fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wybryki Jamesa Deana

Getty Images
Tak bardzo się cieszyłem, że gram u Kazana, a pewnego dnia powiedzieli mi po prostu, że to już koniec. Uświadomiłem sobie, że zawsze nadchodzi ten moment, kiedy trzeba schować swoje rzeczy, wyłączyć światło i wyjść, ale dlaczego to następuje tak szybko? Człowiekowi się wydaje, że ma wszystko, i nagle mu to odbierają.

Nareszcie, jestem tu! Jestem w wielkim, prastarym Nowym Jorku...

Przyjechałem wczesnym rankiem. Dzień ledwie się budził za oknami pociągu. Kiedy wyszedłem na peron, miałem zmęczoną, zaspaną twarz. Ale już wkrótce naprawdę się rozbudziłem. Bo wszystko tu szokowało.

Opowiadano mi o dworcu Grand Central i spodziewałem się, że zrobi na mnie wrażenie, okazał się jednak znacznie większy, niż przypuszczałem. To prawdziwy gigant. A w dodatku cały ten tłum, który przepływa przez poczekalnie, ci ludzie, którzy się mijają, ten gwar. Jak w mrowisku. Przez kilka minut stałem bez ruchu pośród tłumu.

W końcu wyszedłem na 42. Ulicę. Zatrzymało mnie słońce. Oślepiające, świecące prosto w oczy. Biel. Kiedy mój wzrok oswoił się z tym blaskiem, ruszyłem i snułem się po pobliskich ulicach. Pomyślałem: chodzę po Manhattanie. Powtarzałem to sobie w myślach: chodzę po Manhattanie. Może to dziwne, ale natychmiast poczułem się tu jak u siebie. To było moje miasto.

Jerry Lucci, właściciel Jerry's Bar: Ludzie z Indiany to prawdziwi twardziele

Kupiłem ten bar na rogu 6. Alei i 54. Ulicy (w Nowym Jorku – red.), naprzeciwko Ziegfeld Theatre, wiele lat wcześniej. Nie wyglądał zachęcająco, ale miejsce było doskonałe – ruchliwe ulice, dużo młodych ludzi. Zatrudniłem włoskiego szefa kuchni, może podszytego chuliganem, ale gotującego bardzo przyzwoicie, i w ten sposób ściągnąłem klientów. W lokalu, niestety dość ciasnym, panowała wrzawa. Trzeba było zdecydować się na jedzenie przy maleńkim stoliku, w kłębach dymu papierosowego i ciągłym zgiełku. Najwyraźniej jednak ludziom odpowiadała taka atmosfera, bo wielu z nich często wracało, a ja nie potrafiłbym niczego tu zmienić. Byliśmy w Nowym Jorku, gdzie w latach 50. wszystko robiło się w prosty sposób.

Pewnego dnia zauważyłem tego chłopaka. Miał 20 lat, ale dałbym głowę, że spędził je, nie śpiąc ani minuty. Podkrążone oczy, cera jak u trupa, chód pijaka. Prosta sprawa – już chciałem wyrzucić go za drzwi. Naprawdę myślałem, że jest pijany. Potem dowiedziałem się, że cierpi na bezsenność i przed przyjściem do mnie nie zmrużył oka przez trzy kolejne noce.

Powiedzmy uczciwie – dość często zdarzało mu się także za dużo wypić. Mógł bez zmrużenia oka wypić kilka szklanek whisky z rzędu. Być może nauczył się tego tam, gdzie się wychował. Ludzie z Indiany to prawdziwi twardziele.

Poza tym palił papierosa za papierosem. Daję słowo, że trzeba było mieć szczęście, żeby zobaczyć go bez peta w ustach. Nawet kiedy jadł, palił między daniami. Dla mnie Jimmy to przede wszystkim półprzytomny dzieciak z papierosem w ustach.

Mieszkał wtedy w YMCA przy 63. Ulicy, tuż obok Central Parku. Włóczył się po Times Square i co drugi dzień przychodził do mnie. Stale był bez grosza. Pracował dorywczo, to tu, to tam. Był wprawdzie ten facet z Chicago, nazywał się Brackett, który czasami przysyłał mu trochę pieniędzy, ale chłopak nie mógł związać końca z końcem. Dlatego czasami zapominałem wystawić mu rachunek. Co pana tak dziwi, chłopak był miły, lubiłem sobie z nim pogadać do późnej nocy, więc zasługiwał na posiłek.

Nigdy bym nie pomyślał, że zostanie gwiazdorem, a muszę przyznać, że widziałem wielu takich chłopaków jak on. Każdy liczył, że się wybije, że zobaczy swoje nazwisko wypisane wielkimi literami, ale w końcu te nadzieje gasły. Słuchałem, co mówią, o czym marzą, ale się nie odzywałem. Wielu z nich później pocieszałem. Nie wiem, co się z nimi dalej działo. Pewnie zostawali sprzedawcami samochodów. A może pracowali w fast foodach.

Jimmy miał oczywiście tę iskrę. Ale inni także ją mieli! Nie sądziłem, że szczęście dopisze mu bardziej niż im.

Mnóstwo ludzi będzie pana przekonywać, że od razu w niego uwierzyli, że przeczuwali, co go czeka. Ale nie ja. Po prostu chętnie siadałem z nim w kuchni, żeby coś zjeść, kiedy sala była pełna po brzegi, albo piłem ostatniego drinka o trzeciej nad ranem, kiedy w barze zostawała już garstka najwytrwalszych. I tak było dobrze.

Bill Blast, scenarzysta: Wciąga go rozpędzona maszyna

Na początku października Jimmy, nie patyczkując się, oświadczył z typową dla siebie porywczością, że natychmiast wyjeżdżamy wszyscy troje do Fairmount. Miał ogromną ochotę zobaczyć okolicę, w której spędził lata dzieciństwa, chociaż oczywiście nie powiedział tego wprost.

Kiedy zapytałem, jak dotrzemy do Indiany, przez chwilę milczał, a potem, zanosząc się śmiechem, rzucił: „Autostopem, Billy, autostopem!". Niestety, okazało się, że tym razem mówił poważnie.

W ten sposób wylądowaliśmy na skraju drogi i unosząc kciuk, liczyliśmy, że jakaś poczciwa dusza zechce zabrać naszą osobliwą trójkę. Może mi pan nie uwierzy, ale dojechaliśmy do celu w niecałe dwa dni. (...)

Dizzy, Jimmy i ja wysiedliśmy z samochodu, szybko dziękując facetowi, który nas podwiózł, i weszliśmy na podwórze farmy. Poczułem się jakoś dziwnie. Odniosłem wrażenie, że Jimmy nie był tu od lat, choć wiedziałem, że to nieprawda. Szedł powolnym, wręcz dostojnym krokiem, pełen powagi. Nawet ja nie odważyłem się zażartować, a Dizzy mocno trzymała Jimmy'ego za rękę.

Pierwszy zauważył nas Marcus, wuj Jimmy'ego. Nie spodziewał się nas, bo Jimmy nie uprzedził go o tej wizycie. Podeszli do siebie, Jimmy puścił rękę Dizzy i długo trwał w uścisku ze swoim opiekunem. Wtedy zrozumiałem, skąd pochodził mój przyjaciel i jakie było jego życie, zanim się poznaliśmy.

Ortense wyszła na ganek, otarła ręce o fartuch i uśmiechnęła się. Jimmy podbiegł, żeby ją ucałować. Taka prostota była mi obca, dorastałem w miastach.

Winslowowie przyjęli nas, o nic nie pytając, z życzliwością, która zbiła mnie z tropu. (...)

Wzięliśmy także udział w pielgrzymce do odrapanej szkoły, gdzie obejrzeliśmy jedną z klas. Byliśmy nawet na scenie, na której debiutował Jimmy. Miałem wielką ochotę rzucić parę żartów, bo lubiłem kpić, kiedy tylko nadarzała się okazja, ale powstrzymałem się, widząc, jak Jimmy gładzi deski sceny i melancholijnie się uśmiecha.

Parę dni później dołączył do nas Winton Dean. Marcus zadzwonił do niego i namówił na tę podróż z Kalifornii i spotkanie z synem. To było dziwne powitanie. Mieliśmy wrażenie, że ci dwaj – ojciec i syn – kochają się, ale nie mają sobie nic do powiedzenia. Zachowywali się nieporadnie, jakby byli skrępowani. Albo wpadali sobie w słowo, albo pozwalali, by cisza trwała bez końca.

Problem tkwił w tym, że Winton Dean nie był zachwycony wyborem, jakiego dokonał syn, decydując się zostać aktorem. Raz po raz podkreślał, jak niepewna jest taka kariera, i nigdy nie nazwał aktorstwa „zawodem", za każdym razem mówiąc „to". Występy syna w serialach nie robiły na nim żadnego wrażenia. Nie uważał tego za powód do dumy. Myślę, że w gruncie rzeczy bał się okazywania uczuć i że tylko na pozór był taki oschły. Ale Jimmy'ego nie mogło to zwieść.

Ten powrót do korzeni trwał krócej, niż planowaliśmy. Któregoś ranka zadzwoniła Jane Deacy i zażądała, żeby jej podopieczny wrócił do Nowego Jorku. Jeden z producentów organizował przesłuchania do sztuki „See the Jaguar" i rozważał powierzenie głównej roli Jimmy'emu. Musieliśmy wracać.

Ruszaliśmy w drogę z ciężkim sercem, choć – gdyby pominąć emocje – to były tylko krótkie wakacje w zabitej deskami dziurze w Indianie. Ale nie tylko wakacje i my byliśmy tego świadomi. (...) Obserwowałem tego wrażliwego młodego człowieka, gdy przeżywał rozterkę, a plany na przyszłość kazały mu porzucić świat dzieciństwa. Po raz pierwszy pomyślałem, że wciąga go rozpędzona machina, nie przypuszczałem jednak, że tak szybko go zmiażdży.

Elia Kazan, reżyser: Był nieprawdopodobnie zdolny

Oględnie mówiąc, pierwsze wrażenie było niekorzystne. (...) Przyszedł w lutym do biura Warnera w Nowym Jorku. Kiedy się zjawiłem, siedział wciśnięty w róg skórzanej kanapy w poczekalni. Wyglądał jak bezkształtna masa, z której sterczały nogi w podartych dżinsach. Nie wiem, dlaczego był naburmuszony, ale ta mina mi się nie spodobała, więc kazałem mu czekać.

Kiedy wreszcie zaprosiłem go do gabinetu, gniewna, agresywna mina zniknęła bez śladu. Miał teraz twarz bezbronnego dziecka. Bingo! Był idealny do roli Cala Trasca (w „Na wschód od Edenu" – red.).

Właśnie tak powinien wyglądać ten smarkacz. Równocześnie dostrzegłem w nim wrażliwość, jakieś cierpienie, może nerwicę – na pewno bliznę, która mnie zainteresowała. Był uosobieniem młodego człowieka z problemami.

Podczas tej rozmowy – jeśli można nazwać rozmową moje monologi przeplatane jego milczeniem albo onomatopejami – dowiedziałem się, że bardzo wcześnie stracił matkę, a z ojcem łączyły go raczej chłodne stosunki. Trafiłem w dziesiątkę – odpowiadał portretowi bohatera, którego rolę chciałem mu powierzyć. Zdarzają się ludzie, którzy są czyimś wykapanym portretem. Tak było z Jimmym i Calem.

Kiedy odprowadziłem go do wyjścia, spojrzał na mnie i rzucił z nonszalancją, za którą kryło się wyzwanie: „A gdybyśmy tak wybrali się na przejażdżkę motocyklem?". Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest pasjonatem dwóch kółek, jednak czułem już – sam nie wiem dlaczego – że jest kapryśny i zmienny. Nie miałem szczególnej ochoty kurczowo trzymać się 20-letniego dzieciaka, który na swoim ryczącym motocyklu wymykał się spod kontroli na ulicach Manhattanu, jednak natychmiast zrozumiałem, że jeśli mu odmówię tej „przyjemności", szczególna więź łącząca reżysera z aktorem, która właśnie się między nami rodziła, może zostać nieodwracalnie zniszczona. Dlatego powiedziałem „tak".

Nie należę do strachliwych, ale muszę przyznać, że nigdy w życiu tak się nie bałem. Chłopak jechał dużo za szybko, nie zwracając uwagi na inne pojazdy. Mógł zabić nas albo kogoś przypadkowego.

Nie wiedziałem tylko, że Jimmy mnie także wiele razy postawi w trudnej sytuacji, a może nie doceniałem powagi problemów, jakie będę z nim miał. Zdjęcia miały się zacząć w maju, ale nie spodziewałem się, że będę musiał tak bardzo się wysilać, żeby powstrzymać tego dzieciaka przed robieniem głupstw przez dzielący nas od tej chwili miesiąc.

Najpierw, kiedy tylko otrzymał pierwszą zaliczkę, zamiast znaleźć sobie przyzwoite mieszkanie albo spłacić długi, natychmiast kupił samochód, motocykl i konia. Ten chłopak miał niepohamowane upodobanie do wszelkiego rodzaju „pojazdów"... Nie zaniepokoiłoby mnie to tak bardzo, gdyby nie uprzedzono mnie, że potrafił się rozpędzać do 120 mil na godzinę na krętych drogach na południe od Los Angeles, a nawet w środku miasta, w godzinach szczytu. Pomyślałem, że może się zabić albo zrobić z siebie kalekę przed pierwszym klapsem.

Poza tym szybko znalazł w Los Angeles miejsca, po których mógł się włóczyć nocami, jak zwykł to robić w Nowym Jorku. Już wkrótce znał tutejsze bary i kluby jak własną kieszeń. Nierzadko nad ranem znajdowano go pijanego do nieprzytomności w otoczonych złą sławą uliczkach albo na nieposłanym łóżku w hotelu. Miał szczególny pociąg do spelunek, których szyldy wielu by odstraszyły, bo zbierała się tam podejrzana klientela. A ponieważ nie bał się wdawać w bójki, co przy jego posturze graniczyło z szaleństwem, obawiałem się, że któregoś dnia znajdę go w szpitalu z roztrzaskaną szczęką albo połamanymi żebrami.

W dodatku przez takie wyprawy wyglądał okropnie. Chociaż mógł być ładnym chłopakiem, gdyby spokojnie się wysypiał i porządnie golił, z każdym dniem coraz bardziej upodobniał się do zombi o podkrążonych oczach, woskowej cerze i wychudzonym ciele. (...)

Muszę przyznać, że te nagrania to nie była bułka z masłem. Mały, chociaż zupełnie nieznany, zachowywał się już jak rozpieszczona diwa, miał coraz to nowe dziwactwa i humory. Bywał grubiański albo bardzo niezręczny w kontaktach z partnerami. Zdarzały mu się dni takiego rozleniwienia, że musiałem kręcić sceny, w których się nie pojawiał. Nie należę do ludzi, którzy pozwalają sobie wchodzić na głowę, ale pracując z nim, jak nigdy dotąd miałem wrażenie, że bawię się nitrogliceryną. W porównaniu z tym napady złości i perfekcjonizm Brando wydawały mi się miłym żartem.

Tylko że Dean był nieprawdopodobnie zdolny. Kiedy decydował się szeptać albo mamrotać tekst, zamiast wypowiedzieć go głośno i wyraźnie, to osiągał genialny efekt. Jeśli zmieniał kwestię, chociaż kamera już pracowała, to na ogół miał rację. Kiedy wydobywał z siebie czystą brutalność, wprawiał w zdumienie i dezorientację partnerów, ale zza kamery widać było, jak wzorcowe tworzy sceny.

Dlatego wybaczałem mu awantury i grymasy. Tak utalentowanym ludziom wszystko się wybacza.

A poza tym było to na rękę Warnerowi, który miał czym karmić uganiające się za sensacją gazety. Wybryki Jimmy'ego były jak manna z nieba. Publiczności rzucano na żer ochłapy kaprysów smarkatego gwiazdora. Szokowano burżuazję, wabiono nastolatki. To było przygotowanie gruntu pod triumf.

Nie przewidziałem tylko, podobnie jak Warner, że chłopak nam się zakocha.

Natalie Wood, aktorka: Dużo pił, a stanowczo za mało spał

Na planie („Buntownika bez powodu" – red.) zrodziło się między nami głębokie zrozumienie. Jimmy dał się poznać jako chłopak szlachetny i troskliwy, trzeba było tylko zdobyć jego zaufanie. Bywał oczywiście drażliwy, czasem nawet brutalny, jestem jednak przekonana, że takie przypływy złego humoru wynikały przede wszystkim z jego nieśmiałości. Muszę też przyznać, że dużo pił, a stanowczo za mało spał, a to mogło wpływać na jego stan psychiczny. Nigdy jednak nie dał mi powodu do uskarżania się na jego zachowanie. Był dla mnie bardzo miły. Kiedy chłopak jest taki miły dla dziewczyny, to zwykle ma wobec niej jakieś zamiary. Ale nie on. Wydaje mi się, że nigdy nie wzbudzałam w nim pożądania. Mogłabym czuć się tym urażona, było jednak inaczej – uspokajało mnie to i ułatwiało nam kontakty. Nigdy nie było między nami niedomówień, łączyła nas piękna, szczera przyjaźń. A to nie zdarza się zbyt często w świecie pełnym zła, rywalizacji, przewrotności.

Byłam pod wielkim wrażeniem gry Jimmy'ego. On dosłownie wszedł w skórę swego bohatera. Wiedziałam, że udaje porywczość i gniew, ale domyślałam się, że niesie je ze sobą, jak niesie się walizkę, podsuwa je nam pod nos bez uprzedzenia i nie zastanawia się, jak sobie z tym poradzimy. Było to niepokojące, zbijało z tropu. Także jego wrażliwość nie była pozorowana. W scenach, w których musiał okazać emocje, widać było, że sięga do przeżyć osobistych, do głębokiej intymnej prawdy. I to było bulwersujące.

Gdybym miała opisać go w paru słowach? Powiedziałabym po prostu, że był wyjątkowym chłopakiem. I nieuchwytnym. Spotykaliśmy go na swej drodze, a kiedy już się do niego przywiązaliśmy, odchodził.

James Dean: Chyba raczej kupię sobie nowy samochód

Spędzę Nowy Rok w Nowym Jorku. Zrobię jak wszyscy – pójdę popatrzeć na światła na Times Square, wtopię się w tłum, a potem upiję się w barze, może u Jerry'ego.

Znajdę kogoś, kto dotrzyma mi towarzystwa. W tym mieście aż się roi od samotnych ludzi.

Nie wiem, co myśleć o kilku ostatnich miesiącach. Mam wrażenie, że nic nie trwa, nie jest stałe, że wszystko przecieka mi przez palce.

Tak bardzo się cieszyłem, że gram u Kazana, a pewnego dnia powiedzieli mi po prostu, że to już koniec. Uświadomiłem sobie, że zawsze nadchodzi ten moment, kiedy trzeba schować swoje rzeczy, wyłączyć światło i wyjść, ale dlaczego to następuje tak szybko? Człowiekowi się wydaje, że ma wszystko, i nagle mu to odbierają.

Wierzyłem też, że Annie Marii i mnie może się udać. Podarowałem jej nawet złotą bransoletkę i naszyjnik. To coś znaczy. Zwłaszcza kiedy robi to facet taki jak ja. Ale wybrała innego – wypomadowanego, groteskowego Włocha. Uciekła pewnego pięknego ranka bez słowa wyjaśnienia, jak tchórz. Nie wróci. Nie warto zakochiwać się w gwiazdach. Odtąd marnuję czas z dziewczynami, które nic mnie nie obchodzą. Można by pomyśleć, że wyspecjalizowałem się w zagranicznych aktorkach – a to Lili, a to Ursula. Ale nic mnie z nimi nie wiąże. Mam ochotę się od nich oddalać, zwodzić je, samotnie dosiadać motoru. Muszę się potwornie starać, jeśli chcę być dla nich miły.

A przecież umiem być dobrym chłopakiem. Dlaczego w takim razie wszystko źle się kończy? Co jest ze mną nie tak?

Chyba nie bardzo potrafię być szczęśliwy. Spójrzmy prawdzie w oczy – tacy niezdarni nicponie nie są stworzeni do szczęścia.

Gdybym miał więcej energii, odwiedziłbym tego starego szaleńca Cyrila Jacksona i zagralibyśmy razem na perkusji. Albo poszedłbym do Earthy, żeby znowu brać lekcje tańca. Ale nic mi się nie chce.

Nie zamierzam nawet pokazywać się na premierze filmu, która odbędzie się już wkrótce w Astorze. Po co miałbym ubierać się w garnitur, uśmiechać do hordy dziennikarzy, rozmawiać z obcymi ludźmi przy lampce szampana i udawać, że jestem szczęśliwy?

Chyba raczej kupię sobie nowy samochód. Wypatrzyłem już porsche 356 speedster, to auto bardzo mi się podoba. Samochody nie mają humorów. I nigdy nie rozczarowują.

Fragment książki Philippe'a Bessona „James Dean. Żyć szybko", która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Sonia Draga. Besson, autor kilkunastu powieści, by opowiedzieć o Deanie, wcielił się w postacie z bliskiego otoczenia aktora, a także w niego samego. James Dean (1931–1955) zginął w wypadku samochodowym. Pamiętany jest z trzech filmów: „Buntownika bez powodu", „Na wschód od Edenu" i „Olbrzyma".

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA