fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Katastrofa smoleńska jest świętością narodową

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Zawsze buntowałem się przeciw temu, by ze Smoleńska robić oś polskiej polityki. Tragedia, którą przeżyłem równie traumatycznie jak tysiące Polaków, była tak mocnym doznaniem moralnym, że od razu trafiła na półkę nietykalnych świętości narodowych.

Wykorzystywanie jej do celów politycznych musiało z tej perspektywy wydawać się przekraczaniem granicy profanum. Nigdy się z tym nie godziłem i nigdy nie pogodzę, niezależnie od tego, czy na świętość zamachują się jedni czy drudzy, i niezależnie od nawet najwznioślejszych intencji. Nie chodzi tu zresztą tylko o abstrakcyjnie rozumianą desakralizację narodowej tragedii, a najmniej o moje osobiste wyczucie wartości moralnych. Najgorsze jest to, że polityka oswaja uczucia, banalizuje punkty widzenia. Świętość zbrukana staje się niewiele więcej niż argumentem w sporze o inne sprawy. Smoleńsk, niestety, otarł się o tę banalizację i coraz częściej wywołuje odruchy ludzkiej obojętności. Albo zniecierpliwienia. Nie chcę, by ten proces postępował.

Sprzeciw wobec instrumentalizacji Smoleńska przez polityków nie oznacza oczywiście zgody na odstawienie tragedii narodowej do lamusa. Mam wrażenie, że chciała tego część polityków Platformy. Smoleńsk był dla nich niewygodny, bo w wielu miejscach całkowicie ich obnażył. Jednym zabrakło honoru, by ponieść przynajmniej polityczną odpowiedzialność za katastrofę. Inni dali dowód kompletnej bezradności, a jeszcze inni arogancji. Nie znajduję do dziś wytłumaczenia, czemu tak bardzo szydzono z ludzi spontanicznie manifestujących przed Pałacem Prezydenckim. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem pośmiertnych kpin ze świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I nigdy nie pojmę, dlaczego warszawski ratusz nie zaakceptował tzw. pomnika świetlnego na Krakowskim Przedmieściu, którego projekt zyskał tak powszechne poparcie. Polityka czy zwykła zła wola?

Gdzie błędy? Gdzie brak spostrzegawczości? Przede wszystkim poprzedni rządzący nie zrozumieli, że zamknięcie prac komisji Millera szło w parze z powolną i merytorycznie mierną aktywnością prokuratury. Jeśli panowało powszechne przekonanie, że tragedia była efektem niedbalstwa i bylejakości po obu stronach, polskiej i rosyjskiej, to należało przynajmniej doprowadzić do postawienia zarzutów winnym po naszej stronie. Wyraźnie nie piszę „skazania". Sprawę uznania winy trzeba było pozostawić niezawisłemu sądowi. Niestety, polityka, także informacyjna, rządu Donalda Tuska, a potem Ewy Kopacz podobna była do ewangelicznego gestu umycia rąk. Jesteśmy niewinni. Nie mamy z tym nic wspólnego.

Ludzi nie udało się oszukać ani przekonać, że tragedia wydarzyła się za innych rządów niż ekipy Donalda Tuska. To w niej trzeba było się doszukać ponoszących osobistą odpowiedzialność urzędników. A bilans realnie skazanych? Raptem jedna osoba. W zawieszeniu. Kropla przy prawdziwym morzu wątpliwości. I jeszcze jeden błąd. Ciągłe ośmieszanie i poniżanie Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M, na którego czele stanął Antoni Macierewicz. Dostrzegano w nim tylko czystą politykę, a nie zapotrzebowanie części społeczeństwa na osobną ścieżkę dochodzenia do prawdy.

Winy po stronie ówczesnej opozycji, czyli dziś rządzących? Trudno tu ważyć indywidualny wymiar straty, ale w istocie opozycja miała prawo do próby rozliczenia rządzących. Czy zachowała się tak jak trzeba? Mam wrażenie, że od początku usiłowała grać Smoleńskiem jak kartą polityczną. Czy nie nazbyt szybko zaczęła frontalny atak na komisję Millera? W tej kwestii też nie mam wątpliwości, że polityka wyprzedziła rozsądek. Na koniec, czy słuszne było bezkrytyczne szafowanie mocno ryzykownymi scenariuszami zdarzeń i wspieranie teorii spiskowej o zamachu? Zabrakło dystansu i sceptycyzmu. Dobrej woli i wzajemnego zaufania w klasie politycznej. Wtedy był to tylko deficyt, dziś przepaść, która podzieliła Polaków na pokolenie.

I to jest nasze największe nieszczęście. Smoleńsk nas podzielił na dobre. Dziś nie ma jednego narodu, ale dwa skłócone plemiona. Dba o to z wielką pasją Moskwa. Żerują na tym politycy. Zamknięcie postępowania wyjaśniającego przyczyny tragedii odsuwa się w nieskończoność. Nie pomogą w tej sprawie ani zagraniczne placówki analityczne, ani stawianie zarzutów Rosjanom. Co musiałoby się wydarzyć, by zwrócili samolot? Co dałby nam taki zwrot, skoro stoimy po przeciwnej stronie politycznej barykady? I czy ten spór nie rozmyje do końca granic sacrum?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA