fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Nowa historia nowego narodu

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Ekspresowe skasowanie przepisów, które miały umożliwiać polskim prokuratorom ściganie osób przypisujących Polakom odpowiedzialność za niemieckie zbrodnie w czasie II wojny światowej, to coś więcej niż wydarzenie dotyczące dyplomacji, geopolityki czy kluczowych dla bezpieczeństwa Polski sojuszy.

To również niezwykle ważne wydarzenie, uczące nas zasad narracji czy może lepiej powiedzieć: języka, jakim uprawia się politykę historyczną czy politykę pamięci.

Kilka miesięcy temu prof. Marek Cichocki zwracał uwagę na to, że argumenty Polski nie zostały zrozumiane na Zachodzie, bo ten jest już w zupełnie innej fazie myślenia o przeszłości. Tam wszak dominuje myślenie posthistoryczne, patrzenie na przeszłość jako na coś, co jest pewnym balastem, który trzeba przezwyciężyć. Zresztą patrząc na historię wielu wpływowych krajów Europy Zachodniej, można to zrozumieć. Niemcy do swej historii powinni podchodzić szczególnie ostrożnie, pamiętając piekło, do jakiego doprowadził nazizm. Ale wiele krajów nie uporało się choćby ze swoją kolonialną przeszłością. W USA zaś niezwykle modne są filmy rozliczające segregację rasową. Nie, wcale nie chodzi o to, że to inni powinni przepraszać za historię, a Polacy nie mają się czego wstydzić. Zupełnie nie. Problemem jest to, że ustawa o IPN była przykładem XIX-wiecznego patrzenia na historię, traktowania jej jako pewnej rzeczywistości, która jest punktem pozytywnego odniesienia. W myśl takiej narracji uczenie historii ma być narzędziem budowania dumy narodowej.

Na dodatek PiS w budowaniu narodowej dumy popadł w zupełną sprzeczność. I to podwójną. Utwierdzał Polaków w przekonaniu, że są narodem ofiar XX w., i na tej podstawie chciał zbudować narodową dumę. Pytanie jednak, czy rzeczywiście ludzie chcą być dumni z tego powodu, że ich dziadowie byli ofiarami? Drugim problemem jest podejście do historii najnowszej. Jeśli – jak na serio starają się przekonywać niektórzy politycy PiS – postkomunizm skończył się w Polsce dopiero przed kilkoma miesiącami, to z czego mamy być tak naprawdę dumni? Z III RP, którą rządzący uważają za całe pasmo klęsk? Z transformacji, która w myśl rządowej narracji została Polakom de facto ukradziona? Skoro wszystko to było takie straszne i złe, to właściwie nie mamy być z czego dumni.

Historia dziś to wielkie narracje, wielkie opowieści, w które wierzą narody. PiS nie tylko się przekonał, że nie zmieni pamięci za pomocą kodeksu karnego i gróźb więzienia skierowanych do osób, które prezentują narrację, z jaką się nie zgadza. Dziś politykę pamięci uprawia się za pomocą innych słów. Kodeks karny nie tworzy narracji, choć może w którymś momencie ją wzmacniać. Ale na pewno nie może zastąpić jej budowy.

Powie ktoś, że gloryfikuję postmodernizm, według którego nie liczą się fakty, lecz narracje. Nic bardziej mylnego. Jest dokładnie na odwrót. Wycofanie się z części przepisów karnych ustawy o IPN to w pewnym sensie tryumf realizmu nad historycznymi fantazjami. Paradoksalnie to PiS postępował na sposób ponowoczesny, wierząc w to, że jest w stanie wykreować zupełnie na nowo jakąś wizję historii i narzucić ją za pomocą surowych kar. Owszem, w sprawie słów o „polskich obozach śmierci" PiS ma rację. Sęk w tym, że to tylko element szerszej polityki historycznej, która polega na redefinicji naszej pamięci. Wizja „polskości", jak ją przedstawia obóz dobrej zmiany, to wizja wspólnoty na wskroś wymyślonej od nowa. Tu nie chodzi o powrót do jakichś źródeł, o odtworzenie jakiegoś obrazu. Nie, to próba napisania na nowo historii narodu, który trzeba dopiero zbudować na nowo.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA