fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kim Dzong Un. Atomowy Don Corleone

Kim Dzong Un wyznacza cel
AFP
Program atomowy Korei Północnej wkrótce może stać się najpoważniejszym zmartwieniem USA. Według ekspertów do 2020 roku Pjongjang będzie w stanie wystrzelić pocisk z głowicą jądrową, który doleci do Stanów Zjednoczonych.

Potężne ramiona wieży startowej otwierają się, odsłaniając 15-metrową białą rakietę. Na jej korpusie wymalowano północnokoreańskie flagi i hasła propagandowe. Całą scenę w specjalnym centrum dowodzenia, wyposażonym w rzędy komputerów i monitorów, obserwuje sam Kim Dzong Un. Wokół Szanownego Przywódcy stoją najwyżsi rangą oficerowie, którzy co jakiś czas odpowiadają na pytania wodza. Ten w pewnym momencie nachyla się do mikrofonu i daje sygnał do startu. Po 10 sekundach następuje zapłon. Z silników wystrzeliwują dym i jęzory ognia, a pocisk coraz szybciej wzbija się w powietrze.

Kiedy kontrolerzy informują, że rakieta z sukcesem wyniosła satelitę obserwacyjnego na orbitę, w centrum wybucha radość. Żołnierze płaczą ze szczęścia i klaszczą, a na pulchnej twarzy wodza pojawia się szeroki uśmiech.

Choć ten lot oficjalnie nie miał służyć celom militarnym, eksperci są zgodni, że wiedza i technologia zdobyte podczas jego przygotowań są wykorzystywane w pracach nad międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi (ICBM), zdolnymi razić terytorium USA. Co gorsza, jak ostrzega „Washington Post", Ameryka nie jest w stanie ich zestrzelić w momencie startu, a systemy przeciwrakietowe rozmieszczone na zachodzie kraju pozostawiają wiele do życzenia.

Północnokoreańska Dolina Krzemowa

Ludzie często patrzą na Koreę Północną, jak na śmieszne małe państewko, ze śmiesznym małym przywódcą o dziwnej fryzurze, który nie potrafi nawet zapewnić swoim ludziom stałych dostaw prądu. Nie dostrzegają jednak, jakie zagrożenie stwarza ono dla Ameryki" – ostrzegał w wywiadzie dla CNN Bruce Klingner, ekspert w dziedzinie Azji z Heritage Foundation. W kraju, w którym ponad jedna trzecia obywateli żyje poniżej granicy ubóstwa, a z głodu zmarło kilka milionów ludzi, uwaga władz od lat skupia się głównie na rozwoju potencjału jądrowego i rakietowego.

Już w 1956 roku, kiedy Północ wciąż jeszcze podnosiła się ze zniszczeń po wojnie koreańskiej, jej naukowcy w ZSRR od radzieckich towarzyszy uczyli się, jak wykorzystywać energię atomową. – Reżim zrozumiał, jakie znaczenie ma posiadanie broni nuklearnej na początku lat 60., po kryzysie kubańskim i pierwszej chińskiej próbie jądrowej – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem" Joshua Pollack, autor pisma „Nonproliferation Review". W 1985 roku dzięki wydatnej pomocy Związku Radzieckiego i Chińskiej Republiki Ludowej Koreańczycy otworzyli pierwszy reaktor atomowy w Jongbion, 80 kilometrów od stolicy. Według zapewnień prezydenta Kim Ir Sena kompleks miał służyć wyłącznie pokojowym badaniom. Na potwierdzenie tych słów Pjongjang podpisał traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), który nakazuje wyrzeczenia się broni atomowej.

W latach 90. mimo kolejnych układów o denuklearyzacji i rozbrojeniu koreańscy naukowcy zaczęli odzyskiwać ze zużytego paliwa i odpadów z reaktora pluton niezbędny do produkcji bomby atomowej. Mniej więcej w tym czasie Korea nawiązała też bliską współpracę z Syrią i Iranem, z którymi wymieniała się technologią nuklearną. Na początku 2003 roku Północ, która miała już dość międzynarodowych kontroli, wypowiedziała ze skutkiem natychmiastowym NPT, a rok później przyznała się do odzyskania paliwa jądrowego z 8 tysięcy zużytych prętów reaktora.

Po tych krokach eksperci spodziewali się najgorszego. W październiku 2006 roku Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna przeprowadziła pierwszą próbę jądrową, stając się de facto dziewiątym państwem atomowym. Według informacji jednego z pracowników północnokoreańskiej ambasady w Pekinie, do których dotarli dziennikarze CNN, władze w Pjongjangu nie były zadowolone z siły wybuchu, która prawdopodobnie nie była większa niż 5 kiloton (bomba zrzucona na Hiroszimę miała siłę 15 kiloton).

Kolejne lata to czas, kiedy Zachód przerażony perspektywą posiadania broni masowej zagłady przez nieobliczalny reżim, starał się przekonać Kimów, by w zamian za pomoc żywnościową wartą ponad 400 milionów dolarów, zamrozili swój program atomowy. Początkowo wydawało się, że propozycja została przyjęta.

Północ wyłączyła reaktor w Jongbion i symbolicznie zburzyła część instalacji. Były to jednak tylko pozory. W tajemnicy Koreańczycy wznowili wydobycie uranu z długo nieużywanej kopalni w Pjongsan. Rozbudowali również północnokoreańską Dolinę Krzemową, czyli oddalone o 30 kilometrów od stolicy strategiczne centrum zarządzania programem atomowym gdzie w latach 70. zgromadzono najważniejsze instytuty naukowe i laboratoria.

Udawanie odprężenia skończyło się w 2009 roku, kiedy Pjongjang przeprowadził drugą próbę jądrową. Tym razem bomba mogła mieć siłę nawet 10 kiloton. Chwilę później KRLD przyznała, że osiągnęła zdolność wzbogacania uranu. Tym samym opracowała drugi sposób uzyskiwania materiału niezbędnego do budowy broni atomowej. – Podstaw wzbogacania uranu Koreańczycy nauczyli się już w 2002 roku od Pakistanu, który podzielił się z nimi niezbędną technologią – przypomina dr Bruce Bennett, analityk ds. bezpieczeństwa z amerykańskiego think tanku RAND Corporation.

Ponieważ broń nuklearna bez odpowiednich środków do jej przenoszenia traci na „skuteczności" i właściwościach odstraszających, Korea Północna od dawna stara się o pociski zdolne do przenoszenia głowic atomowych. Pierwsze prototypy skonstruowano już 40 lat temu, bazując na silnikach radzieckich rakiet. Po upadku ZSRR swoją wiedzą podzielili się z Koreańczykami również dawni sowieccy konstruktorzy, chwilowo bez pracy, a później Pakistańczycy i Irańczycy. W ciągu ostatnich 20 lata Pjongjang przeprowadził wiele prób rakiet balistycznych różnego zasięgu, za co ONZ nałożyła na kraj sankcje gospodarcze. Prawdziwy rozwój w tej dziedzinie nastąpił jednak dopiero po 2011 roku, wraz z nastaniem ery Szanownego Przywódcy.

Szanowny Przywódca uruchamia reaktor

Kim Dzong Un, ubrany w czarny uniform bez dystynkcji, podchodzi do ogromnego dębowego pulpitu. Na ścianie za jego plecami wisi pozłacany sierp, młot i pędzel, które krzyżują się w jednym punkcie – to godło Partii Pracy Korei, a przed nim rozpościera się rząd mikrofonów. Pucułowaty mężczyzna nachyla się w ich stronę, poprawia okulary i zaczyna czytać noworoczne przemówienie. Po kilkuminutowym wychwalaniu swojego ojca i dziada mówi: „Weszliśmy w ostatnią fazę testów międzykontynentalnych rakiet balistycznych. [...] Nasz kraj stał się potęgą militarną, której nie zagrozi nawet najsilniejszy wróg". Po chwili przerwy apeluje do Stanów Zjednoczonych, by „podjęły rozsądną decyzję o zmianie anachronicznej i wrogiej polityki w stosunku do Korei".

Słowa Kima odbiły się szerokim echem na całym świecie, stając się pretekstem do analiz nad tym, jak zaawansowany jest program rakietowy KRLD. Spekulacje podsyciły jeszcze doniesienia Thae Yong-ho, byłego zastępcy ambasadora Korei w Londynie, który w zeszłym roku uciekł z rodziną do Seulu. Dyplomata w wywiadzie dla południowokoreańskiej agencji Yonhap ostrzegł, że Pjongjang za wszelką cenę dąży do zakończenia w 2017 roku prac nad zminiaturyzowaniem broni jądrowej, by mogła być ona umieszczona na międzykontynentalnej rakiecie balistycznej, zdolnej dosięgnąć zachodniego wybrzeża USA. Reżim ma się spieszyć, ponieważ chce wykorzystać „dogodny moment", jaki stwarza zamieszanie związane ze zmianą lokatora Białego Domu i impeachmentem prezydenta Korei Południowej. Yonhap pisze, że Północ pracuje prawdopodobnie nad pociskiem KN-08, który może mieć zasięg nawet 13 tysięcy kilometrów.

Wśród ekspertów nie ma zgody co do tego, czy Północ jest już w stanie zbudować głowicę nuklearną, która będzie dość mała, żeby umieścić ją w rakiecie, ani w jakim czasie wejdzie w posiadanie sprawnych pocisków międzykontynentalnych. – Według części amerykańskich generałów Pjongjang już posiada technologię ICBM. Inni analitycy twierdzą, że zajmie mu to jeszcze kilka lat – tłumaczy „Plus Minus" Bruce Klingner.

Z kolei amerykańska telewizja PBS w materiale z grudnia zeszłego roku cytuje anonimowego oficera wyższej rangi, który zapewnia, że Korea potrafi już zmniejszać broń atomową tak, by mieściła się na rakietach, ale nie ma jeszcze możliwości przeprowadzenia ataku z ich wykorzystaniem. To wymagałoby opracowania technologii, dzięki której pocisk przejdzie przez atmosferę bez spalenia się i będzie w stanie uderzyć w cel.

Dotąd Północ nie przeprowadziła jeszcze testów pocisków międzykontynentalnych. Euan Graham, analityk ds. bezpieczeństwa z renomowanego Instytut Polityki Międzynarodowej im. Lowy'ego twierdzi natomiast, że do 2020 roku KRLD będzie posiadać sprawny ICBM uzbrojony w głowicę nuklearną. Nie wszyscy eksperci zgadzają się z tymi prognozami. Profesor Siegfried Hecker, światowej sławy badacz północnokoreańskiego programu atomowego w rozmowie z BBC stwierdził, że choć Północ prawdopodobnie jest w stanie zamontować głowicę nuklearną na rakietach średniego zasięgu, to minie nawet dziesięć lat, zanim nauczy się tego samego, jeśli chodzi o pociski międzykontynentalne. – Pjongjang prowadzi co prawda próby miniaturyzacji, ale do zamontowania głowicy z bronią jądrowa droga jest jeszcze daleka. To prawda, że pociski balistyczne są testowane, ale często po odpaleniu sami Koreańczycy nie wiedzą, gdzie spadną – tłumaczy Oskar Pietrewicz z Centrum Studiów Polska-Azja. Mimo wątpliwości i sprzecznych opinii co do możliwości wystrzelenia przez Koreę Północną rakiety międzykontynentalnej zdolnej razić terytorium USA, faktem pozostaje to, że pod rządami Kim Dzong Una program atomowy i rakietowy rozwinięto na ogromną skalę.

W 2013 roku z polecenia Szanownego Przywódcy ponownie uruchomiono reaktor atomowy w Jongbion, który pozwala wyprodukować pluton niezbędny do skonstruowania bomby atomowej, a chwilę później przeprowadzono trzecią próbę jądrową. Tym razem podziemny wybuch mógł mieć siłę nawet 15 kiloton. Rok temu reżim zdecydował się na kolejne dwa testy – jeden w styczniu, a drugi we wrześniu. Ten pierwszy był według Pjongjangu detonacją niewielkiej bomby wodorowej, silniejszej niż ta atomowa. Prawdziwość doniesień co do rodzaju ładunku podważyli naukowcy z Korei Południowej i Japonii. Drugi test zorganizowano z okazji 68. rocznicy powstania Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Była to jak dotychczas ostatnia i najsilniejsza próba atomowa przeprowadzona przez Północ. Siła detonacji mogła wynosić nawet 30 kiloton.

Badacze bardzo ostrożnie szacują, że KRLD posiada obecnie odpowiednią liczbę materiałów rozszczepialnych, by stworzyć 20 bomb atomowych. Po przejęciu władzy przez Kima zintensyfikowano również pracę nad programem rakiet balistycznych. Od 2011 roku zorganizowano już kilkanaście próbnych wystrzałów. W koreańskim arsenale znajduje się około 600 pocisków Scud (do 500 kilometrów zasięgu), ponad 200 rakiet Nodong (1,3 tys. kilometrów zasięgu) oraz mniej niż 50 mobilnych pocisków Musudan (do 4 tys. kilometrów zasięgu). To właśnie te ostatnie, według ekspertów z Seulu, mogą być już uzbrojone w głowice nuklearne i są w stanie zmieść z powierzchni ziemi amerykańską bazę na wyspie Guam. Na razie jednak ich skuteczność pozostaje wielką niewiadomą.

– Rakiety Musudan zostały przetestowane po raz pierwszy w 2016 roku. Siedem z ośmiu prób okazało się porażką – przypomina dr Bennett. Całą zdobytą do tej pory wiedzę Pjongjang wykorzystuje przy pracach nad pociskami międzykontynentalnymi KN-08, które będą w stanie dolecieć do Stanów Zjednoczonych. Technologię niezbędną do ich stworzenia miano przetestować podczas dwukrotnego wystrzelenia rakiet Unha, które wyniosły na orbitę satelity obserwacyjne.

– Reżim Kimów potrafi zaskoczyć. Północ przetestowała już rakiety wystrzeliwane z okrętu podwodnego. Korea Południowa takie próby zacznie dopiero w tym roku – podsumowuje dr Nicolas Levi, ekspert ds. Korei Północnej z PAN oraz CSPA.

Strategiczna cierpliwość

W odpowiedzi na noworoczne przemówienie Kim Dzong Una Donald Trump „zaćwierkał", że nie dopuści do tego, by KRLD weszła w posiadania ICBM. Problem polega na tym, że Amerykanie od dawna nie mają pomysłu, jak powstrzymać rozwój północnokoreańskiego programu atomowego. Kryjąc się za hasłem „strategicznej cierpliwości" administracja Baracka Obamy unikała negocjacji z Pjongjangiem, ograniczając się do słów potępienia i sankcji.

Ta strategia nie odniosła skutku, a problem trzeba rozwiązać szybko, bo nieobliczalny reżim zagraża i tak już kruchej stabilności regionu. Korea Północna ośmielona posiadaniem pocisków z głowicami nuklearnymi, które odstraszałyby potencjalnych wrogów, mogłaby pozwolić sobie na bardziej agresywne działania militarne w stosunku do Seulu czy Tokio. W przypadku otwartego konfliktu Stany Zjednoczone, które obu tym krajom gwarantują bezpieczeństwo, musiałby zareagować. Z kolei nawet ograniczona wojskowa interwencja Waszyngtonu wymierzona w Północ mogłaby sprowokować do działania Chiny, które nigdy nie pozwolą, by przychylna im dyktatura upadła. Mogłaby też skłonić KRLD do użycia broni atomowej. „To rosnące zagrożenie. Wyobraźcie sobie Don Corleone z bronią nuklearną" – ostrzegał Klingner w rozmowie z CNN. Do tego wszystkiego należy dodać narastające od lat tarcia między Pekinem a Wietnamem, Japonią i Filipinami o sporne wyspy i dostęp do łowisk. Nierozważne działania Kima mogłoby tę beczkę prochu rozsadzić.

Co zatem mogą zrobić Stany i ich sojusznicy, by spowolnić koreańskie prace nad atomem? Eksperci zgodnie wymieniają cztery warianty rozwoju wypadków. Pierwszym i najłatwiejszym do zrealizowania są sankcje. Waszyngton może próbować ograniczyć sprzedaż do Korei komponentów niezbędnych do rozwoju ICBM oraz karać firmy, które są w nią zamieszane. Dzięki kontroli transakcji, również tych koreańskich, dokonywanych w dolarach może naciskać na reżim finansowo, np. zamrażając jego aktywa albo powstrzymując przelewy na jego konta. Sęk w tym, że podobne sankcje USA i ONZ stosują od 2006 roku z mizernym skutkiem.

Drugim krokiem może być punktowy atak lotniczy na wybrane instalacje rakietowe i atomowe. – Takie rozwiązanie nie jest nowością. Mówił o tym już Bill Clinton, co wówczas skłoniło Pjongjang do rozmów. Jednak kiedy tę samą retorykę zastosował George W. Bush, stanowisko Koreańczyków tylko się usztywniło – zauważa Pietrewicz. Z opcją militarną wiąże się też ryzyko konfrontacji z Chinami, głównym sojusznikiem i sponsorem dynastii Kimów.

Trzecim rozwiązaniem mogą być bezpośrednie negocjacje między KRLD a Stanami Zjednoczonymi. Kłopot w tym, że aby do nich doszło, Waszyngton musiałby uznać Północ za państwo atomowe, co legitymizowałoby jej działania. Dopiero wtedy zdaniem ekspertów można zacząć rozmawiać, nie o zakończeniu programu atomowego, bo na to Kim Dzong Un nigdy się nie zgodzi, ale o redukcji zbrojeń. Podobnie jak negocjowano kiedyś z ZSRR.

Ostatnią drogą jest przekonanie Chin, by wywierały większą presję na Koreę. Pekin, wbrew temu, co twierdzi Trump, nie jest zwolennikiem posiadania przez KRLD broni atomowej, ważniejsza jest dla niego stabilność sąsiada. Chińczycy boją się przycisnąć Koreańczyków do muru i nałożyć sankcje, które mogłyby zrujnować ich gospodarkę, bo to może doprowadzić do upadku reżimu i nieobliczalnych konsekwencji. Jak twierdzi dr Bennett, nowy prezydent USA odniesie sukces, jeśli przekona Chiny, że północnokoreański program nuklearny jest zagrożeniem również dla Państwa Środka.

Na którą z tych opcji zdecyduje się Biały Dom, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że kiedy Barack Obama rozpoczynał kadencję, Pjongjang przywitał go próbą rakietową. Trump też może zostać niemile zaskoczony.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA