 tys. Czy oznacza to, że stosunek większości Irlandczyków do aborcji jest wciąż negatywny? – Niekoniecznie – przekonuje Niall Behan z IFPA. – Na ten wyraźny spadek wpłynęły po prostu edukacja seksualna i skuteczna antykoncepcja.

Z kolei w Irlandii Północnej przerwanie ciąży jest zakazane bez wyjątków. Kobieta, która poddała się aborcji, może nawet trafić do więzienia.

Caitriona Forde z Precious Life, północnoirlandzkiej organizacji broniącej życia, jest jednak innego zdania. Według niej sondaże, którymi karmieni są na co dzień Irlandczycy, są manipulacją, a większość społeczeństwa wciąż jest przeciwna aborcji. Forde jest na przykład przekonana, że nie należy traktować poważnie badań opinii publicznej przeprowadzanych przez promującą aborcję Amnesty International. Mówi, że zgodnie z ich sondażem z 2014 roku siedmiu na dziesięciu respondentów miało popierać zmianę prawa antyaborcyjnego, a już w styczniu 2015 roku. okazało się, że badanie jest niewiele warte. Do parlamentu wpłynął projekt ustawy dopuszczającej aborcję, gdy ciąża jest efektem gwałtu i kiedy nienarodzone dziecko może się urodzić z poważną wadą, ale mieszkańcy Irlandii Północnej zaczęli wtedy dosłownie szturmować biura poselskie. Miesiąc później propozycje zmian w prawie zostały przez parlament odrzucone i to sporą różnicą głosów.

Ogromny nacisk międzynarodowych organizacji pro-choice jednak nie ustaje, a irlandzkie prawo nazywane jest w mediach drakońskim i niehumanitarnym. Działaczki brytyjskiej organizacji proaborcyjnej Abortion Right usiłują przekonać polityków, że Irlandia Północna ma antyaborcyjne prawo „z czasów sprzed wynalezienia żarówki". Obrońcy życia także nie pozostają bierni. Zapowiadają modlitwy, czuwania i protesty, bo jak twierdzi Caitriona Forde, jeszcze nigdy nie była świadkiem tak zmasowanego ataku zwolenników aborcji.

Historyczne zwycięstwo

Chile do niedawna było jednym z czterech krajów Ameryki Łacińskiej (obok Salwadoru, Nikaragui i Dominikany), gdzie obowiązywał całkowity zakaz przerywania ciąży. Zakaz ten wprowadzono w 1989 roku, na krótko przed oddaniem władzy przez Pinocheta, wcześniej, także za jego rządów, legalna była tzw. aborcja terapeutyczna, czyli zabieg wykonywany w sytuacji zagrożenia życia matki.

Przepisy usiłowano zliberalizować już wielokrotnie, ale dopiero w marcu tego roku socjalistycznej administracji prezydent Michelle Bachelet udało się przeprowadzić odpowiedni projekt przez niższą izbę parlamentu. Teraz ma się nim zająć Senat. Według sondaży za dopuszczeniem przerywania ciąży w przypadkach zagrożenia życia kobiety, nieodwracalnej wady płodu, a także ciąży, która jest skutkiem gwałtu, opowiada się aż 70 proc. Chilijczyków.

Prawica chilijska, m.in. Chrześcijańska Demokracja, zwraca uwagę, że nowa ustawa zezwala na aborcję eugeniczną, i już teraz zapowiada, że ją zaskarży do Trybunału Konstytucyjnego. Z kolei socjalistyczny rząd nazywa nowe prawo historycznym.

Czy jest to rzeczywiście wielkie historyczne zwycięstwo lewicy? Zwolennicy aborcji w Europie i w USA nazwaliby pewnie legislację aborcji w kształcie, w którym lada moment przyjmie ją chilijski Senat, restrykcyjną. Tę sprzeczność wyjaśnia Jakub Bałtroszewicz, prezes Fundacji Jeden z Nas i sekretarz generalny Europejskiej Federacji dla Życia i Godności Człowieka One of Us. Jego zdaniem dla lewicy w Europie i USA, która jest motorem liberalizacji prawa aborcyjnego na świecie, zmiany, które tylko łagodzą przepisy antyaborcyjne, nie są dość dobre – celem jest wprowadzenie powszechnej dostępności do aborcji na życzenie. – Międzynarodowe organizacje finansowe proponują pomoc dla krajów rozwijających się, np. afrykańskich, w zamian za liberalizację prawa, w tym właśnie prawa aborcyjnego, i za otwarcie się na organizacje pro-choice, takie jak amerykańska Planned Parenthood – tłumaczy Bałtroszewicz.

Kluczowym krajem w tego typu międzynarodowych rozgrywkach są według niego nie tyle kraje unijne, ile Stany Zjednoczone, które mają decydujący wpływ na takie organizacje, jak ONZ czy MFW.

– W zależności od tego, jaka jest administracja w Waszyngtonie, czy jest bardziej pro-choice czy pro-life, inaczej wyglądają na przykład dokumenty tworzone w ONZ dla potrzebujących inwestycji i wsparcia ubogich krajów Trzeciego Świata – mówi Bałtroszewicz.

Różnice w podejściu do aborcji, wynikające z barw partyjnych kolejnych amerykańskich rządów, rzeczywiście są znaczące. Można o nich przeczytać w przygotowanym przez organizację pro-life National Right to Life raporcie o stanie aborcji w USA (State of Abortion 2016). Administracja demokratycznego prezydenta Billa Clintona zdecydowała na przykład o finansowaniu organizacji promujących aborcję za granicą i zaleciła amerykańskim ambasadorom lobbowanie za aborcją na arenie międzynarodowej. Przywróciła też finansowanie dla Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych (w skrócie UNFPA) zaangażowanego w chiński program obowiązkowej aborcji.

Za czasów prezydentury republikanina George'a W. Busha sprawę odkręcono i wstrzymano fundusze dla amerykańskich organizacji promujących aborcję za granicą, odcięto też finansowanie dla UNFPA. Czasy prezydentury demokraty Baracka Obamy znów sprzyjają działalności organizacji proaborcyjnych, m.in. jednej z największych, czyli Planned Parenthood, która otrzymuje od rządu federalnego pół miliarda dolarów pomocy rocznie.

Lobbing organizacji pro-choice jest w Ameryce potężny. Organizacje, takie jak Planned Parenthood, korzystają zresztą nie tylko z pomocy państwa, są też wspierane przez media i największe gwiazdy kina. Niektórzy producenci z Hollywood konsultują nawet z Planned Parenthood scenariusze filmów, w których pojawia się wątek niechcianej ciąży.

Jednak ruchy pro-life też nie mogą narzekać na brak zwolenników. Doroczny marsz życia w Waszyngtonie, organizowany w rocznicę legalizacji aborcji w USA, przyciąga setki tysięcy sympatyków. Podczas gdy wiele europejskich organizacji opowiadających się za życiem dopiero raczkuje, ruchy pro-life powstawały w USA już w latach 60., kiedy poszczególne stany zaczęły osłabiać ustawodawstwo antyaborcyjne.

W 1973 roku, na podstawie orzeczenia Sądu Najwyższego (w słynnej sprawie Roe przeciwko Wade), aborcja została zalegalizowana w całych Stanach, a większość przepisów wcześniej jej zakazujących uznano za naruszenie konstytucyjnego prawa do ochrony prywatności, pozostawiając w ten sposób decyzję o przerwaniu ciąży kobiecie. Jednak mimo ponawianych prób wciąż nie istnieje przegłosowana w Kongresie proaborcyjna ustawa na poziomie federalnym.

Na razie działacze ruchów pro-life próbują więc zmieniać prawo aborcyjne przez zaskarżanie go w poszczególnych stanach. To właśnie na poziomie stanów trwa najbardziej zacięta walka obrońców życia ze zwolennikami aborcji. Prawnikom Planned Parenthood udało się ostatnio zablokować próbę zmian w prawodawstwie Północnej Karoliny, gdzie zgłoszono projekt nakładający na kobiety obowiązek obejrzenia swojego dziecka na USG, zanim zdecydują się na aborcję.

Zdjęcia jak detonator

Informowanie o tym, czym jest aborcja, jest zresztą najskuteczniejszą bronią ruchów pro-life. W ubiegłym roku do najgłośniejszych akcji obrońców życia należała publikacja nakręconych ukrytą kamerą filmów, na których pracownicy Planned Parenthood rozmawiali z pracownikiem firmy biotechnologicznej o handlu organami abortowanych dzieci. Akcja przyniosła skutek, mimo że prawnicy PP argumentowali, że filmy zostały zmontowane. Niektóre stany, m.in. Luizjana, Utah i Alabama, odcięły już finansowanie tej organizacji albo wręcz zamknęły jej kliniki.

Najciekawsze jest jednak to, że aktywność obrońców życia zmienia stosunek zwykłych Amerykanów do aborcji. Według danych CDC, Agencji Federalnej ds. Zdrowia (U.S. Centers for Disease Control & Prevention), w 2012 roku w 47 stanach nastąpił wyraźny spadek liczby wykonywanych aborcji. Na przerwanie ciąży zdecydowało się około 700 tys. kobiet, czyli o 4,2 proc. mniej niż w roku poprzednim i najmniej, odkąd została zalegalizowana aborcja. Ruchy pro-life oceniają, że obecnie w całych Stanach Zjednoczonych liczba aborcji utrzymuje się na poziomie 1 miliona rocznie. To znacznie mniej niż w latach 80., gdy w USA przeprowadzano każdego roku około 1,5 miliona aborcji. Trend spadkowy widać też wyraźnie po wskaźnikach określających odsetek aborcji wśród kobiet – według CDC w 1980 roku wynosił on 25 proc., a w 2012 roku 13,2 proc.

Wiele mówią również wyniki sondażu przeprowadzonego w 2015 roku przez Instytut Gallupa: większość Amerykanów opowiada się za uregulowaniem kwestii aborcji w kształcie, który obowiązuje dziś w Polsce. Według tego badania 55 proc. respondentów chce delegalizacji aborcji lub jej dopuszczenia tylko w szczególnych przypadkach. Czy ogólnoświatowy trend liberalizacji prawa aborcyjnego można więc jeszcze odwrócić?

Jak pokazuje przykład Węgier, nie jest to niemożliwe. Jeszcze w 2005 roku na Węgrzech przeprowadzano stosunkowo najwięcej aborcji w Europie. W 2011 roku rząd Viktora Orbána wprowadził do konstytucji zapis o ochronie życia poczętego i rozpoczął szeroko zakrojoną kampanię pro-life. W węgierskich miastach stanęły billboardy zachęcające do adopcji zamiast aborcji. I okazało się, że po kilku latach, bez zaostrzania prawa, liczba zabiegów spadła dziesięciokrotnie.

– Jak widać, nad stosunkiem społeczeństwa do aborcji można pracować i działać kulturotwórczo – przekonuje Bałtroszewicz. – To próba tworzenia mentalności pro-life. Rząd węgierski stoi na stanowisku, że jeśli stopniowo spadać będzie liczba aborcji, prawo antyaborcyjne zostanie z czasem przyjęte w sposób naturalny.

W Hiszpanii prawicowy rząd Mariano Rajoya, mimo wcześniejszych obietnic nie zaostrzył prawa proaborcyjnego. Organizacje broniące, życia i rodziny, m.in. HazteOír i Citizen GO, które powstały jeszcze w czasie trwania lewicowych rządów José Luisa Zapatero, nadal muszą więc zabiegają o zmianę przepisów, a na ich demonstracje przychodzą setki tysięcy ludzi. – W obliczu kryzysu demograficznego i tzw. islamizacji ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że aby zachować europejski styl życia i móc w przyszłości liczyć na emeryturę, trzeba mieć więcej dzieci – tłumaczy Bałtroszewicz.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA