fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Najgorsza linia lotnicza świata?

Pexels
Narodowy przewoźnik Nowej Zelandii świetnie pasowałby do komunistycznych czasów, z ich lekceważącym stosunkiem do ludzi, mnożeniem utrudnień i mało czytelnymi regułami.

Podróż z Polski na Polinezję Francuską to długie i skomplikowane przedsięwzięcie logistyczne. Kto nie musi liczyć się z kosztami, nie zwraca uwagi na takie detale jak linie lotnicze, którymi podróżuje. Chce dotrzeć wygodnie i szybko i za to płaci bardzo słono. Reszta musi szukać tańszych alternatyw.

Jedną z nich jest podróż przez Dohę i Auckland do Papeete, stolicy Tahiti. Ostatni odcinek tego relatywnie niedrogiego połączenia obsługuje Air New Zealand. A to pech, mogę powiedzieć, bowiem z tą linią zetknęłam się już niestety nie raz. Operując w najbardziej osamotnionym regionie świata, gdzie przez dziesieciolecia nie wykształciła się prawdziwa konkurencja, nowozelandzki narodowy przewoźnik miał monopol na szybkie dostawy ludzi i towarów na oblewane zimnymi wodami Morza Tasmana wyspy. Nie musiał robić nic, by mieć pełne samoloty.

Dziś konkurencja wprawdzie już do Nowej Zelandii dotarła, ale i tak nie jest to to, co odczuwamy na zatłoczonym niebie Europy. Air New Zealand niewiele więc zmienił w swoim podejściu do biznesu, może poza instrukcjami bezpieczeństwa, którymi wszystkie linie zanudzają podróżnych.

Tutaj Nowozelandczycy są bardzo kreatywni. Przemalowali swoje maszyny na czarno, odbili na kadłubach liść paproci drzewiastej - narodowy symbol kraju, a do instrukcji bezpieczeństwa zatrudnili bożyszcza narodowego sportu - rugbistów z drużyny The Blacks. Dobrze się to ogląda i dłużej pamięta.

Gorzej z innymi elementami obsługi pasażerów. Kupując bilet na tak długą trasę jak Warszawa-Papeete, każda linia oferuje internetowy wybór miejsca czy rodzaju posiłku (największy wybór narodowych kuchni jest chyba w Air Qatar). I oczywiście możliwość odprawy internetowej.

W liniach nowozelandzkich odprawić się przez internet nie mogłam. Dlaczego? Bowiem przewoźnik ten ustalił sobie, że taka odprawa nie przysługuje w wypadku podróży między wieloma miastami (multi-cities ticket). Jaka jest tego logika? Żadna, ale pasażer i tak już wykończony ponad 20-godzinną podróżą, musi się pokornie podporządkować.

Co to oznacza? Że odprawi się na lotnisku, ale bynajmniej nie w tradycyjny sposób - przy kontuarze.

Lotnisko w Auckland kontuarów już praktycznie nie posiada, wszyscy muszą stać w długich kolejkach do maszyn czekinowych. Oczywiście maszyna też nie chciała mi wydać karty pokładowej więc pozostał jedyny kontuar z panienkami, które robiły to jak za dawnych lat.

Nie byłam przy nim jedyna więc trudno zrozumieć, po co przewoźnik tak utrudnia życie tym, którzy go utrzymują. Kolejna nieprzyjemna niespodzianka może czekać przy oddawaniu bagażu. Trzeba go nadać samemu w specjalnych maszynach bagażowych.

O ile większość linii na tak długich trasach (powyżej 5 godzin w powietrzu) dopuszcza bagaż do 30 kg, to linie nowozelandzkie jedynie do 23 kg. Do tego na bilecie nie umieszczają informacji o kilogramach, ale jedynie, iż można zabrać jedną walizkę. O jakiej wadze, to miejscowi wiedzą, reszta nie musi. Maszyna zważy bagaż i jeżeli przekroczy wagę o 1 kg+ to na taśmie dalej nie pojedzie, chyba że zapłacimy 170 dol. NZ ekstra (423 zł), lub pozbędziemy się części zawartości, jeżeli mamy gdzie ją upchnąć.

Po zakończeniu samoobsługi lotniskowej można już czekać na załadunek do maszyny. Wcześniej próbowałam ustalić, dlaczego na bilecie nie uwzględniono posiłku choć lot to blisko 6 godzin. Linie odpowiedziały, że mogę sobie jedzenie kupić na pokładzie lub wnieść swoje.

Tak postępuję tzw. tanie linie, ale Air New Zealand tanią linią nie są. Odwrotnie - są linią drogą. Nawet za wybór miejsca każą sobie dodatkowo płacić. A pomimo to nie karmią? I tutaj dobra wiadomość - jednak karmią i to całkiem przyzwoicie. Oferują też nowoczesny system pokładowych rozrywek i przyjazny personel.

Jednak by się o tym przekonać, trzeba pokonać biurokratyczne bariery, głupie przepisy, nieprzyjemne niespodzianki i być na lotnisku dużo wcześniej aniżeli się przyzwyczaiło. Masowe użycie maszyn wcale bowiem obsługi nie przyśpiesza i gdyby nie rzesza nowozelandzkich emerytów robiących za lotniskowych wolontariuszy - pomagierów, to kolejki nie posuwałyby się do przodu.

Nic więc dziwnego, że narodowy przewoźnik kraju ptaka kiwi przegrywa nie tylko w starciu z potęgą tego regionu - australijskim Qantasem, ale i wieloma mniejszymi liniami. Qantas jest według mojej prywatnej skali na drugim biegunie - to najlepsza linia świata, dbająca o każdego swojego klienta od zakupu biletu po wyjście z samolotu.

Przykład - wracając rok temu z Nowej Kaledonii miałam w Sydney 6 h czekania. Qantas kilka miesięcy wcześniej sam przysłał zapytanie czy zarezerwować mi miejsce w saloniku wypoczynkowym na lotnisku. Oczywiście to biznes, bo salonik kosztuje, ale też pokazanie, że na pasażerach i ich wygodzie liniom zależy. Zresztą salonik okazał się świetnym miejscem (12 rodzajów lodów!), warto było wydać równowartość 150 zł.

Linie nowozelandzkie takich pytań nie wysyłają. Przy powrocie mam przerwę 7-godzinną w Auckland, ale alternatyw wypoczynku w tym czasie nikt nie proponuje. Jak widać nie tylko Polacy nie potrafią czerpać dobrych wzorców od sąsiadów. Na odległych Antypodach też to ma miejsce. Niewielka to jednak pociecha.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA