fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Flis: Choroba dwubiegunowa

Paweł Kukiz, w poprzednich wyborach symbol protestu i świeżości w polityce, dziś jest na listach razem z partią Władysława Kosiniaka-Kamysza
Reporter
Nasz system partyjny wylądował z powrotem w dawnych koleinach. Mamy niby nowe i niby koalicyjne listy, tylko że wszystkie oparte na starych fundamentach.

Politycy i publicyści zaangażowani w główny spór nieustająco podkreślają, że te wybory są jeszcze bardziej nadzwyczajne niż wszystkie poprzednie. Jeśli jednak przyjrzeć się uważnie temu, co się obecnie dzieje, trudno takie zapewnienia traktować całkiem serio. W każdym razie bardzo dużo zachowań podważa takie przekonanie.

Jak jest u innych

Wyjątkową cechą Polski jest stała potrzeba porównywania się z innymi krajami i traktowanie tego, co się tu dzieje, jako czegoś nienormalnego, uznając zaś za normę, za jakiś punkt odniesienia, zagranicę. Jak wygląda taka konfrontacja, jeśli spojrzeć na dzisiejsze sondaże w krajach, w których w odstępie tygodnia od naszych wyborów także rozstrzygną się losy rządów? Tydzień wcześniej zagłosują Portugalczycy. Mają oni strukturę w polityczną bardzo bliską naszej, tylko tam zachował się nieomal idealnie stary podział na tradycyjną prawicę i lewicę. Portugalią rządzi od czterech lat lewicowa koalicja trzech partii. W opozycji znajdują się dwie prawicowe partie, tworzące rząd przed 2015 rokiem. Główna partia rządząca ma po czterech latach wyraźną przewagę – z poparciem około 40 procent góruje nad całą opozycją, posiada jeszcze do tego zabezpieczenie w postaci koalicjantów, którzy mają łącznie kilkunastoprocentowe poparcie. W rezultacie jedynym problemem, którego można się spodziewać dzień po głosowaniu, jest to, czy rządzący socjaliści dalej będą potrzebować obu radykalniejszych lewicowych ugrupowań, czy może wystarczy jej tylko jedno z nich. Nic nie wskazuje na możliwość zmiany u władzy.

Taka opcja jest za to realna w Kanadzie, gdzie przed czterema laty z wielkim hukiem zwycięstwo nad konserwatystami odniósł liberał Justin Trudeau. Dziś niewiele zostało z euforii, jaką początkowo wzbudzał. Cały szereg skandali doprowadził do osłabienia jego pozycji, ale wzrost poparcia dla głównej partii opozycyjnej nie jest aż tak duży, by maszerowała ona pewnie po wygraną. W siłę rosną Zieloni, nowa zaś Partia Ludowa osłabia konserwatystów. Lewicowa Nowa Partia Demokratyczna i Blok Quebecu utrzymują swój stan posiadania.

W Kanadzie rywalizacja jest znacznie bardziej wyrównana, niż w Polsce, lecz obie partie mają mniejsze poparcie od PiS. Ich sytuacja jest też znacznie bardziej skomplikowana. Ostateczny wynik wyborów jest niezwykle zależny od systemu wyborczego, który jest w stanie wygenerować sztuczną większość. Odbywa się to jednak w sposób znacznie mniej przewidywalny, niż to się dzieje w Polsce. Zdobycie większości zależy bowiem nie tylko od liczby i siły poszczególnych partii, ale i od tego, jak terytorialnie rozłoży się poparcie dla nich. Dodatkowo Kanada nie ma doświadczenia rządów koalicyjnych.

Za to sytuacja w innych niegdyś stabilnych politycznie krajach – Austrii i Wielkiej Brytanii – za wzór na pewno uchodzić nie może. Nad Dunajem w ostatnią niedzielę września dojdzie do przyspieszonych wyborów, w których stawką jest tylko to, kto będzie koalicyjnym partnerem chadeków. W spodziewanych przyspieszonych wyborach na Wyspach może się posypać cały stuletni system partyjny. Prawie codziennie jakiś poseł zmienia przynależność klubową. W omawianych krajach liczących się partii jest więcej niż w Polsce, układy ich sił zaś i strategie są mniej klarowne.

Polskie scenariusze

Scena polityczna w Polsce jest na tym tle bardzo uporządkowana. Siła partii rządzącej oraz opozycyjnego bloku jest porównywalna. Przewaga optyczna Prawa i Sprawiedliwości daje jej wyraźną satysfakcję i sporą pewność siebie, lecz to nie gwarantuje kontynuacji rządów. To, że blok sejmowej opozycji tworzą trzy listy, oznacza, że PiS może liczyć na dodatkowy bonus dzięki systemowi d’Hondta. Jednak ta przewaga w tym roku na pewno nie będzie taka jak w 2015 roku. Patrząc na dzisiejsze sondaże, można się spodziewać, że znacznie mniej głosów, niż przed czterem laty, padnie na partie, które znalazły się pod progiem wyborczym. W efekcie można sobie wyobrazić trzy podstawowe podstawowe powyborcze scenariusze.

Pierwszy to odnowienie samodzielnej większości PiS. Jeśli przeliczyć na mandaty dzisiejsze sondaże, jest na to szansa. Jednakże taki wynik uzyskuje się tylko wtedy, jeśli przyjąć, że niezdecydowani wyborcy rozdzielą swoje głosy pomiędzy partie w takiej proporcji, jaka jest ich obecna siła. Jeśli przyjąć, że wahający się to ci, którzy nie wiedzą, którą z partii opozycyjnych wybrać, PiS traci samodzielną większość. Wtedy pojawia się drugi scenariusz – ten, który przećwiczyła Portugalia przed czterema laty. Największa partia zostaje odsunięta od władzy przez koalicję trzech mniejszych. To scenariusz, który uprawdopodabnia klika czynników. Po pierwsze, PiS sam przedstawia sytuację jako – używając słów szefa sztabu wyborczego sprzed roku Tomasza Poręby – „mecz PiS kontra reszta świata”. Po drugie – tak wyglądają koalicje w samorządach, np. w Zachodniopomorskiem czy Lubuskiem. Na poziomie wojewódzkim PiS jest partią „nieprzysiadalną” – sama tak się zachowuje i mało jest takich, którzy by chcieli zmienić jej nastawienie. Przypadek dolnośląskiej koalicji z Bezpartyjnymi Samorządowcami jest o tyle nietypowy, że oficjalne uzasadnienia partnera sugerują, że jeśli PiS straci władzę w Warszawie, powinien się spodziewać przejścia do opozycji także we Wrocławiu. Po trzecie wreszcie, partie opozycyjne doszły do daleko posuniętych uzgodnień w wyborach senackich. PiS nawet nie próbował takiego porozumienia, licząc na swoją samowystarczalność.

Warunkiem „scenariusza portugalskiego” jest nie tylko takie wzmocnienie każdej lub którejś z partii opozycji, by PiS nie miał samodzielnej większości, lecz także to, czy ideowe napięcia – szczególnie pomiędzy lewicą a PSL – nie okażą się niezwyciężalną przeszkodą. Teoretycznie krąży też gdzieś scenariusz śląski, gdy PiS brakujące do większości mandaty pozyskuje drogą „indywidualnych środków perswazji”, z ofertą osobistego dostępu do najsmakowitszych konfitur władzy na czele.

Pytanie, czy po ewentualnym odejściu Kukiza i jego ludzi (jeśli uda im się zdobyć jakieś mandaty), opozycyjne porozumienie dalej będzie mieć większość. Lecz opozycja i PiS mogą też równocześnie stracić większość, jeśli do Sejmu wejdzie Konfederacja. W takiej sytuacji koalicja PiS–PSL może się okazać jedyną metodą na zbudowanie rządu, w którym nie będzie miejsca dla partii, w przypadku której określenie „skrajna prawica” nie budzi cienia wątpliwości. Udział takiego ugrupowana w rządzie byłoby bowiem nie tylko potężnym wyzwaniem w kontaktach międzynarodowych, ale i groźbą zrażenia umiarkowanych wyborców (taki scenariusz przećwiczono już w czasach koalicji z LPR i Samoobroną). Konfederacja może być też źródłem takich kłopotów, które doprowadziły do upadku rządu w Austrii czy odwrócenia sojuszy we Włoszech. Można sobie wyobrazić, że wobec takiej perspektywy Porozumienie poprze jakiś rząd stworzony wokół PSL, w którym to scenariuszu lewica zadowoli się tylko odsunięciem PiS od władzy i niedopuszczeniem do niej narodowców i korwinistów.

Wchłonięte spojlery

Tak czy owak, jeszcze nigdy na miesiąc przed wyborami możliwe scenariusze nie były tak rozbieżne. Jednym ze składowych takiej sytuacji jest to, że nasz system partyjny wylądował z powrotem w starych koleinach, tylko znacząco pogłębionych. W zasadzie mamy te same partie, które walczyły ze sobą przed 12 laty. Najwyraźniej nie ma w tym roku miejsca na nowe TUP – Tymczasowe Ugrupowanie Protestu – które tyle zamieszania zrobiły przed czterema laty. Trudno za takie uznać Konfederację, której przecież jeszcze podcięła skrzydła porażka w wyborach europejskich.

W wyborach do Parlamentu Europejskiego przekreślona też została ostatnia szansa na tupnięcie na jeszcze inną nutę – Wiosna nie przyniosła żadnego przełomu, jeśli nie liczyć wystąpienia jako katalizator w porozumieniu SLD i Razem. Ta reakcja nie nastąpiłaby jednak, gdyby nie decyzja Władysława Kosiniaka-Kamysza. Przesądził on o tym, że próba pełnej polaryzacji, podjęta w wyborach europejskich, okazała się eksperymentem nieudanym. Porażka Kukiza także i jego skłoniła do przykrojenia swoich marzeń. W efekcie stare partie zaabsorbowały wszystkie „spoilery” – by śladem politologa Marka Kamińskiego użyć na potrzeby naszego systemu terminu stosowanego w amerykańskiej polityce na określenie kandydatów, którzy nie wygrywają, lecz samą swoją obecnością mają wpływ na zwycięstwo innych. W zasadzie, to nad progiem w sondażach są tylko listy zarejestrowane przez te cztery partie, które w tych wyborach osiągną swoją polityczną pełnoletność, bo zaczynały nie później niż w 2001 roku, we wszystkich zaś wyborach od tego czasu zdobywały co najmniej 5 procent poparcia. Jeśli jednak przyjrzeć się uważniej, to doliczyć się można na ich listach sześć wchłoniętych niegdysiejszych spoilerów.

Brak eksperymentów

W efekcie mamy takie niby nowe i niby koalicyjne listy, tylko wszystkie oparte na całkiem już starych fundamentach. Dla dawnej „bandy czworga” to nie tyle wzmocnienie – ustępstwa i koszty w postaci napięć są spore – lecz unikanie jeszcze większych strat, gdyby jakieś niedobitki Nowoczesnej, Kukiz’15 czy Razem poszły osobno. A każdy głos jest na wagę złota. Wszystko ponoć dlatego, że sytuacja wymaga budowania porozumień, bo stawka wyborów jest wyjątkowa. W praktyce jednak oznacza to brak eksperymentów, czyli powrót do tego, co znamy, i wykorzystanie niegdysiejszych przypływów świeżości i nadziei na głęboką zmianę do bieżącego podrasowywania politycznej oferty.

Retoryka armagedonu najwyraźniej jest potrzebna na użytek wyborców – aktywistów nie przekonuje jednak na tyle, żeby byli w stanie odłożyć na bok swoje ambicje. Trudno, żeby w takiej sytuacji u części wyborców nie budziły się wątpliwości, czy aby na pewno w przypadku porażki czekają nas jakaś nieodwracalne zmiany. To jednak nie jest największy problem z takim rozdwojeniem.

Nic dziwnego

Sytuacja, w której na zewnątrz głosimy nadzwyczajną sytuację, we własnym zaś gronie nic nie zmieniamy w swoich wzorcach zachowań, nie jest jednak zdrowa. Wymuszona uniformizacja przekazu na zewnątrz jest barierą w korygowaniu błędów i patologii wewnątrz poszczególnych obozów. Niegdysiejszy „jedyny sprawiedliwy” w PO, Jarosław Gowin, całkowicie się dziś spacyfikował – nie ma w jego wypowiedziach ani śladu napięcia z głównym nurtem PiS. Obrona Zbigniewa Ziobry – także w wykonaniu premiera czy wciągniętego w rywalizację wyborczą Krzysztofa Mazura – świadczy w zasadzie o jednym. Najwyraźniej tak ugrzęźli oni w tej swojej rzeczywistości, że nie zauważają, że traktowanie jak idiotów jako tako rozgarniętych wyborców im samym wystawia jak najgorsze świadectwo.

Także zmiana formalnego kandydata na premiera w Koalicji Obywatelskiej następuje w jakimś nadzwyczajnym trybie, wykluczając jakąkolwiek dyskusję. W efekcie wszyscy stają murem za kandydatką, o której przez minione cztery lata nikt nawet nie pomyślał jako o potencjalnym przywódcy. Chyba jednak nie dlatego, że nikt nie ma wątpliwości. Niby ta procedura – wyznaczamy przed wyborami bliżej nieznanego kandydata – jest już solidnie przećwiczona, lecz to przecież nie powinno oznaczać, że nie ma tym niczego dziwnego.

Najwyraźniej nadzwyczajne sprężenie się przed wyborami oznacza, że politycy poszczególnych sił nie muszą wymagać za wiele od swoich liderów, partii, kolegów i wreszcie sami od siebie. Może tak naprawdę wiedzą, że ten, kto utworzy po wyborach rząd, nie zmieni aż tyle, jak to ogłasza w trakcie hucznych konwencji. Że znów nikt nie pójdzie siedzieć, choćby nie wiadomo co wyczyniał. Że nikt nie jest tak skompromitowany, by nie dało się załatwić dla niego jakiegoś miejsca na listach – jak nie teraz, to za cztery lata. Jedno tylko nie jest oczywiste – czy konkluzja, że w polskiej polityce nie zmieni się aż tak wiele, jak obiecują czy straszą kluczowi aktorzy, to powód do płaczu, czy do śmiechu.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA