fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Rafał Matyja: Tragedia, z której nie wyciągnięto wniosków

Rzeczpospolita/ Mirosław Owczarek
Trauma katastrofy smoleńskiej była unikalną okazją do zmian, które poprawiłyby funkcjonowanie wspólnoty i demokracji. Niestety, została zaprzepaszczona. W efekcie dziś nie istnieje granica politycznej odpowiedzialności.

Jednym z popularnych sposobów wyrażania uznania dla postaci historycznych jest stawianie im pomników. Mimo wszystkich wątpliwości, jakie towarzyszą temu obyczajowi, chętnie postawiłbym pomnik politykowi, który potrafiłby wyciągnąć wnioski z porażek i słabości własnego państwa. Który nie zwalałby winy na poprzedników, nie szukał wymówek w niesprzyjającym układzie relacji międzynarodowych, ale pokazał, jak naprawiać instytucje i obyczaje. Takiego polityka, takiej elity politycznej, która potrafiłaby wyciągnąć wnioski z katastrofy smoleńskiej po 2010 roku, zabrakło.

Dla każdego ambitnego państwa zdarzenie tej miary co katastrofa smoleńska byłoby poważnym wyzwaniem. Stałby się sprawą, która skutkuje dziesiątkami większych i mniejszych korekt. By nie być gołosłownym, warto wymienić te, które wydają się niemal oczywiste. Ułożona w ten sposób lista zaniedbań nie jest przy tym aktem oskarżenia wobec kogokolwiek. Raczej ćwiczeniem z wyobraźni, bez którego niemożliwe jest sensowne stawianie pytania „co dalej". Bez którego cała debata publiczna może zostać zredukowana do powierzchownej reakcji na wydarzenia ostatniego tygodnia czy miesiąca.

Tymczasem pamięć – rozumiana nie martyrologicznie, ale jako zasób doświadczeń – jest niezbędnym wyposażeniem każdego państwa. Stanowi o jego zdolności przewidywania, hierarchizowania zagrożeń i celów rozwojowych. Wyznacza agendę rządów i kryteria ich oceny. W przypadku pamięci o katastrofie smoleńskiej powinna też wyznaczać plan koniecznych zmian i korekt.

Czarne scenariusze

Pierwsza ze zmian musiałaby dotyczyć nowego sposobu myślenia o przyszłości, o tym, na co państwo i jego instytucje muszą być przygotowane. Reakcja w pierwszych godzinach po katastrofie pokazała bowiem, w jak niewielkim stopniu nasze państwo przygotowuje się na czarne scenariusze. Jesteśmy krajem, który ma setki strategii publicznych opartych na skrajnie optymistycznych przesłankach. A zarazem – z małymi wyjątkami – nietraktującym serio pożytku, jakie niosą rozważania o okolicznościach niekorzystnych dla kraju oraz posiadanie odpowiednich na te sytuacje scenariuszy.

Jedyną sferą, w której czarne scenariusze odegrały pewną rolę perswazyjną, jest niezależność energetyczna kraju. Choć zanim do tego doszło, liczne ekipy bagatelizowały tę kwestię. Na niektórych budynkach publicznych fałszywie brzmiące dewizy należałoby zastąpić obowiązującym powszechnie przekonaniem „jakoś to będzie", ewentualnie nieco bardziej aktualnym „damy radę". Ten duch lekkomyślności współbrzmi z urzędowym optymizmem „dokumentów rozwojowych", strategii malowanych z takim rozmachem, że trudno byłoby je poważnie traktować w krajach znacznie zamożniejszych i posiadających perspektywę długotrwałej koniunktury ekonomicznej.

Nawet pobieżna znajomość historii, taka, jaką z pewnością mają podpisujący się pod strategiami politycy i eksperci, prowadzi do wniosku, że państwa poddawane są co jakiś czas poważnym próbom. Te, które potrafią je jakoś przewidzieć, przygotować procedury i sposoby reakcji, mają większe szanse, by wyjść z nich obronną ręką, niż te, które zagrożenia tego typu ignorują. Problemy, wobec jakich stanęło państwo rankiem 10 kwietnia 2010 roku, powinny skutkować solidną pracą wielu instytucji, myślących pragmatycznie o własnych czarnych scenariuszach. I to nie tylko tych, których troską jest bezpieczeństwo państwa i jego władz. Powinny zakończyć epokę infantylnej lekkomyślności. Dowodów na to, że tak się nie stało, mamy aż nadto.

Ramy konfliktu

Druga korekta mogła dotyczyć określenia granic politycznego konfliktu. Demokracja ufundowana jest na zasadzie rywalizacji antagonistycznych grup respektujących rozstrzygnięcia podjęte za pomocą kartki wyborczej. Ale antagonizm ten nie może stawać się wszechobecnym elementem życia publicznego. Musi być ujęty w ramy obwarowane nie tylko przez prawo, ale także przez przestrzegane szeroko reguły stosowności. Ich wprowadzanie jest znacznie trudniejsze niż niszczenie. Dziś polityczna rywalizacja w dużym stopniu żyje z tego drugiego procederu. Zawsze dostrzega zysk, który można osiągnąć, łamiąc kolejną zasadę – czy to obyczaj parlamentarny, obowiązującą w polemice granicę przyzwoitości czy ograniczanie zakresu zmian personalnych do niezbędnego minimum. Co więcej, łamiącym kolejne zasady wydaje się, że gra ta jest bezkarna. Że można ją prowadzić w nieskończoność. I że zawsze wygrywa ten bardziej bezczelny.

To błędne koło można było przerwać po katastrofie. Gestem, którego zabrakło latem 2010 roku, było przekazanie choćby jednego opróżnionego po katastrofie stanowiska osobie związanej z Prawem i Sprawiedliwością. Co straciłby obóz władzy, zgadzając się na rzecznika praw obywatelskich na przykład w osobie Zbigniewa Romaszewskiego lub innej cieszącej się powszechnym szacunkiem osoby krytycznej wobec rządów PO? Nie chodzi przy tym o podział stanowisk, ale o budowanie minimum zaufania między politycznymi rywalami. Tymczasem zamiast tego doszło do skwapliwego wykorzystania okazji do przejmowania instytucji, jak choćby zmiany, które dokonały się w KRRiT, a następnie w mediach publicznych.

Opozycja w takich sytuacjach ma mniejsze pole manewru. Ale Prawo i Sprawiedliwość miało bardzo szerokie możliwości wskazania dociekliwej, ale powszechnie szanowanej osoby, która pokierowałaby zespołem analizującym przyczyny katastrofy smoleńskiej. Postawienie na Antoniego Macierewicza było gestem czytelnym dla każdego, kto znał choć trochę historię Trzeciej Rzeczypospolitej. Było jasne, że sprawa ta – zanim jeszcze pojawiły się jakiekolwiek rzeczowe wyjaśnienia – ma stać się przedmiotem ostrego sporu. Naturalne w takich sytuacjach próby podejmowane przez prof. Michała Kleibera zostały faktycznie zignorowane. Smoleńskie emocje okazały się cenniejsze od faktów. To nastawienie potwierdziło się w wielu sprawach – także tych niemających nic wspólnego z katastrofą – po 2015 roku.

Dziś – bardziej niż kiedykolwiek w Trzeciej Rzeczypospolitej – rywalizujące siły grają interesem Polski na forum międzynarodowym. Doprowadziły do zaniku konsensusu w sprawach bezpieczeństwa i obronności. Sposób, w jaki kształtują opinię publiczną w sprawach naszego położenia międzynarodowego czy interesów w Unii Europejskiej, zwiększa ryzyko dezorientacji w sytuacji kryzysu wywołanego świadomą kampanią dezinformacyjną z zewnątrz.

Kluczowe instytucje

Trzecia posmoleńska korekta powinna dotyczyć stosunku do instytucji. Przede wszystkim kluczowych organów władzy – Kancelarii Prezydenta RP i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. O ile po ludzku w każdym tragicznym zdarzeniu możemy widzieć jakieś fatalne zbiegi okoliczności, o tyle logika funkcjonowania państwa – zwłaszcza na jego szczytach – polega na obsesyjnym niemal uszczelnianiu i obiektywizowaniu procedur, mechanizmów selekcji personalnej, elementów bezpieczeństwa ludzi pełniących najwyższe funkcje w państwie.

Ujawniona przez katastrofę słabość tych procedur to tylko wierzchołek góry lodowej. Naiwnością byłoby wierzyć, że to, co ujrzeliśmy w tym przypadku, nie ma miejsca w tysiącu spraw mniej ważnych. W zbyt wielu codziennych działaniach polskich rządów aż nadto widoczny jest duch improwizacji, szczególnie tam, gdzie w grę wchodzi polityka, chęć zdobycia medialnej przewagi, instrumentalizacji działań administracji. Gdzie – mówiąc wprost – czynnik urzędniczy z jego sposobami asekuracji i procedurami wzmacniającymi bezpieczeństwo jest marginalizowany.

Dziś jednak – nie od roku, ale od kilku co najmniej lat – instytucjonalny rachunek prawdopodobieństwa uległ zmianie. Cynizm rządzących – nastawionych na ścisłe podporządkowanie nawy państwowej interesom partii – natrafia na coraz słabszy opór elit urzędniczych i eksperckich. W 2005 roku w sposób manifestacyjny zrezygnowano z systemowego wsparcia ze strony tych ostatnich. Symboliczne znaczenie tej daty nie wiąże się przy tym z czyimkolwiek zwycięstwem wyborczym, ale z faktem likwidacji przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza Rządowego Centrum Studiów Strategicznych i niezastąpieniu go po dziś dzień żadną instytucją, która mogłaby stanowić swego rodzaju mózg, pamięć i oczy rządu. Najwyraźniej obecne pokolenie polityków tego nie potrzebuje, wystarczy mu rozum partyjny, kalkulujący wyniki sondaży, planujący operacje propagandowe i formułujący przekazy dnia.

Polityczna odpowiedzialność

Czwarta korekta, do której powinno dojść po Smoleńsku, to inne postawienie kwestii odpowiedzialności politycznej. Rozumiem, że w dniach, które przypadały bezpośrednio po katastrofie, niezwykle trudno było o tym mówić. Także dlatego, że dymisja któregokolwiek z ministrów byłaby przyjęta jako uznanie czyjejś jednostkowej winy. Wybrano ewentualność drugą – budującą przekonanie, że nie istnieją podstawy do ponoszenia odpowiedzialności politycznej. Utrzymał się zatem groteskowy obyczaj, w ramach którego poważne złe skutki nie obciążają nikogo, a przyczyną dymisji może być jedynie łatwa do zweryfikowania, drobna sprawa.

W tej sytuacji bardzo trudno rozmawiać o najpoważniejszym i – niestety – najczęstszym typie politycznych błędów, popełnianych przez zaniedbanie, lekceważenie czy oportunizm. Nie potrafimy, nie tylko zresztą w instytucjach politycznych, pozbyć się ludzi, którzy popełnili błędy niemające charakteru przestępstw, których niekompetencja czy bezczynność bywa ostentacyjna, ale „przecież nie robią nic złego". Liderzy partii próbują nas przekonać swoimi nominacjami, że każdy może zostać ministrem czy ważnym urzędnikiem państwowym. Każdy bez względu na kompetencje formalne i rzeczywiste umiejętności, na posiadane doświadczenie i dorobek. Drugą stroną tego mechanizmu selekcji jest brak merytorycznych reguł oceny i egzekwowania politycznej odpowiedzialności.

Niezależni arbitrzy

Wiąże się z tym możliwość dokonania korekty piątej, to znaczy uznania konieczności istnienia niezależnych arbitrów politycznej rywalizacji. Można było podjąć próbę – po fatalnych rządach PiS i jej sojuszników w mediach publicznych 2006–2010 – naprawy dokonanej w pewnym politycznym konsensusie. Nie dokonano tego. Z trudnych – coraz trudniejszych do zrozumienia powodów – politycy wierzą, że kluczem do dalszych zwycięstw jest kontrolowanie mediów publicznych i używanie ich jako strony w politycznej wojnie. Dziś wiara ta manifestuje się w sposób tak ostentacyjny, że trudno uwierzyć, iż wyrażają ją ludzie, którzy znają historię ostatniego ćwierćwiecza.

Odwołując się do przykładu piłkarskiego – wygląda to tak, jakby przyjęto założenie, że każdorazowy zwycięzca rozgrywek ligowych zyskuje przywilej mianowania sędziów na następny sezon. Gdyby tak było, piłka nożna straciłaby niemal cały swój urok. Gdyby sędziowanie to przypominało zachowania właściwe dzisiejszym mediom publicznym – gra stałaby się bez wątpienia groteską. Z polityką i mediami publicznymi dzieje się podobnie, tylko poczucie bezkarności jest znacznie większe. Skutek jest między innymi taki, że nie istnieje żaden obiektywizujący mechanizm rywalizacji politycznej, nie istnieje granica politycznej odpowiedzialności, której przekroczenie skutkuje dymisją. Znikają kolejne granice przyzwoitości. Trudno sądzić, że kolejna zmiana władzy przyniesie zatrzymanie się tych zjawisk. Smoleńsk był okazją, by sprawy te przemyśleć i skorygować zasady gry. Okazją niewykorzystaną.

Pogłębiające się pęknięcie

Katastrofa smoleńska była wystarczającym nieszczęściem jako tragiczna śmierć 96 osób. Ale fakt, że zginęli w niej prezydent i inni wysocy urzędnicy państwowi, czynił z tego zdarzenia wyzwanie dla działań państwa i jego instytucji oraz całej elity politycznej. Nie mam poczucia, że – jak lubią powtarzać niektórzy – „państwo zdało egzamin", że ostatnie siedem lat było próbą wyciągnięcia wniosków z katastrofy. Dla części polityków i komentatorów zarówno ten fakt, jak i sama katastrofa stały się okazją do sformułowania na nowo własnej tożsamości. Nie tyle programu koniecznych zmian, ile dość specyficznego tytułu do potępiania przeciwników politycznych.

Dynamika zdarzeń, do których doszło po katastrofie, jest niepokojąca. Z roku na rok zanika bowiem państwo rozumiane jako kontekst obiektywizujący partykularyzmy, a nie narzędzie do ich wzmacniania. Słabnie państwo, które wobec rywalizujących grup politycznych powinno stać się niezależnym arbitrem zdolnym do ich okiełznania. Traci moc przywołania do porządku tych, którzy popadając w nadmierną stronniczość, zagrażają interesom szerszej całości. Samo myślenie o państwie jako zasobie, który rywalizujące strony powinny szanować i ochraniać, jest dziś traktowane niemal wyłącznie jako przejaw politycznej naiwności. W wymiarze przekonań i emocji instynkt plemienny wygrał z wyczuciem racji stanu.

Katastrofa smoleńska nie istnieje w języku politycznym jako argument na rzecz naprawy państwa, zdolności zawierania kompromisów dotyczących jego nadrzędnych interesów. Przeciwnie, jest jednym z najsilniejszych symboli podziału, pęknięcia wspólnoty politycznej i kryzysu obiektywizującej roli instytucji publicznych. Oceniana w szerokiej – wykraczającej poza jedno czy dwa pokolenia – perspektywy będzie zapewne postrzegana jako zlekceważona przestroga. Jako zmarnowana okazja zmiany postaw: zbudowania elementarnego konsensusu, wzmocnienia instytucji, respektowania tego, co nadrzędne w polityce zagranicznej. Bez trudu będzie można dopisać do tej diagnozy zdanie, że po 2010 roku każda niemal korekta szła w przeciwnym kierunku.

Autor jest politologiem, wykładowcą Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA