fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

In vitro ante portas

www.sxc.hu
Chwalić Boga, ale procedury medycznie wspomaganej prokreacji nie były, nie są i chyba nie będą mi potrzebne do przysporzenia potomstwa. Tym niemniej jako prawnikowi wypada mi przynajmniej rzucić okiem na te procedury, jako że rząd ustawę na Wiejskiej "przepchnął" - uważa adwokat Jacek Kędzierski.

Jeden rzut oka na tekst ustawy regulującej procedury prokreacji medycznie wspomaganej i już pojawiają się uwagi. Cieszy to, że ustawa uznaje termin "prokreacja" - bardziej ludzki od zoologicznej, preferowanej przez anglosasów "reprodukcji" /Assisted Reproductive Technology (ART). Wątpliwości budzi tytuł ustawy, obwieszczający jakoby regulowała ona "leczenie niepłodności". Tymczasem ma to być ustawa a "procedurach medycznie wspomaganej prokreacji i warunkach ich stosowania". Stosowanie owych z leczeniem niepłodności nie ma bowiem wiele wspólnego. Jest raczej jej "obejściem", tak jak dializa nie leczy nerek, a tylko "pomija" i "nadrabia" ich niesprawność.

Niepłodności nie postrzegam jako choroby ale jako kalectwo. Każdy prawnik wie, że umyślne pozbawienie osoby zdolności płodzenia, czyli spowodowanie niepłodności, wyczerpuje znamiona przestępstwa ciężkiego uszkodzenia ciała, na równi z pozbawieniem człowieka wzroku, słuchu lub mowy czy też spowodowaniem innego kalectwa. A zatem, aplikowanie którejkolwiek z procedur medycznie wspomaganej prokreacji nie leczy, ale pozwala "ominąć" kalectwo uniemożliwiające prokreację. Po jej zastosowaniu i doprowadzeniu ciąży do szczęśliwego zakończenia, sytuacja wraca do punktu wyjścia, który zmusił do poddania się procedurze.

Jak długo stosowanie procedur prokreacji medycznie wspomaganej służy pomocy kalekom pozbawionym zdolności płodzenia, nie mam do niego najmniejszych zastrzeżeń. Te pojawiają się z innych powodów i znajduję je w projekcie ustawy. Obawy moje sprowadzają się do mogącej w przyszłości nastąpić wojny "in vitro contra in vivo". Mam tu na myśli mogące pojawić się w przyszłości takie podejście do spraw seksualno-prokreacyjnych, które na skalę masową upowszechni umyślne poddawanie się zabiegom okaleczającym narządy płciowe w ramach stosowania antykoncepcji, by faire l'amour było wyłącznie dla przyjemności i bez lęku o ciążę. Seks zostałby oddzielony od prokreacji, a tę "załatwiałoby" korzystanie z medycznego wspomagania. Początkowo byłoby to jedynie "prawo do seksualnego okaleczenia" ale w dalszej perspektywie pojawia się orwelowski model prokreacji z "1984". Kto czytał, ten wie, że w tamtej wizji świata uprawiający seks małżonkowie nie mogli nawet pomyśleć o prokreacji i vice wersa... Czynności prokreacyjne nie mogły być powiązane z seksem. Partnerka głównego bohatera została poddana sztucznej inseminacji, a nasienie nie pochodziło od niego... Przewidziane w ustawie "banki", plemników, jajeczek i zarodków niestety rodzą moje obawy...

Ja wiem, że jest lansowany mediach model mężczyzny, który pozbył się swoich narządów produkujących nasienie, być może po pozyskaniu pewnej jego ilości i oddaniu na przechowanie. Ja wiem, że męscy osobnicy pewnego narodu przed udaniem się na wojnę odwiedzają "banki nasienia", by zachować możliwości prokreacyjne także po ewentualnej śmierci... To wszystko napawa mnie obawami, w których utwierdza mnie ustawa, że ktoś, jakiś szaleniec może w przyszłości chcieć to rozpowszechnić, że to może być i w Polsce kiedyś zrealizowane.

Obawy o rozpowszechnienie antykoncepcji inwazyjnej podziela także Kościół Katolicki, który by temu zapobiec jeszcze mocniej podkreśla obowiązywanie i wiązanie katolików doktryną człowieczeństwa od momentu poczęcia /koncepcjonizm/. Osobiście bardziej skłaniam się ku koncepcji św. Tomasza z Akwinu, która sugeruje powstanie człowieka, a raczej stworzenie duszy w istniejącym ciele kilkadziesiąt dni od momentu poczęcia. Przy aktualnej wiedzy medycznej moment ten następowałby nieco wcześniej i może on pokrywać się z chwilą zagnieżdżenia się zarodka w macicy. Jeden z filozofów z początków średniowiecza twierdził, że Bóg stwarza duszę w ciele do tego nadającym się. Zarodek, zwłaszcza ten uzyskany in vitro takim ciałem raczej jeszcze nie jest.

In vitro jest wg Kościoła zakazane, jako że pociąga konieczność niszczenia nadprogramowych zarodków, które już są człowiekiem. Ustawa pozwala na tworzenie sześciu zarodków, z których, jak przypuszczam, średnio cztery w przyszłości okażą się zbędne. Co z nimi? Projektodawcy zakazują ich niszczenia pod groźbą kary i nakazują ich przechowywanie, a w razie nie wykorzystania przez dawców przekazanie innym "biorcom", co może nigdy nie nastąpić.

Jeżeli już godzić się na medyczne wspomaganie, to przy bezpośrednim użyciu komórek rozrodczych lub zarodków, tj, gdy są przekazywane i stosowane u ludzi bez przechowywania w banku komórek rozrodczych i zarodków.

Co dziwne, nasienie, komórki jajowe lub zarodki będą mogły być exportowane do dowolnego kraju unijnego, a zezwolenia wymagałby eksport polskiego materiału rozrodczego do kraju pozaunijnego. Osobiście mnie to dziwi, gdyż w tym kontekście nie dostrzegam różnicy pomiędzy np. Niemcami a Rosją albo Francją czy Kanadą... Pod tym i pod wieloma innymi względami projekt ustawy jest bardziej unijny niż polski.

Jacek Kędzierski, adwokat z Łodzi

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA