fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Lech Wałęsa i jego dowódca. Trudne rozmowy podczas internowania

Wałęsa triumfujący. Dzień zwolnienia z internowania, Arłamów, 15 listopada 1982 r.
PAP
Przebieg spotkań internowanego Lecha Wałęsy z płk. Ryszardem Iwańcem znamy tylko z raportów oficera, który nieraz brutalnie ocenia swojego rozmówcę. Czytane dzisiaj jego relacje okazują się jednak ważnym świadectwem nieustępliwej postawy przywódcy Solidarności w sprawie przyszłości związku.

Dziś 74 lata kończy Lech Wałęsa. Przypominamy tekst z marca 2017

Po wprowadzeniu stanu wojennego internowany Lech Wałęsa kilkakrotnie rozmawiał z płk. Ryszardem Iwańcem. Były dowódca przewodniczącego NSZZ „Solidarność" z okresu jego służby wojskowej był osobistym wysłannikiem premiera i I sekretarza KC PZPR Wojciecha Jaruzelskiego. Obaj panowie dyskutowali głównie o przeszłości i przyszłości związku, a także o bieżących wydarzeniach.

Do pierwszego spotkania wojskowego z jego byłym podwładnym doszło zresztą już kilka miesięcy wcześniej (w marcu 1981 r.). W ten sposób Jaruzelski stworzył najprawdopodobniej niezależny od ówczesnego szefa partii Stanisława Kani kanał służący nieformalnej komunikacji z przewodniczącym „Solidarności". Niestety, dysponujemy jedynie informacjami dotyczącymi okresu po 13 grudnia 1981 r.

Raporty płk. Iwańca, mimo że w połowie lat 90. zostały częściowo (cztery z sześciu) opublikowane w „Przeglądzie Tygodniowym", nadal pozostają źródłem nieznanym, i to nawet dla historyków zajmujących się historią najnowszą, w tym dla biografów Lecha Wałęsy! Tym bardziej że piąty z nich został dopiero niedawno odnaleziony w Archiwum Instytutu Hoovera. Nic zatem dziwnego, że są źródłem wielu spekulacji. A są niewątpliwie materiałem ważnym – dokumentują bowiem rozmowy z przewodniczącym „Solidarności" nie tylko na temat przeszłości związku, ale też – co zdecydowanie ważniejsze – jego przyszłości. Stanowią też doskonałe uzupełnienie chociażby notatek ks. Alojzego Orszulika, który prowadził – z ramienia Episkopatu Polski – rozmowy na temat przyszłości Solidarności z jej przewodniczącym.

Relacje płk. Iwańca pozwalają też lepiej zrozumieć raporty funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu, które zawierały wypowiedzi Wałęsy z okresu jego internowania. Takie jak np. ta z początku lutego 1982 r., kiedy to poprosił „o przekazanie, że nie zamierza podjąć działalności związkowej w „»nowo« tworzonych związkach zawodowych" oraz że proponuje, aby ich przewodniczącym został „generał Jaruzelski lub redaktor Rakowski, albo działacz społeczny – minister Ciosek... Są też doskonałym przyczynkiem do postawy szefa „S" po 13 grudnia 1981 r., zarówno jako przywódcy związku, jak i po prostu człowieka.

Oczywiście raporty płk. Iwańca są – siłą rzeczy – relacją jednostronną. Jednak można je, przynajmniej w znacznej części, zweryfikować na podstawie innych dokumentów (zarówno tych wytworzonych przez władze PRL, jak i przez stronę kościelną). Paradoksalnie, gdyż jak się można domyślać, intencją publikacji w „Przeglądzie Tygodniowym" było uderzenie w Lecha Wałęsę, stają się one dzisiaj ważnym świadectwem jego twardej, nieustępliwej postawy po 13 grudnia 1981 r. w kwestii przyszłości kierowanego przezeń „S". Niezbicie z nich wynika, że pomysłu „odbudowy" związku w znacznej mierze kontrolowanego przez komunistów nie zamierzał poprzeć.

Wiarygodności raportów nie zmienia nawet fakt, że cztery z nich znamy jedynie z publikacji prasowej. Pozostaje mieć nadzieję, że nie tylko uda się odnaleźć ich oryginały (np. w zdecydowanie szerzej ostatnio otwartych archiwach wojskowych), ale też dotrzeć do ostatniego brakującego z 29 grudnia 1981 r.

Wódz zwycięskiej wojny

Do pierwszego spotkania po wprowadzeniu stanu wojennego doszło już 17 grudnia w podwarszawskim Otwocku, gdzie internowany był przywódca Solidarności. Odbyło się ono w obecności funkcjonariusza BOR „ochraniającego" Wałęsę, który rzekomo miał być „gościem" władz, a także małżonki „gdańskiego elektryka" i jego dzieci biegających po całym budynku. Niestety, podobnie jak z kolejnych rozmów, zachowały się tylko relacje jednej strony. Lech Wałęsa, jak miał to w zwyczaju, niezbyt precyzyjnie wspominał jedynie ogólnie o negocjacjach „z generalicją", nie precyzując ich przebiegu.

Rozmowa z 17 grudnia była dość długa – trwała blisko 2,5 godziny. W jej trakcie Lech Wałęsa miał sprawiać wrażenie odprężonego i pewnego siebie – „wodza, który właśnie kończy zwycięską wojnę", osoby dyktującej warunki. Widoczna była przy tym jego megalomania – „bardzo wygórowane poczucie własnej wartości", jak odnotował Iwaniec.

Przewodniczący Solidarności spotkanie z nim potraktował jako okazję do negocjacji z władzami. Zgłaszał koncepcje i pomysły, którymi wręcz „sypał jak z rękawa". Ich stałym elementem było istnienie Solidarności w kształcie sprzed 13 grudnia. Opowiadał się za uwolnieniem wszystkich internowanych. Twierdził, że władzę w kraju powinna przejąć „trójka" – Jaruzelski, prymas Józef Glemp i on. Przy czym ostatni dwaj pełniliby de facto jedynie rolę kontrolerów, a nie realnie współrządzących.

Wałęsa miał też proponować – „dla unormowania i rozwiązania sytuacji" – wejście swoje oraz prymasa do Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, a następnie przekształcenie jej w Radę Cywilno-Wojskową. Za warunki do tego niezbędne uważał uwolnienie internowanych i aresztowanych oraz decyzję Prezydium Komisji Krajowej „S", która określiłaby „warunki polityczne" udziału związku we władzy. Z drugiej strony był gotów do znaczących ustępstw na rzecz władz. Miał wręcz zadeklarować: „partia musi te wybory wygrać, sam będę fałszował kartki wyborcze, żeby wygrała"...

Według Iwańca nie przyjmował do wiadomości, że stan wojenny zmienił realia. Miało to do niego dotrzeć dopiero pod koniec rozmowy. W odpowiedzi zaproponował „przeorientowanie" związku – jego odejście od polityki na rzecz spraw związkowych. Tę nową formułę programową przyjęłoby Prezydium KK, złożone – jak stwierdzał – z jego ludzi, a następnie zatwierdziła cała „krajówka". Trudności spodziewał się ze strony niektórych przewodniczących zarządów regionów. Jak mówił: „ci mogą dalej wariować".

Co ciekawe – według Iwańca – Wałęsa miał nie znać programu związku przyjętego podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów (KZD) jesienią 1981 r. Jak twierdził: „To mnie nie obchodzi, jestem praktykiem". Miał przy tym odrzucić te uchwały I KZD i Komisji Krajowej, które władze uznawały za „programowe przejmowanie władzy przez związek". Jak tłumaczył, „musiał iść na ustępstwo" wobec związkowych radykałów, gdyż władze swym postępowaniem „doprowadziły go do takiej konieczności". Podkreślał przy tym swoją skłonność do ugody z rządzącymi.

Z kolei na zarzut Iwańca, że miał być rzekomo sterowany przez doradców, stwierdził, że byli mu oni potrzebni jedynie „w sprawach natury »technicznej«", a decyzje podejmował sam, „nie licząc się z nimi". Jak stwierdzał przy tym buńczucznie: „rozpędziłem na przykład tę kuroniadę". Regionalnych przywódców związku, w przypadku których Iwaniec zarzucał mu, że nie realizowali jego koncepcji, Wałęsa miał oceniać bardzo krytycznie. „Bujak to wariat, Rulewski – szaleniec" – odnotował jego były dowódca.

Pozytywnie Wałęsa wyrażał się z kolei o Prezydium KK oraz Zarządzie Regionu Gdańskiego. Jak twierdził: „Wyczyściłem sobie tam, za miesiąc dobrałbym się do Rulewskiego i Bujaka, i innych. Nie zdążyłem, za wiele spraw miałem, w wiele spraw wplątywała mnie władza". Przyszły program związku widział „jako trochę z KOR, trochę z KPN (Konfederacja Polski Niepodległej – red.)", ale podstawę miały stanowić „jego warunki i założenia".

W zachowaniu Lecha Wałęsy wyraźnie widoczny był pozytywny stosunek do ludowego Wojska Polskiego. Wyraził on m.in. podziw i uznanie dla armii za „sprawne przejęcie kontroli i wprowadzenie stanu wojennego". Uznawał, a przynajmniej tak twierdził, że był to nie tylko krok konieczny, ale też dobry dla związku, „bo nie on będzie winien za to, co się stało". Ostrzegał jednak, że żołnierze już bratający się z ludem mogą za jakiś czas skierować broń przeciwko władzy. O żołnierzach mówił: „Oni przeciw ludowi nie wystąpią, myśmy ich przygotowali"...

Według Iwańca przewodniczący Solidarności miał być rzekomo nieświadomy ówczesnej sytuacji. Jak twierdził wojskowy: „Mnogość koncepcji i rozwiązań zgłaszanych przez Wałęsę oraz przeskakiwanie z tematu na temat znacznie utrudniły rozmowę". Nie był zachwycony swym rozmówcą: „jest to człowiek prymitywny, a zarazem typ cwaniaka i hochsztaplera". Na szczyty wyniosły go wydarzenia. Przywództwo w związku „utwierdziło go w przekonaniu, że pełni misję dziejową", oraz że jest powołany do wypowiadania się i decydowania „o sprawach najszerszych", a nawet „poczuć się osobą opatrznościową dla całego narodu".

Iwaniec twierdził też, że Wałęsa „nie posiada umiejętności logicznego myślenia, a maskuje to tupetem, prymitywnymi argumentami i zręcznymi unikami". Nie uważał go za polityka i proponował, aby go tak nie traktować. Tym bardziej że był przekonany, że „żadna siła" nie będzie w stanie odwieść go od jego koncepcji i poczucia misji. „Jest raczej maniakiem obsesyjnym, usiłującym pozować na człowieka wielkiej miary" – konkludował.

Mimo takich wniosków i „nikłych rezultatów" rozmowy proponował jednak: „celowe byłoby jej powtórzenie po pewnym czasie". Sugerował też pozbawienie Wałęsy możliwości słuchania Radia Wolna Europa, gdyż – przynajmniej w ocenie funkcjonariuszy BOR – miało ono rzekomo wypaczać jego poglądy.

Szok po „Wujku"

Do kolejnej, równie długiej rozmowy doszło już po czterech dniach (21 grudnia). Odbyła się ona w innej atmosferze niż poprzednia. Wałęsa był wyraźnie zdenerwowany. Twierdził, że nie może się „pozbierać" po głodówce. Jednak – według Iwańca – przyczyny były inne (przedłużająca się izolacja przewodniczącego Solidarności i brak protestu, buntu w jego obronie). Nie bez znaczenia miała też być obawa przed oskarżeniem „o samodzielne podjęcie i prowadzenie rozmów z władzami", a także przedłużający się stan wojenny. Jak twierdził Wałęsa: „ja liczyłem, że wyjdziecie, zrobicie porządek i po kilku dniach wrócicie"... Był wyraźnie zszokowany strzelaniem do górników z kopalni „Wujek" i ofiarami śmiertelnymi. Jak komentował: „nie sądziłem, że się odważycie".

Przewodniczący Solidarności ciągle wracał do kwestii zakończenia stanu wojennego. Kiedy jego rozmówca powiedział, że „będzie on trwał tak długo, aż on i inni politykierzy nie będą mogli organizować robotników do złych spraw walki z władzą i zdobycia tej władzy", Wałęsa oświadczył: „to przecież musi potrwać długo". Na argument wojskowego, że w kraju panuje spokój, stwierdził: „to moja taktyka, ludzie ją realizują: bierny opór. Nieprzeciwstawianie się siłą, przeczekanie. Wy się wyczerpiecie, a wtedy dopiero my uderzymy". Jak raportował Iwaniec: „Nie przeceniając prawdziwości takich zaleceń, wydaje się jednak, że nie należałoby ich także lekceważyć".

Oczywiście innym, kilkakrotnie poruszanym tematem była przyszłość NSZZ „Solidarność". Ewidentnie na Wałęsie duże wrażenie zrobiła informacja o rozmowach między episkopatem a rządzącymi – oczywiście bez jego udziału. Miał być bowiem pewien, że kierownictwo Kościoła nie podejmie ich bez niego. Jego reakcją na informację, że tak się nie stało, było „długie milczenie, a później zmiana tematu". Jak odnotował Iwaniec, jego rozmówca zainteresował się „w odróżnieniu od poprzedniej rozmowy", przyszłością związku „w jego nowych ramach i warunkach". I zapytał: „jaka ewentualnie mogłaby być [Solidarność], żeby mogła być". Przy czym miał ją nadal widzieć, „rysując nieco tylko złagodzony obraz sprzed 13 grudnia". Na stwierdzenie wojskowego, że nie ma w niej miejsca dla „politykierów" i może istnieć jedynie jako związek zawodowy, odpowiedział: „co, znowu mamy załatwiać rękawice i liczyć kalesony?". Taki związek miał go nie interesować.

Według Iwańca Wałęsa „robił wrażenie innego człowieka niż poprzednio". Wojskowy nie wykluczał, że mogła to być jego gra, choć z drugiej strony – jego zdaniem – przewodniczący Solidarności miał rzekomo zdawać sobie sprawę, że „staje się (on i cały Związek) partnerem coraz mniej liczącym się jako siła polityczna".

Pewny wygranej

Przebiegu następnego spotkania, 29 grudnia, niestety nie znamy. Możemy się jedynie domyślać, że nie przyniosło ono oczekiwanych przez władze PRL efektów, gdyż doszło do blisko dwumiesięcznej przerwy w ich kontaktach.

Do ich wznowienia przyczyniła się zapewne ocena postawy przewodniczącego Solidarności autorstwa oficera Oddziału II Zarządu Wojskowej Służby Wewnętrznej Pomorskiego Okręgu Wojskowego Stefana Rusiniaka, który 18 lutego 1982 r. przesłuchiwał Lecha Wałęsę w ramach śledztwa prowadzonego przeciwko Bogdanowi Lisowi. Według niego szef związku „w swej postawie i osobowości stracił pewność siebie, jest chwiejny i ogromnie podatny na wpływ inny, gotowy iść w chwili obecnej na różne ustępstwa. W trakcie rozmowy kontrowany różnymi argumentami traci bardzo szybko pewność siebie, wydaje się być zagubionym, nie tylko jako działacz, ale i jako człowiek".

Iwaniec przyjechał do Wałęsy 20 lutego. Jednak w jego ocenie jego były podwładny miał być „pewny siebie i zarozumiały". Niewykluczone, że było to rezultatem wizyty u niego siostry Izabeli Młyńskiej i brata Stanisława, do której doszło w dniu przesłuchania go przez Rusiniaka. W każdym razie, jak informował przełożonych Iwaniec, Wałęsa twierdził: „my wygramy", „wy przegrywacie", „ja mam pełne informacje". Jak potem rozwijał: „wy nas zamykacie i strzelacie do robotników – wiosna będzie nasza, opór rośnie, przybywa wam wrogów, już strzelają do żołnierzy i milicjantów – wy będziecie zamykać tych, którzy strzelają, a ich rodziny i przyjaciele staną przeciw wam, Zachód rozłoży was do tego gospodarczo".

Wojskowy ewidentnie sondował przewodniczącego „Solidarności" w sprawie przyszłego kształtu związku (w tym ewentualnej przynależności do niego pracowników MON i MSW, co przed 13 grudnia 1981 r. było jedną z ważniejszych kwestii spornych w relacjach z władzami) i jego działalności (m.in. stosunku do sojuszników, prawa do strajku). Stanowisko Wałęsy z pewnością nie odpowiadało pomysłom rządzących – był przeciwny postulowanej przez nich „odbudowie" związku, sprzeciwiał się m.in. odejściu od struktury regionalnej. Według niego miała to być „S" podobna do tej sprzed 13 grudnia, z mniejszymi lub większymi korektami personalnymi i programowymi. Przy czym – w ocenie jego rozmówcy – faktycznie najważniejsza miała być dla niego (wbrew zresztą wielokrotnym deklaracjom składanych różnym osobom) obawa, że ewentualna „odnowa" związku „wysadzi go z siodła".

Wedle Iwańca dla realizacji własnych „chorobliwych" ambicji Wałęsa gotów był obiecać zresztą wszystko. W tym kontekście przytaczał jego słowa: „mogę dać gen. Jaruzelskiemu słowo honoru, że nie będę spiskował, tylko pozwólcie mi działać, ja chcę dobrze". Jak psychologizował wojskowy, „przedłużający się czas izolacji potęguje narastanie wewnętrznej paniki (dobrze maskowanej, choć widocznej jako tło wypowiedzi). Warto tu zwrócić uwagę na pewną sprzeczność wewnętrzną w osobowości Wałęsy. Z jednej strony jest przekonany o swoich niezwykłych cechach i posłannictwie, a z drugiej – podświadomie – czuje się słaby". To właśnie nic innego jak poczucie słabości miało rzekomo powodować, że domagał się on, aby wraz z nim uwolnić doradców związku oraz członków Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność".

Oczywiście w czasie tej rozmowy poruszane były też inne tematy. Wałęsa wypowiadał się m.in. w sprawie zmiany dyrektora Stoczni Gdańskiej: „Wyrzuciliście porządnego, a wrócił ten zdrajca, który był w 70. roku. Jak tylko wrócę, trzeba będzie go wyrzucić". Zapowiadał marsze kobiet z dziećmi w intencji uwolnienia aresztowanych i internowanych. Na uwagę swego rozmówcy, że to „obrzydliwe manipulowanie ludźmi i wykorzystywanie naiwnych do własnych celów", miał oświadczyć, iż „Cel uświęca środki. Sam to nakażę mojej żonie i dzieciom".

Władysław Iwaniec formułował na podstawie rozmowy wnioski dla władz. Stwierdzał, że z ich punktu widzenia zdecydowanie korzystniejsze było pozbawienie przewodniczącego Solidarności możliwości słuchania Radia Wolna Europa, gdyż występował wówczas u niego „wzrost podatności na informacje z naszych środków masowego przekazu". Postulował uniemożliwienie kontaktów z ks. Henrykiem Jankowskim, gdyż są one „wykorzystywane do przekazywania informacji z i na zewnątrz, a nawet grypsów". Proponował również „zaniechanie wizyt osób urzędowych", gdyż miało to wpływać dezorientująco na przewodniczącego „Solidarności", potęgować jego „poczucie zagrożenia z tytułu utraty pozycji partnera dla władzy".

Pomysły byłego dowódcy Lecha Wałęsy komunistyczne władze zrealizowały jedynie częściowo. Nie mogły np. pozwolić sobie na niedopuszczenie do niego delegacji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.

Będzie żył z procentów

Po kilkutygodniowej przerwie, 17 kwietnia 1982 r., doszło do kolejnej rozmowy między Iwańcem a przewodniczącym Solidarności. To raport z tego spotkania został odnaleziony w Archiwum Hoovera; dotąd był całkowicie nieznany.

Jak raportował wojskowy: „w osobowości i poglądach L. Wałęsy nie dokonały się żadne pozytywne zmiany", „Jest to nadal nieodpowiedzialny wichrzyciel, gotów na wszystko byle tylko udowodnić swoje programowe racje". Co gorsza, wojskowy definitywnie chyba porzucał (nie tylko swoje zresztą) złudzenia co do zmiany stanowiska przewodniczącego Solidarności. „Nie jest w stanie zmienić swoich poglądów i przekonań, gdyż odpowiadają one typowi jego osobowości" – konkludował.

Temat rozmów był oczywiście ten sam co poprzednio – przeszłość i przyszłość związku, a także plany samego Wałęsy. W pierwszych dwóch kwestiach stanowisko szefa „S" nie uległo jakimś zasadniczym zmianom. Owszem, patrzył krytycznie na działalność związku w przeszłości, ale nie widział potrzeby zmian w postaci proponowanej przez rządzących. Natomiast w sprawie swej przyszłości miał dwa alternatywne stanowiska. Pierwszym i zasadniczym było stanie „na czele Solidarności i tylko tego związku". Ujmował to krótko słowami: „Jak wyjdę, będę dalej robił [swoją] robotę". Nie widział się w nowych, budowanych przez władze związkach. Jak przy tym podkreślał: „Mam z czego żyć. Mam ponad 100 tys. dolarów, będę żył z procentów".

Ta odmowa uczestnictwa w nowym ruchu związkowym nie była jednak kategoryczna – Wałęsa dopuszczał możliwość podjęcia w nim działalności, w przypadku gdyby wstąpiła „ponad połowa dotychczasowych ludzi". Nie precyzował przy tym, czy chodziło mu o ogół członków, czy też dotychczasowych liderów i przywódców Solidarności. Deklarował przy tym niepodejmowanie pracy zarobkowej. „Powiedziałem sobie kiedyś, że w Polsce Ludowej rąk już sobie nie pobrudzę i nie pobrudzę. Mam dolary, będę sobie jeździć i zajmować się domem" – miał twierdzić.

Co prawda wojskowy nie zawarł w swej notatce żadnych konkluzji, ale jak można się domyślać, te nie były z punktu widzenia władz pozytywne, gdyż – jak wynika z dokumentów BOR – do kolejnego spotkania obu panów doszło dopiero blisko pół roku później. 4 października 1982 r. do Wałęsy, tym razem już do podkarpackiego Arłamowa, nie do Otwocka, płk Iwaniec przyjechał wraz z ministrem Stanisławem Cioskiem. Przeprowadzili długą, czterogodzinną rozmowę. Minister poinformował o nowej ustawie o związkach zawodowych, która oznaczała de facto delegalizację Solidarności.

Lech Wałęsa nie tego z pewnością oczekiwał. Według Iwańca działania władz w sprawie przyszłości ruchu związkowego miał „określać jako największą tragedię narodu w całej powojennej historii, jako [działanie] prowadzące naród do zguby". Zdecydowanie, choć niekonsekwentnie, odrzucał „jakąkolwiek możliwość własnego udziału w realizacji tych zamierzeń". Miał jednak deklarować, że w ich realizacji nie będzie przeszkadzać, a nawet mętnie twierdzić, że „jeżeli 13 października wydarzenia będą grozić katastrofą, przelaniem krwi – wówczas [je] poprze, aby zapobiec nieszczęściu" (chodziło o spodziewane protesty przeciw owej ustawie delegalizującej „S"). To ewentualne poparcie miałoby przyjąć formę publicznego wystąpienia. Przewodniczący Solidarności zdecydowanie negatywne stanowisko zajął natomiast w kwestii „włączenia się do PRON" (utworzonego przez władze Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego), gdyż nie widział tam dla siebie miejsca. Miał jednak przeciwko niemu również nie występować. Siebie samego widział natomiast w Radzie Prymasowskiej, ewentualnie również w pracy związkowej, „jeżeli stoczniowcy go o to poproszą". Deklarował całkowite porządkowanie się decyzjom episkopatu i podtrzymywał gotowość do rozmów z rządem w sprawie przyszłości ruchu związkowego.

Co ciekawe, według byłego dowódcy z wojska Wałęsa po opuszczeniu grona rozmówców przez ks. Stanisława Potockiego, który był świadkiem pierwszych trzech godzin rozmów, miał łagodzić swe stanowisko, wykazywać większą skłonność do ustępstw... Nadal jednak – według Iwańca – „podkreślał swoją rolę przywódczą w narodzie", a rozmowy z nim oraz ministrem potraktował jako „negocjacje co do swej przyszłości". A tę władze PRL widziały jako przyszłość „osoby prywatnej", ale to już całkiem inna historia...

 Magazyn Plus Minus

Grzegorz Majchrzak jest historykiem, pracownikiem naukowym Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA