fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jan Majchrowski: do dekomunizacji nie zawsze potrzebna ustawa

Fotorzepa, Robert Gardziński
Do dokonania dekomunizacji nie zawsze potrzeba ustawy wymuszającej zmianę komunistycznej symboliki nazewnictwa.

Język jest forpocztą idei. To, jakiego terminu używamy, by określić zjawiska, nie tylko mówi o naszym stosunku do niego, ale i kształtuje świadomość innych. Nieprzypadkowo zatem, często instrumentalnie i na siłę, wprowadza się do obiegu terminy nowe, by wyprzeć używane uprzednio, a mające już ustaloną konotację, dobrą lub złą. Dlatego język staje się ważnym orężem walki politycznej, ideologicznej i kulturowej. Czytający nie zawsze zdają sobie z tego sprawę; piszący – powinni.

Czytaj także:

Sowiecki czy radziecki

Przykład: W II RP nasz wschodni sąsiad był określany mianem „Związek Sowiecki" lub po prostu „Sowiety", jak choćby w rozkazie naczelnego wodza z 17 września 1939 r. („Sowiety wkroczyły..."). Po tym wkroczeniu, po czasie wywózek, łagrów i Katynia, w świadomości (i podświadomości) miażdżącej większości Polaków „sowiecki" oznaczał już tylko to, co najgorsze. Przyszła jednak do nas sowiecka władza przebrana w polski mundur i nakłaniała do wdzięczności za „wyzwolenie" i do przyjaźni z... No, właśnie. Z „Sowietami" trudno byłoby się przyjaźnić. Wymyślono więc prosty manewr językowy tłumacząc rosyjskie słowo „sowiet", czyli „rada". Tak powstał Związek Socjalistycznych Republik Rad, czyli Związek Radziecki, który już nie miał być obarczony balastem skojarzeń z przeszłości. Termin „Sowieci" został zarzucony, a następnie de facto zakazany. Znamienne, że w III RP, określenie „Związek Sowiecki", bardzo opornie wracało do publikacji, a na początku lat 90. było jeszcze wykreślane przez te redaktorki, których świadomość ukształtowała się w czasach funkcjonowania Związku Radzieckiego i urzędu z ul. Mysiej.

Z tamtych czasów pozostał nam „Kaliningrad", nazwany tak na cześć tow. Kalinina, który – jak wynika z ujawnionych dokumentów – głosował za wymordowaniem polskich oficerów w Katyniu i innych miejscach kaźni. Utrzymując tę nazwę miasta i obwodu, Rosjanie czczą go do dziś. Ich kraj – ich sprawa. Musi jednak zastanawiać, jeśli nie szokować, bezrefleksyjne używanie tej nazwy we współczesnej Polsce. To miasto, należące zresztą kiedyś do Rzeczypospolitej, nazywa się po polsku Królewiec. Nazwy tej zaprzestano u nas używać zaraz po wojnie, po zmianie wprowadzonej u Sowietów. Nie chodzi tu o jakiekolwiek pretensje terytorialne. Jeździmy przecież do Rzymu, a nie do Roma; do Paryża, a nie do Paris; do Kolonii, nie do Köln itd. Jeździmy także do Lwowa, a nie do Lviv, choć tak absurdalna, „politycznie poprawna" transkrypcja funkcjonuje na drogowskazach na polskich drogach po naszej stronie granicy. Ten drogowskaz nikogo dobrze nie informuje: dla Polaków jest Lwów, dla Ukraińców – Lviv.

Do dokonania dekomunizacji nie zawsze potrzebna jest ustawa wymuszająca zmianę komunistycznej symboliki i nazewnictwa (np. ulic), którą niedawno z oporami przeprowadzono w Polsce, choć z charakterystycznym wyjątkiem stolicy. Za sprawą skutecznego działania jej władz, wspartego wyrokiem sądu, tow. Duracz (prawnik i agent NKWD), którego nazwisko nosi jedna z warszawskich ulic, nadal może patronować powojennemu zaciągowi komunistycznych sędziów z krótkich kursów sędziowskich jego imienia, którzy w okresie PRL nadali ton naszemu sądownictwu. W przypadku Kaliningradu vel Królewca niepotrzebna jest specjalna ustawa. Wystarczy zacząć po prostu myśleć, a następnie pisać i mówić po polsku, od publicznej polskiej telewizji poczynając, bo to na niej spoczywa ustawowy obowiązek spełniania określonej misji społecznej. Na przeszkodzie nie stanie też Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami RP, dzięki której „standard" w postaci Kaliningradu trwa nadal, bo dopuszcza ona także stosowanie polskiej nazwy „Królewiec".

Podobnie ma się rzecz z Powstaniem Warszawskim i innymi polskimi powstaniami. Autor musi się na ogół wykłócać w wydawnictwie o pozostawienie tu wielkich liter. Redaktorka tłumaczy się słownikiem języka polskiego, który dla większości redaktorów jest odpowiednikiem Pisma Świętego. Słownik nakazuje, by nasze powstania potraktować małą literą, pozostawiając wszakże furtkę w postaci możliwości zamanifestowania swojego szacunku poprzez użycie przez autora wielkiej litery. To właśnie autor może sobie sam wywalczyć. Jakiś czas temu, ten sam słownik nakazywał pisanie rewolucji z wielkiej litery. Konkretnie tylko dwóch: „Wielkiej Rewolucji Francuskiej" i – zgodnie z marksistowskim nauczaniem jej następnego etapu i dopełnienia – „Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej". Wielkie były tu nie tylko litery, ale nawet i nazwa, żeby nikomu nie przyszło do głowy napisać inaczej. Neutralni ideologicznie i politycznie językoznawcy wypowiedzieli się. Można było podsumować: „Roma locuta, causa finita". Tyle że w tym przypadku przemówił raczej „Trzeci Rzym", a nie ten pierwszy...

Marszałkini i ministra

W ostatnich latach pojawiły się nam „doktorki", „prezeski", „ministry" (ta „ministra") i „marszałkinie" lansowane przez feministyczne „profesorki" skłonne dla każdej funkcji obowiązkowo poszukiwać żeńskiego odpowiednika, nawet jeśli brzmiałby on ośmieszająco i nonsensownie. Także znajomy „ten nasz koleżka" z wierszyka Tuwima staje się coraz częściej „czarnoskórym", miast po prostu „Murzynem", który to termin w Polsce nigdy nie był obciążony balastem rasizmu powstałego na bazie nieznanego u nas niewolnictwa i kolonializmu. Nie ma więc powodu przyjmowania poprawnej politycznie kalki z tych krajów, gdzie przemiana pogardzanego „Murzyna" w „czarnoskórego" albo „Afroamerykanina" miała oznaczać zmianę jakościową. Cóż, kiedy bywa, że polski redaktor otrzymuje w tej mierze jednoznaczne polecenie od zagranicznego właściciela tytułu, którego tubylcze (w tym wypadku polskie) niuanse językowo-kulturowe niewiele obchodzą, tak jak i jego przodków nie obchodzili tubylcy, bez względu na to, czy zwali ich Murzynami czy czarnymi. Zanika także neutralny „homoseksualista", wypierany przez obdarzonego nutą afirmacji „geja", który i tak rozpływa się w nowotworze językowym pod nazwą „LGBT", a nawet jeszcze szerszym znaczeniowo „LGBT+", przy czym o zawartość tego plusa lepiej się nie dopytywać.

Przykłady można mnożyć, jako że niejednokrotnie nowotwory językowe powstają na konkretne zamówienie. Tak stało się choćby z „dublerami" z Trybunału Konstytucyjnego, których następnie usiłowano implementować także do dwóch nowych izb Sądu Najwyższego – nie zważając, że nowi sędziowie zupełnie nikogo nie dublowali. Rzecz była nawet przedmiotem czegoś w rodzaju oficjalnego dementi rzecznika Sądu Najwyższego. Nie wpłynęło to na akcję doklejania odpowiedniej „łaty" nowym sędziom, choćby w Wikipedii, w ramach szerszej zorganizowanej wobec nich akcji „hejtu" – czyli mówiąc po polsku: nienawiści. Zaginęła natomiast „falandyzacja prawa", która wzięła swe nazwanie od prezydenckiego profesora prawnika i ministra, Lecha Falandysza. Szkoda, bo wielu mogłoby z powodzeniem używać tego terminu w dzisiejszych sporach prawno-politycznych. Szkopuł w tym, że Lech Falandysz był ministrem u prezydenta Lecha Wałęsy, Lechowi Wałęsie więc trudno byłoby dziś walczyć o praworządność przeciwko falandyzacji... Język jest forpocztą idei, a czasami także doraźnych interesów.

Autor jest profesorem Wydziału Prawa i Administracji UW, sędzią Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA