fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Dobry Niemiec, zły nazista

Heinrich Böll, zgorzkniały jak każdy moralista
Otfried Schmidt/Ullstein Bild via Getty Images
Głośnych dzieł poświęconych nazizmowi i niemieckiej historii po 2000 roku nie brakowało, ale aż do powieści Timura Vermesa i Ralfa Rothmanna wszystkie wyszły spod pióra innego niż niemieckie.

W 2004 roku do kin trafił „Upadek" Olivera Hirschbiegela, film o ostatnich dniach Adolfa Hitlera. Był to jeden z najlepszych obrazów na temat Führera – rzetelny historycznie, doskonale zagrany, pokazujący bodaj najbardziej wiarygodne (filmowo) oblicze wodza III Rzeszy. Hirschbiegel i scenarzysta Bernd Eichinger nie uciekali się do tanich sztuczek, nie chcieli Hitlera dehumanizować, mówili raczej, że nawet najbardziej demoniczne zło jest „ludzkie, arcyludzkie".

Mit zbiorowej niewinności

Jednak po „Upadku" mieliśmy dwie kolejne produkcje prezentujące nazistowskie Niemcy, z których można się było dowiedzieć, że kiedy źli naziści rządzili swym imperium zła, dobrzy Niemcy – figura bardzo popularna w literaturze i popkulturze na uczelniach, w domach i wojskowych kwaterach – zastanawiali się, jak odzyskać Heimat. Najpierw do kin trafił film Marca Rothemunda „Sophie Scholl – ostatnie dni" z bardzo dobrą Julie Jentsch w tytułowej roli. Przedstawiał on Białą Różę, czyli sześcioosobowy „ruch oporu" działający na monachijskim uniwersytecie w latach 1942–1943 (wszystkich członków Białej Róży skazano na karę śmierci). Na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie „Sophie Scholl" wyróżniono dwoma Srebrnymi Niedźwiedziami za najlepszą rolę kobiecą i reżyserię. Kolejnym głośnym obrazem była hollywoodzka „Walkiria" z Tomem Cruise'em w roli Clausa von Staufenberga, przywódcy nieudanego zamachu na Hitlera w lipcu 1944 roku.

Czytaj także:

Obydwa filmy – nie mijając się zasadniczo z historyczną prawdą, może z wyjątkiem przedstawienia Staufenberga w jednoznacznie pozytywnym świetle – doskonale wpisują się w konsekwentnie kształtowany mit zbiorowej niewinności, który próbują narzucić masowej publiczności popkultura (niekoniecznie niemiecka) i literatura. Za owym mitem stoi wyraźna sugestia, że nawet jeśli w czasie II wojny światowej większość Niemców nie działała w organizacjach antynazistowskich, to przynajmniej udała się na emigrację wewnętrzną, zupełnie nie mając pojęcia, co się dzieje w obozach koncentracyjnych, w Generalnym Gubernatorstwie, na froncie wschodnim, a nawet w niemieckich miastach (warto przypomnieć, że pod koniec wojny 20 procent pracowników w niemieckim przemyśle stanowili jeńcy i robotnicy przymusowi).

Wyparcie dotyczy zresztą nie tylko winy indywidualnej i zbiorowej, lecz także – a może nawet przede wszystkim – strasznych dla cywilów lat 1944–1946, kiedy alianci w 400 tysiącach nalotów zrzucili na terytorium Rzeszy milion ton bomb, a wkroczywszy do Niemiec, nierzadko stosowali politykę odwetu.

Figura „okłamanego" i „zdradzonego" narodu to nic nowego. Pojawiła się już pod koniec wojny. Opowiada o niej w bardzo wyważonej pracy „Wypędzanie ducha Hitlera. Okupacja i denazyfikacja Niemiec" brytyjski historyk Frederick Taylor. Taylor bardzo krytycznie ocenia przy tym okupacyjne działania aliantów, pisząc wręcz, iż: „Jak się wydaje, na poziomie czysto praktycznym często brutalne i niesprawiedliwe postępowanie aliantów – w czasie wojny, a zwłaszcza po jej zakończeniu – zwolniło Niemców, z wyjątkiem najwrażliwszych, bezkompromisowych jednostek, z autorefleksji moralnej".

Taka autorefleksja była niemożliwa także z innych względów – po wkroczeniu do Francji Hitler był dla niemal wszystkich rodaków bohaterem narodowym, najwybitniejszym mężem stanu od czasów Bismarcka, do NSDAP należało aż 12 z 70 milionów obywateli, oprócz tego była też cała rzesza zwolenników Führera, a pod koniec wojny w niewoli znalazło się około 5 milionów żołnierzy, spośród których osądzono tylko garstkę zbrodniarzy wojennych. Popiół milczenia przykrył życiorysy wielu esesmanów i pospolitych morderców.

Błędy i wypaczenia okiem klowna

Trudno się więc dziwić, że najważniejsza niemiecka powieść lat 60., „Zwierzenia klowna", pokazywała świat do szpiku kości przesiąknięty hipokryzją i kłamstwem. Heinrich Böll, laureat Nagrody Nobla z 1973 roku, przeciwstawił się w niej powszechnie przyjmowanej wizji, jakoby Niemcy Zachodnie zostały wskrzeszone jako bastion wolności i tolerancji. Warto za Taylorem przypomnieć, że gdy w 1949 roku utworzono RFN, 60 procent z 50 milionów mieszkańców wciąż sądziło, że nazizm był słuszną ideą, którą wypaczono (ledwie siedem lat później po drugiej stronie żelaznej kurtyny podobne stanowisko, tyle że w sprawie stalinowskiego komunizmu, zajął na słynnym XXII zjeździe KPZR Nikita Chruszczow). Nieprzypadkowo bohater „Zwierzeń" Hans Schnier jest właśnie klownem – kimś, kto w przebraniu i pod pozorem śmieszności jest w stanie zdobyć się na prawdę.

Schnier pochodzi z zamożnej rodziny z Bonn. Rodzice zmusili jego siostrę Henriettę, by zgłosiła się na służbę do artylerii przeciwlotniczej. Był luty 1945 roku, wielu Niemców zdawało sobie sprawę z tego, że wojna jest przegrana. Młody Hans nie miał wówczas jeszcze 11 lat, chodził do szkoły, gdzie śpiewano „pobożne i patriotyczne pieśni", należał do oddziału Hitlerjugend i nawet podpadł jego dowódcy, wyzywając go – sam nie bardzo zdawał sobie sprawę, co to znaczy, ale wydało mu się na miejscu – od „nazistowskich świń".

Kiedy siostra Schniera zginęła, chłopiec na zawsze znienawidził rodziców, którzy w dodatku utrzymywali wobec dzieci dystans i nie przejawiali w stosunku do nich żadnych uczuć. Ojciec, mimo ogromnego majątku, odmawiał obu synom pomocy finansowej. Wybór zawodu był więc ze strony Hansa gestem protestu.

Böll odsłania tu przede wszystkim hipokryzję powojenną – matka Schniera pracuje w Głównym Komitecie Towarzystw do Zwalczania Przesądów Rasowych. Hans nie może jej zapomnieć („Czy powinienem zapomnieć, mamo?"), jak u schyłku wojny ciągle powtarzała, że należy uchronić „świętą niemiecką ziemię" przed plagą „żydowskich jankesów". Żaden inny niemiecki pisarz nie ukazał tak dobrze schedy po III Rzeszy, którą było – jak to ujął Thomas Bernhard – „wymazywanie", a także krach wartości. Próba powrotu do rzeczywistości sprzed roku 1933 była skazana na niepowodzenie, ale odrzucenie zbrodni II wojny światowej uniemożliwiało ufundowanie nowej, osadzonej na solidnych fundamentach tożsamości. Tego właśnie pragnął Böll.

Jednak jego wybitna powieść to wyjątek od reguły. Regułę najlepiej odzwierciedlił w „Wojnie powietrznej i literaturze" jeden z najwybitniejszych „noblistów bez Nobla", czyli W.G. Sebald.

Sebald, autor wysmakowanej prozy łączącej fakt z fikcją, w 1997 roku wygłosił cykl wykładów na Uniwersytecie w Zurychu. Wykłady te ukazały się dwa lata później i wywołały w Niemczech sporo zamieszania. Trudno się dziwić. „Wojna powietrzna i literatura" to bezkompromisowa rzecz o traumie i wyparciu, o tabu, którym dla Niemców stała się nie tyle nawet sama wojna, ile odwet aliantów, znany jako „area bombing" lub naloty dywanowe. Jego celem nie był przemysł, co wydawałoby się logiczne, lecz cywile. Chodziło wyłącznie o zniszczenie i rzeź, szybko okazało się bowiem, że naloty nie mają wielkiego wpływu na morale ludności, ślepej na rzeczywistość.

Nietrudno się dziwić, że Sebald podejmuje temat zbiorowej amnezji, gdyż cała jego twórczość krąży wokół tematu pamięci i jej zaniku, a „gigantyczna kampania zniszczenia" prowadzona przez aliantów pozostała niemal bez śladu w literaturze niemieckiej, nie znalazła też miejsca w świadomości formującego się na nowo narodu.

I to właśnie niemieckiego pisarza dziwi najbardziej. Ani jednego arcydzieła, jedynie przyzwoite książki Nossacka i Kasacka (ze wskazaniem na tego pierwszego), tony kłamstw i – jeśli można tak rzec – jeszcze więcej przemilczeń. Sebald dostrzega zakłamanie powojennej literatury, przy okazji obnażając braki warsztatowe kolegów po piórze i tropiąc stereotypowe ujęcia. Nikogo nie usprawiedliwia, ale przy tym nie rozlicza aliantów. Rozprawia się z pisarzami używającymi języka „emigracji wewnętrznej" i „filozofującymi". „Niemal kompletny brak głębszych zaburzeń psychiki narodu niemieckiego skłania do wniosku, że nowe społeczeństwo Republiki Federalnej poddało doświadczenia swej prehistorii nienagannie funkcjonującym mechanizmom wyparcia" – zauważa.

Sam Sebald, syn żołnierza Wehrmachtu, do wyparcia nie uciekał się nigdy. W „Austerlitz" dał przejmujący obraz „modelowego" getta w Terezinie. Trafia tam matka głównego bohatera, którego w dzieciństwie przygarnęła walijska rodzina, dzięki czemu udało mu się umknąć Zagładzie.

Nie wolno głośno mówić

W „Wojnie powietrznej" Sebald pokazał, że powojenne Niemcy stały się krajem bez historii. Dlatego najbardziej powinien dziś cieszyć sukces Ralfa Rothmanna (ur. 1953), w ojczyźnie od dawna docenianego, wyróżnianego m.in. nagrodami Maxa Frischa, Hansa Fallady i Heinricha Bölla.

Powieść Rothmanna „Umrzeć na wiosnę" jeszcze w kwietniu trafi do księgarń w Polsce, a prawa do jej wydania nabyli już wydawcy w 23 krajach. Ważniejsze jest jednak chyba to, że w samych Niemczech książka odniosła znaczący sukces – sprzedało się jej 100 tysięcy egzemplarzy. Wynik może nie oszałamia, ale robi wrażenie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że to lektura z górnej półki, w dodatku dla rodaków Rothmanna bez wątpienia niewygodna.

„Umrzeć na wiosnę" ucieleśnia w pewnym sensie ideał W.G. Sebalda z „Wojny powietrznej i literatury" (pojawiają się tu zresztą bombardowania fosforem). Oczywiście to ideał spóźniony o 70 lat. Rothmann podąża w swej książce śladami Ericha Marii Remarque'a z „Na zachodzie bez zmian", kreśląc oszczędną, kameralną, przejmującą opowieść o wiośnie 1945 roku, kiedy „Iwany" znalazły się już nad Odrą. By uchronić Rzeszę przed zbliżającą się klęską, wcielano wtedy do armii wszystkich chłopców, którzy ukończyli 16 lat. Tym sposobem do Waffen-SS trafiają dwaj przyjaciele – Walter i Fiete. Kiedy przychodzą na wiejskie tańce, na których roi się od esesmanów, jeden z organizatorów wygłasza przemówienie, kończąc je wezwaniem, by wszyscy zdolni do służby mężczyźni się zaciągnęli. Odmowa nie wchodzi w grę. Szkolenie wojskowe potrwa trzy tygodnie, potem chłopcy trafią pod Budapeszt. Walter nie ma jeszcze 18 lat, pełnoletniość osiągnie dopiero na froncie. Pracuje na północy kraju w majątku Themlingów jako dojarz. Poznaje tu swą przyszłą żonę, która uciekła z Gdańska w gumowcach. Wcześniej należał do Hitlerjugend, a jego ojciec tyran – postać niejednoznaczna – był strażnikiem w Dachau (karnie przeniesiony na front, najpewniej za to, że podzielił się z więźniem papierosami).

Na front Walter iść nie chce, powtarza za gospodarzem majątku, że bez mleka nie ma wojny. W głowie mu raczej Elisabeth. Jego rówieśnicy także przechodzą swoje alkoholowe i erotyczne inicjacje w dorosłość. Ciągle bawią ich podstawówkowe żarty w rodzaju puszczania bąków. Nie wierzą w „walkę aż do zwycięstwa", o wojnie nie myślą albo myślą jak najgorzej – jak Fiete, który zamiast „Heil Hitler" mówi „Drei Liter", a gdy upija się na potańcówce, obwieszcza, że to on jest tą słynną Wunderwaffe. Gniewna przemowa Fietego z końcówki „Umrzeć na wiosnę" jest zresztą jednym z najlepszych fragmentów tej bardzo dobrej powieści: „To jest wojna cyników, którzy nie wierzą w nic oprócz prawa silniejszego. A przy tym to tylko tępaki i słabeusze, widziałem to na froncie. Kopać słabszych, płaszczyć się przed silniejszymi i masakrować kobiety i dzieci".

Niemcy walczą tu zresztą już głównie ze swoimi, a nie z wrogiem. „Granaty do stajni i myk!" – tak jeden z esesmanów opisuje rozprawę z „partyzantami". Najmocniejsza scena w całej powieści to wieszanie w węgierskiej wiosce – inicjacja Waltera w przemoc i pierwszy krąg jego piekła. Potem chłopak będzie musiał zejść niżej i posunąć się do czynów, których nigdy nie wyrzuci z głowy, aż w końcu trafi – już jako jeniec – do obozu w Dachau, tego samego, w którym stróżował jego ojciec, tyle że w innej roli. Tu Walter będzie musiał pozbyć się swego kainowego piętna, czyli tatuażu z grupą krwi, oznaczającego przynależność do SS.

Według „Der Spiegel" książka Rothmanna „opowieścią i prawdą" wypełnia lukę w literaturze niemieckiej. Historia Waltera, który po wojnie zostaje górnikiem w Essen, jest niewątpliwie jedną z tych, których w Niemczech brakowało. Rothmann konstruuje ją w taki sposób, by czytelnik miał świadomość, że jest to opowieść przemilczana, której Walter nigdy swojemu synowi pisarzowi nie opowiedział. Syn musi sam zrekonstruować tragiczną historię ojca i „dać świadectwo".

„Umrzeć na wiosnę" zostawia czytelnika z pewnymi wątpliwościami i kładzie raczej akcent na tych, którzy z nazizmem się zmagali, ale trudno autora posądzać w tym wypadku o intelektualną nieuczciwość. A przynajmniej trudniej, niż identyfikować się z bohaterami jak z Remarque'a – młodymi chłopakami, którzy po prostu nie chcą umierać „za nic i jeszcze raz za nic".

Jak śmieszny jest Hitler?

Tuż po wojnie wściekłość na Hitlera w Niemczech była szczera i głęboka, choć bardzo często wynikała z rozczarowania, a nie z moralnego oburzenia. Führer zawiódł swój naród, a następnie, popełniając samobójstwo, porzucił go, by ten samotnie stawił czoła katastrofie. Dziś nierzadko próbuje się z przywódcy III Rzeszy zrobić postać groteskową (do popkultury Hitler wszedł chyba, niestety, na stałe). Najlepszym tego przykładem jest – trzeba przyznać bardzo zabawna – powieść Timura Vermesa „On wrócił". Ten wielki bestseller w Niemczech (około miliona sprzedanych egzemplarzy) dwadzieścia kilka lat temu zapewne by się nie ukazał, co pokazuje, jak bardzo od upadku żelaznej kurtyny przesunęły się też inne granice – granice tabu.

Vermes wpadł na dobry pomysł. Jego Hitler budzi się w sierpniu 2011 roku ze śpiączki, w której tkwił od końca wojny. Pozwala to autorowi z jednej strony zdystansować się wobec historii (ta powtarza się jako farsa, oczywiście), z drugiej zaś celnie komentować aktualną sytuację polityczną. Okazuje się, że poglądy sprzed paru dekad – choćby niechęć do obcych – trafiają na podatny grunt. Hitler u Vermesa odnosi wprost niebywały sukces jako komik, mówiąc dokładnie to samo, co w latach 30. XX wieku.

Vermes to niewątpliwie bystry obserwator. Przekonująco kreśli świat widziany oczyma powracającego wodza. Jest wyczulony na absurdy współczesności, niezwykle dowcipny (choć często na granicy dobrego smaku), piętnuje tabloidyzację mediów, naśmiewa się z rodaków. Znakomicie posługuje się również przesączonym natarczywą wojenną metaforyką i nazistowską nowomową idiomem językowym Führera.

Pytanie jednak, czy jego powieść jest tym, za co się podaje. Czy to przestroga i czy potrzebny jest Hitler, żeby opisać współczesne Niemcy? Czy Vermes zachowuje się wobec czytelnika fair, zabawiając go anegdotami i scenkami rodem ze slapstickowej komedii? W „On wrócił" widzimy zło udomowione, banalne, niemal niegroźne, odarte z tego, co potworne. Zbrodniarz w tym wszystkim ginie, a to chyba o jeden krok za daleko.

Można by próbę Vermesa odczytywać jako walkę z traumą za pomocą śmiechu – tylko czy w tym przypadku to odpowiednia droga? Inną wskazał już w 1959 roku Günter Grass w swoim arcydziele „Blaszany bębenek". Powieść tę należy dziś czytać przede wszystkim jako wielką metaforę, w której mały Oskar Matzerath byłby symbolem Niemca udającego się na emigrację wewnętrzną. Jego postanowienie, by przestać rosnąć, odzwierciedla powojenne postawy Niemców, którzy nie dojrzeli wówczas do tego, by przyjrzeć się bliżej ciemnym kartom swojej historii. Chłopiec z bębenkiem odrodził się potem na chwilę w klownie Bölla, by potem znów zejść do piwnicy.

Głośnych dzieł poświęconych nazizmowi i niemieckiej historii po 2000 roku nie brakowało – wystarczy wspomnieć znakomitą „Śmierć w bunkrze" Austriaka Martina Pollacka o jego ojcu oficerze gestapo albo do przesady epatujące masakrą „Łaskawe" Francuza Jonathana Littella – ale aż do powieści Vermesa i Rothmanna wszystkie wyszły spod innego pióra niż niemieckie. Powojenne wyparcie, któremu przeciwstawiali się nieliczni, należy czytać jako rewers wojennej propagandy i mechanizmów kształtujących świadomość zbiorową. Usuwając z pola widzenia koszmar końca wojny, starając się przedstawiać zbrodniarzy jako śmiesznych tyranów, oddzielając wyraźnie dobrego Niemca – znamy go z „Pianisty", „Listy Schindlera" czy choćby powieści „Skazana na życie" Anny Langfus – od złego nazisty, dokonano – duża w tym rola, co należy podkreślić, Hollywood – zabiegu niemal na miarę propagandy III Rzeszy.

Nietrudno to zrozumieć: zważywszy na skalę zadanych i odebranych okrucieństw, trauma II wojny światowej była dla Niemców niemożliwa do przepracowania. Być może pokolenie Ralfa Rothmanna będzie w stanie spojrzeć wojnie w oczy.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA