fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Mikrowyprawy lepsze niż Egipty i Chorwacje

W PRL wyglądało to tak. Camping nad morzem, lipiec 1973 r.
EAST NEWS, Andrzej Wiernicki
Tego lata raczej nie będziemy się wyprawiali nad turkusowe morza do ciepłych krajów. Pojedziemy do najbliższego lasu, nad jezioro, pod namiot lub na wędrówkę. Jak w PRL.

Zbliżają się wakacje. Chociaż dzisiaj w nawałnicy kolejnych doniesień o zakażeniach brzmi to dość dziwnie, za trzy miesiące poczujemy chęć wyjechania z miasta, odezwie się w nas potrzeba urlopu. Najprawdopodobniej żadne Egipty, Tunezje i Chorwacje nie będą wchodziły w rachubę.

Wieszczy się powrót do mikroturystyki. Podobnej do tej, jaka była popularna w czasach PRL-u. Przyczepa kempingowa, namiot, jezioro, ognisko – to wszystko zamiast oferty all inclusive gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Bez wspólnej stołówki, bez korzystania ze wspólnej toalety i basenu. Bez kolorowych drinków przyrządzanych przez innych ludzi, stanowiących potencjalne źródło zainfekowania groźnym wirusem. Do łask mają wrócić menażki i gazowe butle turystyczne. Czy tak będzie?

Wiele wskazuje, że ten scenariusz jest realny. Tym bardziej że czeka nas kryzys gospodarczy, jakiego obecne pokolenie trzydziestolatków nie pamięta. A wakacje pod namiotem to najbardziej budżetowy sposób spędzania urlopu.




Wolne podróżowanie

Od kilku lat wyprawiam się na te tak zwane mikrowyprawy. Odbywają się one obok Kartuz, miasta, w którym mieszkam. Włóczę się po Kaszubach, z plecakiem, głównie samotnie, kiedy indziej z rodziną lub przyjaciółmi. Czasem podjadę gdzieś samochodem, choć najbardziej lubię na piechotę. Śpię pod gołym niebem lub pod jakimś lichym zadaszeniem. Zdarza się, że dźwigam na plecach mały namiot. Niekiedy wyprawa taka trwa trzy dni, innym razem kilka godzin. Wtedy zabieram rodzinę do lasu, żeby zjeść przyrządzony na ognisku obiad. Niekoniecznie pieczemy kiełbaski, bo wokół samego ogniska rośnie wiele jadalnych roślin, a na patyku można z powodzeniem upiec sztukę mięsa. Przeżywam przygody, zachwycam się i odpoczywam w odległości kilku lub kilkudziesięciu kilometrów od domu.

Dan Kieran napisał książkę „O wolnym podróżowaniu". Na okładce wydawca umieścił zdanie: „droga jest celem". Autor przed 20 laty rozpoczął swoje wolne podróże, od tego, że wyszedł z domu. Ale nie na spacer. Wybrał się w podróż.

Już na samym początku książki, w przedmowie znajduje się obraz poruszającego się dziecka: „Spacery z maluchem mają szczególny charakter – przede wszystkim, człowiek nie ma pojęcia, dokąd właściwie idzie. To bywa denerwujące, bo wydaje się, że wszystko ciągnie się w nieskończoność, ale bardzo szybko można się odprężyć i znaleźć sens w takim doświadczeniu. Nie ma żadnych etapów obowiązkowych ani punktu docelowego, ale kiedy tylko damy się wygadać wewnętrznemu głosowi, oburzonemu z powodu wakacji od zwykłego życiowego pośpiechu, zaczniemy dostrzegać prawdy, których nam brakowało, choć nie mieliśmy o tym pojęcia".

„Wolne podróżowanie" oznacza brak pośpiechu (angielski tytuł książki: „The Idle Traveller. The Art of Slow Travel"). Ale w języku polskim przymiotnik „wolny" ma dwojakie znaczenie. Podróżowanie może być wolne od czegoś. Od czego? Od dyktatu celu podróży. Uwolnienie się od niego wcale nie jest łatwe. Podczas swoich mikrowypraw nie zawsze mi to wychodzi. Bo wolne podróżowanie jest wyzwaniem. Największą przeszkodą jestem ja sam, z całą górą mentalnych śmieci, które niosę ze sobą w plecaku. Próbuję więc od samego początku pogadać ze sobą jak człowiek z człowiekiem i w końcu się przepakować, porzucając zbędne balasty.

A jest ich sporo. Pierwsze dwa, które przychodzą mi na myśl, to przekonanie o tym, że wszystko robi się „po coś" i że zawsze musi być ładnie.

Dla kogo pan idzie?

To był maj, niedziela, tego dnia w kościele w miejscowości Swornegacie odbywały się nabożeństwa komunijne. Kiedy pod wieczór dochodziłem do wsi, pełne były wszystkie restauracje i sklepy. W tych pierwszych siedziały dzieci ubrane w alby lub inne odświętne ubranka, w sklepach faceci – ojcowie, dziadkowie, zaopatrywali się w stumililitrowe buteleczki z wódką, żeby je ukradkiem wychylić w swoim gronie, zanim wrócą na bezalkoholowe przyjęcia komunijne.

– Dla kogo idziesz? – zapytał mnie, gdy przechodziłem przez wieś z plecakiem. Chciał mnie namówić na piwo, które on postawi. Staliśmy, ściskając sobie prawice. Miał podbite oko i śmierdział nie do końca strawionym alkoholem. Namawiał, żeby się z nim napić i nie chciał wypuścić mojej ręki ze swojej. Czułem, że moja dłoń utknęła w jakimś chropawym imadle i nijak nie można jej oswobodzić. To było zdecydowanie zbyt nachalne, nie spodobało mi się, i momentalnie straciłem ochotę na wypicie z nim czegokolwiek.

– Jak to: dla kogo idę?

– No, na co jest chore to dziecko... Bo to dziecko?

- Nie, nie idę dla żadnego dziecka, nie idę dla żadnego chorego, nie zbieram na nic pieniędzy.

Idę bo lubię, dla siebie – w końcu udało mi się wymsknąć i żwawo ruszyłem do przodu, zostawiając go za plecami. Słyszałem za sobą słowa, jak bardzo mnie szanuje za to, że idę, jak bardzo podziwia, że jestem prawdziwym podróżnikiem. Wydzierał się na pół wsi i ludzie przy stolikach, uczestnicy religijnego święta, zaczęli odwracać głowy w jego i moją stronę. Później w peteteku nie dawało mi to spokoju. Dlaczego ten człowiek był przekonany, że idę „po coś", że moje chodzenie ma jakiś dodatkowy sens, drugie dno?

Niektórzy opowiadacze Drogi, tacy jak na przykład Rebecca Solnit („Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne"), starają się tworzyć coś na kształt teorii podróży lub teorii chodzenia. Rzeczywiście, autorka ta uświadamia, że chodzenie to coś więcej niż wyrzucanie przed siebie stóp i stawianie ich na powierzchni wraz z przerzucaniem balansu i ciężaru ciała.

Jest więc ono stanem umysłu – pisze Solnit – filozofią (rozpowszechniony wśród filozofów pogląd, że chodzenie sprzyja myśleniu), ma wymiar zasadniczy i cywilizacyjny (dwunożność uwolniła przednie kończyny, co stworzyło nowe możliwości i w konsekwencji spowodowało rozwój mózgu u naszych przodków), polityczny (marsze za, marsze przeciw), społeczny (przechadzki zwyczajowe, obrzędowe), estetyczny (chodzenie dla podziwiania piękna krajobrazu, dla malowania pejzaży, dla fotografowania), erotyczny (przechadzki mające na celu bliższe poznanie, intymną rozmowę bez świadków, albo prokreację), religijny (pielgrzymki), sportowy albo zdrowotny... i wiele innych.

Chodzenie, droga, podróż, zadomowiły się w języku, stały pojemną metaforą. „Droga życiowa", „wędrówka przez życie", „marsz ku wolności", „marsz ku przyszłości" „droga przez mękę", „krok naprzód", „krok wstecz". Stąpamy zaś „po cienkim lodzie", albo „twardym gruncie". Czasem „znajdujemy się na rozdrożu" albo coś nam „staje na drodze" i wtedy „mamy pod górkę". Tych przykładów można szukać w powiedzonkach, przysłowiach, tekstach literackich. Świadczą o jednym: chodzenie jako czynność naturalna i oczywista zazwyczaj jest „po coś", często coś oznacza. I nie zawsze jest to związane ze zwykłym przemieszczaniem się. W tym sensie pytanie pijaka nie było pozbawione sensu.

Jednak chodzenie w pewnym momencie rozwoju europejskiej cywilizacji stało się rozrywką i nabrało charakteru wartości samo w sobie. Rebecca Solnit: „poruszanie się publicznymi drogami i gościńcami na piechotę oznaczało zazwyczaj, że jest się albo nędzarzem, albo rabusiem – przynajmniej do lat siedemdziesiątych XVIII wieku, czyli do czasu, gdy kolejni intelektualiści – albo ekscentrycy, rozpoczęli swe piesze wędrówki, odbywane li tylko dla czystej przyjemności".

„Rajd pieszy" – to pojęcie wyszło już z użycia. Gdy byłem nastolatkiem, instruktorem harcerskim, było na porządku dziennym. „Chodziło się" na rajdy. Słowo przetrwało jeszcze w piosenkach: „Rajd, rajd, bieszczadzki rajd...". Jaki rajd? – zapyta współczesny nastolatek, któremu to słowo bardziej kojarzy się z Robertem Kubicą niż z wysiłkiem mozolnego przemieszczania się na piechotę z plecakiem.

Dlatego też podczas moich pieszych wędrówek jestem w mijanych wsiach postrzegany w najlepszym razie jako ekscentryk z miasta, w najgorszym zaś jako niebezpieczny obcy, ktoś w rodzaju osoby bezdomnej, włóczęga w złym tego słowa znaczeniu. W jednej z turystycznych wsi, kiedy zmęczony po nocy pod chmurką i całym dniu wędrówki, szukałem noclegu w pensjonacie (zbierało się na burzę i ulewę), spotkałem się z odmową, choć było po sezonie i wolnych miejsc nie brakowało. Zapytano mnie o samochód, gdzie zaparkowałem. Odparłem, że nie mam samochodu, że idę piechotą, i najwyraźniej ten fakt wzbudził podejrzliwość. Potem się dowiedziałem, że do tej wsi zwykli przyjeżdżać bezdomni z Trójmiasta, gdyż zorganizowano im tam noclegownię. Mieszkańcy narzekali na włóczących się bez celu mężczyzn. Zostałem zaliczony do ich grona.

Jednak nie jest tak, że ludzi nie ma na szlakach. Wręcz przeciwnie – jest ich pełno. Ale coraz rzadziej są tutaj bezinteresownie, dla samej przyjemności podejmowania wysiłku wędrówki. Są tu „po coś", a świadczy o tym ich wyposażenie. To różne urządzenia – kijki do nordic walkingu, rowery, terenowe hulajnogi, buty do biegania, aplikacje do mierzenia odległości i tętna, odpowiednie ubrania jasno wskazujące wyczynowy charakter ich obecności na łonie natury. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przybywają tutaj nie tyle, by tu być, lecz by tę przestrzeń konsumować, jak kolorowe drinki przy hotelowym basenie. Po prostu na chwilę wynoszą swoje zabawki ze swojego świata, by je przetestować „w terenie". A sam teren jest sprowadzany do roli poligonu, toru przeszkód, wyzwania. Traci swoją podmiotowość.



Dwa światy

Ci wszyscy „sportowcy" są przy tym tacy sterylni. Tak jak wtedy na przystani w miejscowości Małe Swornegacie. Odpoczywając i popijając piwo, przyglądałem się staruszkowi w stroju ludowym. Strój ludowy jest ogólnopolski, taki sam w każdym regionie. Wszechwiejski.

Mężczyzna ów miał na sobie materiałowe, ciemne spodnie, trudno było odgadnąć, jaki to kolor. Być może kiedyś były nawet częścią jakiegoś garnituru, kupionego w pedecie na specjalną okazję. Miał na sobie również podobną marynarkę, na pewno nie od kompletu. Spod niej wystawała koszula robocza w grubą czerwono-czarną kratę, taka, jaką można kupić w niemal każdym wiejskim domu towarowym za 39,90. Strojem wysyłał w świat informację: jestem miejscowy.

Turyści zaś jak jeden mąż ubrani byli w obcisłe koszulki i spodenki, z krzyczącymi, żarówiastymi napisami. Właśnie trwał najazd barbarzyńskich hord rowerzystów na Małe Swornegacie.

Strój ludowy wyglądał organicznie przy tych śliskich, błyszczących w słońcu ciuchach. Pachniał ziemią, rybami, gnojówką, stajnią, szuwarami i wilgocią. Ale nie tylko strojem odróżniał się ów staruszek. Patrzył inaczej. Był strażnikiem jakiegoś niesłyszalnego dla przyjezdnych rytmu. Bezczelnie podszedł do pary siedzącej obok przy stoliku.

– Papierosa masz? – zapytał. A w tym pytaniu nie było zwykłej w tej sytuacji uniżoności, była zaczepka.

– Nie mam. Nie palę – odpowiedział smukły blondyn.

– Ale ona ma – człowiek w stroju ludowym pokazał na siedząca obok dziewczynę. Rzeczywiście, dziewczyna paliła cienkiego papierosa. Chłopak się zmieszał. Nie wiedział, co zrobić, być może czuł jakąś powinność, żeby zareagować „jak mężczyzna".

Wyglądało to tak: miejscowy stoi przy nim wyczekująco, wskazując twarzą na dziewczynę. Tak jakby oczywistym było, że dysponentem papierosów kobiety musi być mężczyzna, i to z nim należy negocjować. Sytuację ratuje sama dziewczyna. Wyciąga z paczki papierosa i podaje, przy czym wysuwa go maksymalnie z dłoni, tak żeby uniknąć kontaktu z dłonią staruszka. A jednak przez moment dochodzi do zbliżenia dwóch światów, wygląda to jak niebezpieczny manewr wojska tuż przy pilnie strzeżonej granicy, której przekraczać nikomu nie wolno.

Stary człowiek odchodzi, napięcie mija. Ona zza zasłony swoich okularów przeciwsłonecznych pokazuje chłopakowi zdjęcia w smartfonie, pyta go, czy jest ładna. On, też w przeciwsłonecznych, potwierdza. Popijają piwo: on desperadosa, ona redsa. A potem robią sobie selfie. Dłuższą chwilę szukają kadru, tak żeby na drugim planie były plaża, woda jeziora i żaglówka w oddali. W ten sposób wszystko wraca na swoje miejsce, jest idealne, dokładnie takie, jak powinno być.

Ukochana sterylność

Czasem, gdy zabieram na mikrowyprawę osoby, które nienawykły do takiego spędzania czasu, słyszę narzekania, które wcale nie dotyczą zmęczenia, głodu, pragnienia, niewygód, szyszki pod karimatą. Okazuje się, że największą niedogodnością jest wnikający w odzież zapach dymu z ogniska, brud od ziemi, niemożność namydlenia się i spłukania gorącą wodą, założenia świeżej, pachnącej chemicznie koszulki.

A przecież Droga wymaga, by się ubrudzić, taki ślad na sobie pozostawia. Taki jej urok. Ciało człowieka, jak każdego zwierzęcia, poci się, brudzi, pachnie (śmierdzi), nasiąka wilgocią, dymem. Podczas swoich wędrówek, nauczyłem się je akceptować w takiej właśnie postaci. W sosie własnym. Tymczasem dla wielu pozbycie się wspomaganej chemicznie sterylności równa się przekroczeniu granicy bezpieczeństwa i powoduje trudne do przezwyciężenia uczucie dyskomfortu. Jakże często chcemy oddzielić się od własnej cielesności i odepchnąć od siebie właściwości otaczającej nas przestrzeni.

No właśnie – bo wielu ludzi ową sterylność, a w zasadzie tęsknotę za nią, chce widzieć również wokół siebie. Niebo ma być dość niebieskie, woda wystarczająco turkusowa, a liście zielone. Łąka ma pachnieć ładnie jak łąka, a nie jak końskie łajno, które przecież na łące ma pełne prawo się znaleźć. Jakbyśmy czyścili kadr, jakby rzeczywistość natury była fotografią. Zdjęciem, które idealnie wyczyszczone z niepotrzebnych elementów, przefiltrowane przez stosowną aplikację poprawiającą kolory i kontrast, wrzucimy do sieci, czekając na lajki. Tacy ładni i pachnący będziemy na tym selfie, a wokół będzie tak pięknie – plaża, woda, żaglówka i nic więcej.

Zaryzykuję tezę, że wraz ze wzrostem dostępności aplikacji „poprawiających" zdjęcia i rozpowszechnieniem zwyczaju fotografowania wszystkiego wokół i wrzucania takich „dzieł" do sieci, stało się coś dziwnego. Często nie chcemy już rejestrować otaczającego nas świata. Chcemy ów świat poprawiać, dostosowywać go do wyimaginowanych standardów, które znamy z folderów reklamowych. Tylko to zapewni nam satysfakcję z dostatecznej ilości lajków i pełnych zachwytu komentarzy.

Więc gdy pada deszcz, niebo jest zachmurzone, gdy w nocy przychodzi przymrozek, a gospodarz na polu obok rozrzucił gnojówkę, gdy zaczynamy pachnieć sobą, jesteśmy nieszczęśliwi i tęsknimy do ciepłych krajów, a w zasadzie do żółtoturkusowych fotografii, na których owe ciepłe kraje tak ładnie wyglądają.

To tylko przykłady na owe mentalne balasty, których musiałem się pozbyć podczas moich pierwszych mikrowypraw. Jest ich więcej. Bo z perspektywy włóczęgi, współczesny świat nabiera kontrastów, i to bez jakiegokolwiek technologicznego wspomagania.

Kapliczka w lesie

Jest jeszcze jedna kwestia, o której nie sposób nie wspomnieć. „Przygoda czai się za rogiem". Banał? Być może. Ale jakże prawdziwy.

Warto podczas mikrowyprawy uczyć się czegoś, co nazywam uważnością. Odzwyczailiśmy się od wysiłku czynionego w celu dowiedzenia się czegoś, przywykliśmy, że informacja jest dostępna na wyciągnięcie ręki (smartfona), a jeśli nie jest – to jakby jej nie było. Tymczasem mikrowyprawa to odkrywanie otaczającego nas świata. To samodzielne odkrywanie, bez udziału drukowanego czy elektronicznego przewodnika, poszukiwanie, którego trzeba dokonać poprzez uważność właśnie. Z uwagą przyglądać się, z uwagą słuchać ludzi. Wykonać trud zainteresowania się czymś, co z pozoru jest zwykłe i mało interesujące.

Pewnego dnia, gdy wędrowałem po kartuskim lesie, dobiegły mnie ledwie słyszalne głosy – chóralny śpiew. Myślałem, że mi się wydaje, ale nie... Typowe, kościelne zawodzenie, jakaś litania. Stanąłem jak wryty, a po chwili poszedłem za dźwiękiem, który się oddalał. Biegłem, ale głos wkrótce ucichł. Wyszedłem na drogę i dostrzegłem kapliczkę, przy której nikogo nie było. Przez długi czas biłem się z myślami, czy mi się przypadkiem nie wydawało.

Zacząłem przyglądać się miejscu, w którym się znalazłem. Drzewo obrośnięte sztucznymi, plastikowymi kwiatami. Pulchne aniołki (pseudobarok made in China) udawały zamyślenie wsparłszy głowę na dłoniach. Nad wszystkim opiekę roztaczała Matka Boża, uwięziona w kapliczce przybitej do pnia drzewa. Obok stał kamień z tablica pamiątkową – ku pamięci leśniczego Stanisława Szeszuły.

Historię tego miejsca opowiedział mi Jacek Duda, ówczesny leśniczy z Bilowa koło Kartuz: – Kapliczkę zawiesił na drzewie świętej pamięci Stanisław Szeszuła, miejscowy leśniczy. W czasie wojny był młodym chłopakiem. Trafił na przymusowe roboty do Niemiec. Wraz z grupą żołnierzy – jako niemiecki robotnik, błędnie potraktowany jako Niemiec, został wzięty do niewoli przez czerwonoarmistów, zamknięty z innymi w piwnicy. Rosjanie po kolei wyprowadzali na podwórze pojmanych cywili i rozstrzeliwali. Wtedy zaczął głośno się modlić po polsku. W grupie żołnierzy rosyjskich również znalazł się jeden Polak, usłyszał modlitwę. Pan Stanisław został zabrany na bok. W ten sposób uratował życie – wszyscy Niemcy z piwnicy zostali rozstrzelani.

Po wojnie Szeszuła został leśniczym. Kapliczka dziękczynna za cudowne uratowanie życia najpierw znajdowała się w jego domu, podobno miał ją w sypialni. Później postanowił powiesić ją w lesie, w miejscu, które szczególnie mu się podobało ze względu na krajobraz wokół. Powiesił ją na drzewie, po drugiej stronie drogi od miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Ten buk, na którym ją powiesił, murszeje dziś powalony przy drodze. Sama kapliczka zaś została przewieszona i niedawno został tu postawiony kamień – ku pamięci pana Stanisława.

Kapliczka zyskała drugie życie. – Miejscowi zaadoptowali ją sobie i odbywają się tu nabożeństwa. Upiększają to miejsce po swojemu, sztucznymi kwiatami. Dobrze, że żyje dziś swoim życiem, ale moim zdaniem bez tych plastikowych kwiatów byłoby dużo lepiej. Matka Boska nie cieszy się ze sztucznych kwiatów w lesie. Gust odpustowy w lesie nie przystoi, ale ja nie jestem w stanie tego zwalczyć – mówi Jacek Duda.

Do najbliższych zabudowań jest kawał drogi, trzy, cztery kilometry. – Pielgrzymują do niej z Łapalic i z Kartuz. Starsze osoby, głównie kobiety. Raz na miesiąc odbywa się tutaj nabożeństwo i pewnie te głosy pan usłyszał w lesie – dodaje.

Niby nic, ktoś powie, żadne wielkie odkrycie. Ale dla mnie najważniejsze – bo moje. Mikroodkrycie uczynione podczas mikrowyprawy. A wszystko zaczęło się od ledwie słyszalnego dźwięku modlitewnego zawodzenia, na który pewnie nie zwróciłbym uwagi, gdybym akurat nie wsłuchiwał się w śpiew ptaków albo miał w uszach słuchawki.

Oduczyliśmy się owej uważności, rozleniwieni złudnym poczuciem bezpieczeństwa i technologią, która nieustannie ułatwia nam życie. Pisze o tym między innymi Richard Louv w książce „Ostatnie dziecko lasu", przy czym termin „uważność" utożsamia on z „inteligencją przyrodniczą". Przywołuje słynną klasyfikację rodzajów inteligencji Howarda Gardnera. Zwraca uwagę, że badacz ten, po zidentyfikowaniu siedmiu jej rodzajów, zdecydował się zdefiniować ósmy: inteligencję przyrodniczą. To – najogólniej rzecz ujmując – zdolność postrzegania sygnałów, jakie wysyła nam przyroda, i właściwej ich interpretacji. To ten rodzaj mądrości, opartej na uważnej obserwacji otaczającego nas świata, jakiego używali nasi przodkowie, by przetrwać. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak zwany postęp cywilizacyjny postawił sobie za cel pozbawienie nas owej inteligencji, upośledzenie tego, co nazywam uważnością. A bez niej mikrowyprawy będą nudne i pozbawione smaku, a być może również – sensu.

Nowe za progiem

Nasz świat się zmieni, w zasadzie już jest w procesie zmiany – powtarzają publicyści, intelektualiści, pisarze, politycy. I nie chodzi tylko o pandemię koronawirusa, ale także o kryzys klimatyczny, który ma wywołać globalne niepokoje społeczne, ograniczyć dostęp do żywności, zmienić oblicze gospodarki, społeczeństwa, wzorce zachowań. Koronawirus, być może, przyspieszył ową zmianę, nadał jej nową dynamikę. Być może jest jaskółką kolejnych, jeszcze bardziej znaczących, zmian. Jak głębokie one będą i jak szybko będą postępowały – tego jeszcze nie wiemy. Wszystko dzieje się błyskawicznie, i jest niezwykle zaskakujące. Gdyby ktoś nam powiedział w grudniu ubiegłego roku, że czeka nas społeczne i gospodarcze trzęsienie ziemi wywołane „jakimś" wirusem – nie uwierzylibyśmy mu i potraktowali go jak oszołoma, ewentualnie osobę nadużywającą Netfliksa. A tymczasem – stało się.

Teraz mówi się o „zmianie paradygmatu", że społeczeństwo globalne odejdzie od konsumpcyjnego stylu życia, że inne wartości staną się ważne, że się do siebie zbliżymy i dokonamy czegoś w rodzaju cywilizacyjnego rachunku sumienia. To pozytywny scenariusz, żeby nie powiedzieć: naiwny. Jest jeszcze inny – taki, że dostęp do dóbr, do „rozpasanej" konsumpcji zostanie na tyle ograniczony, że pojawią się nowe konflikty, a niektóre z nich będą krwawe.

Czy tak się stanie? Nikt nie może mieć dzisiaj pewności, tym bardziej że – mając w pamięci dynamikę wydarzeń z ostatnich trzech miesięcy, trudno jest zaprzeczać jakiemukolwiek scenariuszowi. Jedno jest pewne – podczas najbliższych wakacji raczej nie będziemy wyprawiali się nad turkusowe morza do ciepłych krajów. Pojedziemy do najbliższego lasu, nad jezioro, nad morze. Spędzimy wakacje w odległości 50 kilometrów od domu, w odosobnieniu, z dala od tłumu. Warszawa ruszy do Puszczy Kampinoskiej i na Mazowsze, Gdańsk na Kaszuby, Kraków w Beskidy.

Być może rzeczywiście uda się części z nas popatrzeć nieco inaczej na otaczający świat i na siebie samych. Być może rzeczywiście następuje owa zmiana paradygmatu. Kto wie, czy składową tej zmiany nie będzie stosunek do sposobu spędzania czasu wolnego, w lesie z namiotem, przy ognisku, z plecakiem na szlaku.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA