Pjongczang 2018

Cena organizacji igrzysk. Strach przed białymi słoniami

AFP
Wybitny dziennikarz Bohdan Tomaszewski w 1964 roku zanotował: „Wielu sławnych gości przyjmuje Innsbruck. Przyjechał nawet szach perski z małżonką Farah Dibą, całym dworem i bagażem ważącym 1200 kg. Rewia mody i snobizmu. Wielki świat przyjechał – i nie wiadomo czemu chce spotkać się ze światem sportu, by przemieszać się na dwa tygodnie”.

Dwanaście lat później w tym samym Innsbrucku zapisał: „Igrzyska są największym widowiskiem, a jednocześnie zaczynają przypominać międzynarodowe targi przemysłu sportowego” (cytaty pochodzą z książki „Dziesięć moich olimpiad”). Ciekawe co by powiedział dzisiaj, kiedy sprawy finansowe są tak samo ważne (a może ważniejsze?) jak rywalizacja sportowców? Sam Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOL) chwali się w swoich materiałach, że igrzyska są jedną z najbardziej efektywnych międzynarodowych platform marketingowych na świecie. O sponsorów martwić się nie musi: Coca-Cola (na igrzyskach od 1928 roku), Alibaba Group, Omega, Samsung, Toyota, Visa – to tylko niektórzy z tych najważniejszych. Do tego dochodzą miliardy dolarów za sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych.

 

Stadion do rozbiórki

Sponsorom olimpiada na pewno się opłaci. Czy również organizatorom – to już nie jest takie pewne. Bo igrzyska to bardzo realne i policzalne koszty dla państwa, które je organizuje. A co dostaje w zamian? Mglistą obietnicę promocji kraju i coraz bardziej wątpliwy prestiż. Co z tego mają zwyczajni mieszkańcy poza chwilą rozrywki, fakt, że na najwyższym sportowym poziomie? Pewnie dlatego, jeżeli ktoś pyta ich o zdanie to są przeciwko (dlatego lepiej nie pytać). Tak było między innymi w przypadku mieszkańców Krakowa, Budapesztu, Monachium. Igrzysk nie chcieli też bogaci Norwegowie. Wspomniany Innsbruck w 1976 roku zorganizował drugą olimpiadę w krótkim odstępie czasu, chociaż jej gospodarzem miało być amerykańskie Denver. Ale kiedy okazało się, że koszty imprezy będą wielokrotnie większe niż przewidywano, społeczeństwo stanu Kolorado powiedziało stanowcze „nie”, a planowana wycinka lasów w Górach Skalistych przelała czarę goryczy. Łatwiej policzyć, ile można stracić, niż zyskać.

Zyskuje na pewno MKOL, który akurat na brak pieniędzy nie narzeka. Juan Antonio Samaranch odchodził w niesławie, po ujawnieniu korupcyjnej afery z przyznaniem igrzysk Salt Lake City. Zgubił ideę olimpizmu, ale umiał liczyć, dobrze czuł się w otoczeniu możnych tego świata, aż sam stał się jednym z nich. Jego następcy, Jacques Rogge i obecny przewodniczący Thomas Bach, próbowali przywrócić organizacji dobre imię. MKOL nie ma wyjścia, jeżeli nie chce skończyć jak FIFA, która w pewnym momencie bardziej niż z piłką zaczęła się wielu kojarzyć z mafią i teraz mozolnie odbudowuje zrujnowany wizerunek. 

Koreańskie igrzyska wystartowały wczoraj, ceremonia otwarcia odbyła się na stadionie olimpijskim w Pjongczangu. Obiekt posłuży jeszcze jako arena zamknięcia igrzysk oraz otwarcia i zamknięcia paraolimpiady, która odbędzie się niedługo po igrzyskach właściwych. I to by było na tyle. Potem zostanie rozebrany, mimo że kosztował kilkadziesiąt milionów dolarów (a niektórzy twierdzą, że ponad 100). Ale lepsze to – wychodzą z założenia Koreańczycy – niż miałby pozostać „białym słoniem”. To określenie, którego używa się w odniesieniu do monumentalnych stadionów, które stoją puste i niszczeją po wielkich imprezach, jak igrzyska albo piłkarskie mistrzostwa świata. Jest ich długa lista. W Brasilii to na przykład Stadion Narodowy, który kosztował 900 milionów dolarów, a teraz stoi bezużyteczny i wywołuje wściekłość ludu. Dziennikarz Eric Zambon z „Jornal de Brasilia” opowiadał „Sports Illustrated”, że to wspaniałe miejsce, ale ludzie go nienawidzą i trudno się temu dziwić w kraju, w którym jest tyle problemów ze szpitalami czy szkołami. W Pjongczangu mieszka około 40 tysięcy ludzi, a żeby zapełnić stadion olimpijski potrzeba 35 tysięcy. Dlatego właśnie, po czterokrotnym wykorzystaniu, ma zostać rozebrany. Zamiast okazałego stadionu gospodarze planują tam urządzić muzeum olimpijskie.

Montreal zbankrutował

Szacuje się, że igrzyska będą kosztowały Koreańczyków 13 miliardów dolarów, dwa razy więcej niż zakładano na początku. Cztery lata temu Soczi zapłaciło prawie 22 miliardy, ale Władimir Putin zapewne mniej dbał budżet, a bardziej o propagandę. Wcześniejsze igrzyska zimowe były znacznie tańsze. Z danych „Forbesa” wynika, że Vancouver 2010 to koszt 2,5 miliarda dolarów, Turyn 2006 - 4,3 miliarda, Salt Lake City 2002 – 2,5 miliarda. W porównaniu z igrzyskami letnimi to małe pieniądze. Grecy (Ateny 2004) i Brazylijczycy (Rio de Janeiro 2016) nadal odczuwają skutki kryzysu ekonomicznego, oczywiście nie tylko z powodu igrzysk, ale droga zabawka zapewne się do tego przyczyniła. Montreal tak podjął sportowców i widzów w 1976 r., że nieomal zbankrutował i spłacał długi przez następne 30 lat. Stadion olimpijski, zwany „The Big O” został prześmiewczo przemianowany na „The Big Owe” (wielki dług). Był już wielokrotnie remontowany, co roku generuje olbrzymie koszty, ale jego zburzenie – co też rozważano – byłoby jeszcze droższe. Igrzyska to uczta dla kibiców, ale nie dla księgowych. Wyjątkowe były igrzyska w Los Angeles w 1984 roku, które przyniosły 225 milionów nadwyżki. 

Za tym finansowym sukcesem stał przede wszystkim przewodniczący komitetu organizacyjnego tamtej olimpiady Peter Ueberroth. Warto przypomnieć, że szefował on też w późniejszych latach Major League Baseball, czyli lidze baseballowej w USA. Nikt w Stanach igrzysk wtedy nie pragnął, bo też nie miały dobrej passy: 1968 – masakra studentów, 1972 – tragedia izraelskich sportowców, 1976 – finansowa katastrofa Montrealu, 1980 – bojkot Moskwy przez Amerykanów. Rząd amerykański nie zamierzał się dokładać. – Podjęliśmy największe ryzyko w historii igrzysk – stwierdzała po latach w rozmowie z „Los Angeles Times” Anita DeFrantz, wiceprezydent komitetu organizacyjnego tamtych igrzysk. Zaryzykowali i wygrali. Telewizja ABC wydała fortunę na prawa do transmisji, nie zawiodła Coca-Cola, dołożył się McDonald’s. Ueberroth zdobył prestiżowy tytuł „Człowieka roku” magazynu „Time”.

Igrzyska i Kościół

Koreańczycy byli gotowi na długo przed igrzyskami. Powtórki z Grecji czy Brazylii, gdzie zastanawiano się z niepokojem: zdążą czy nie zdążą, tu być nie mogło. Pjongczang ubiegało się o prawo organizacji po raz trzeci z rzędu, poprzednio przegrywało nieznacznie. Za trzecim razem nie dali rywalom szans. To drugie igrzyska w Korei, po Seulu w 1988 roku. Zawody będą rozgrywane na 13 arenach. Alpensia Ski Resort, z głównymi arenami igrzysk, kosztowała 1,5 miliarda dolarów. Od bądą się tam zawody w skokach narciarskich, biatlonie, biegach narciarskich i saneczkarstwie. Hokeiści będą rywalizować w nowiutkiej hali w mieście Gangneung, oddalonym od Pjongczangu o 30 kilometrów. Obok powstały jeszcze dwie mniejsze hale (dla łyżwiarzy). Wioska olimpijska w Pjongczangu ugości prawie 4 tysiące sportowców i oficjeli. Druga wioska znajduje się w Gangneungu. 

Konkurencje narciarstwa alpejskiego będą rozgrywane w Yongpyong Ski Resort, imponującym ośrodku narciarskim, z którym związana jest może najciekawsza historia igrzysk, biznesowo-religijna. Największym udziałowcem ośrodka jest grupa Tongil, powiązana z Kościołem Zjednoczeniowym, ruchem religijnym (albo sektą – jak mówią niektórzy) założonym przez Sun Myung Moona. Kiedy miał lat 15 ukazał mu się Chrystus i polecił dokończyć misję zbawienia ludzkości. Uwięziony przez komunistyczne władze, prześladowany, uciekł na Południe i założył Kościół. Zasłynął tym, że błogosławił tysiącom par małżeńskich zgromadzonych na przykład na stadionie w Seulu. Oczywiście przy okazji zbierał składki od wiernych. Tak skutecznie, że stworzył biznesowe imperium. W 1963 roku powstała grupa Tongil, która zajmowała się działalnością w różnych branżach – między innymi produkcją samochodów i pistoletów. Potem skupiła się głównie na rozrywce, między innymi hotelach i polach golfowych. W latach 70-tych Moon przeprowadził się do Stanów, gdzie zainwestował w prasę, założył gazetę „Washinghton Times”, a w 2000 r. przejął UPI, agencję prasową, którą niegdyś zakładał prasowy magnat William Randolph Hearst. Powoływał się na znajomość z Bushami, dogadywał z władcami obu Korei i ogłosił się mesjaszem. Zmarł w 2012 roku. Japońscy dziennikarze zastanawiali się po wyborze miasta gospodarza, czy Kościół Zjednoczeniowy nie będzie największym beneficjentem koreańskich igrzysk.

Autor jest dziennikarzem „Kroniki Beskidzkiej”.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL