fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Leon Podkaminer: Nie mamy szans na dognanie Niemiec

Adobe Stock
W dłuższej perspektywie wzrost gospodarczy Polski nie rysuje się pomyślnie. Za niskie są inwestycje w maszyny i urządzenia produkcyjne.

Powszechne jest oczekiwanie, że w dłuższej perspektywie Polska (i inne „nowe" kraje członkowskie UE) dogonią, albo nawet przegonią, Europę Zachodnią pod względem poziomu rozwoju gospodarczego (i dobrobytu). Oczekiwanie to bywa uzasadniane doświadczeniem ostatnich 20 lat, które pozwoliło zmniejszyć dystans dzielący Polskę od Zachodu pod względem PKB per capita. Wedle danych OECD (z 2017 r.) PKB na jednego mieszkańca Polski osiągnął 56,3 proc. poziomu Niemiec. W 2005 r. wskaźnik ten nie sięgał nawet 45 proc.

Jeszcze lepiej prezentują się dane o spożyciu indywidualnym (ogółem) – to 64 proc. W spożyciu mięsa i jego przetworów Polak już w 2017 r. „bił Niemca" o ponad 10 proc.!

Do pewnego stopnia sukces zmniejszania dystansu z ostatnich dwóch dekad zawdzięczamy nie tylko uwolnieniu rezerw wydajności i wzrostu uśpionych w latach „gospodarki planowej". Istotne było też to, że te dwie dekady były dla Europy Zachodniej (i Niemiec) czasem stagnacji i okresowo recesji wywołanej błędną orientacją polityki unijnej, w tym wprowadzeniem wspólnej waluty. Strefa euro, przytłoczona bezrobociem, dreptała w miejscu i nie wykorzystywała całego swojego potencjału produkcyjnego.

Dysproporcja inwestycji

Pod jednym względem pościg za Europą Zachodnią, a zwłaszcza Niemcami, nie przedstawia się mimo wszystko korzystnie. W przeliczeniu na mieszkańca wolumen inwestycji brutto w środki trwałe w Polsce jest niski: w 2017 r. sięgał on 41,6 proc. poziomu Niemiec. Dysproporcja w zakresie inwestycji w maszyny i urządzenia produkcyjne jest jeszcze większa – wskaźnik ten sięga ledwie 40,6 proc. poziomu niemieckiego. Co to oznacza? Otóż jeśli na 1000 obywateli Polski instaluje się, np. dziesięć robotów przemysłowych, to na 1000 obywateli Niemiec w tym samym czasie – 25.

Dysproporcja w zakresie inwestycji w maszyny i urządzenia produkcyjne utrzymuje się już od dawna. Należy też zwrócić uwagę na to, że pod tym względem Polska wyraźnie ustępuje partnerom z Grupy Wyszehradzkiej: Węgrom (56 proc. poziomu Niemiec), Słowacji (65 proc.) i Czechom (76 proc.), nie mówiąc już o Szwecji (130 proc.), USA (136 proc.) czy Szwajcarii (blisko 200 proc.).

Dysproporcja w poziomie bieżących inwestycji przekłada się na rosną dysproporcję w poziomie wyposażenia gospodarek w środki produkcji, w kapitał produkcyjny. Jest oczywiste, że gospodarka lepiej „skapitalizowana" jest zdolna do generowania wyższej produkcji niż gospodarka „skapitalizowana" mniej.

Rzecz prosta, nie oznacza to jeszcze, że ta druga zawsze będzie ustępować tej pierwszej. Istotne są też „warunki ekonomiczne": stan popytu, opłacalność produkcji, a także zasoby siły roboczej, dostępność importowanych surowców itp. W ostateczności jednak, gdy wszystkie dodatkowe warunki w równym stopniu dotykają gospodarek różniących się poziomem wyposażenia w kapitał produkcyjny, to ten ostatni będzie decydować o poziomie produkcji, a wiec i o zamożności społeczeństw.

Ten nieprzyjemny fakt oznacza, że w dłuższej perspektywie Polska nie ma realnych szans „dogonić" Niemiec, jakkolwiek może liczyć na sukces w konkurencji z Grecją i Portugalią. Co więcej, nie można wykluczyć utraty dystansu wobec innych krajów Grupy Wyszehradzkiej.

to za mało

Czy relatywne rzeczowe niedokapitalizowanie gospodarki Polski mogłoby być kompensowane przez nadzwyczajne umiejętności pracowników? Tu można mieć wątpliwości. Stan szkolnictwa wyższego i nauki (priorytet dla biblistyki!) nie uzasadnia wielkiego optymizmu. Pod względem nakładów na badania i rozwój Polska wlecze się w ogonie krajów UE.

Czy masywne inwestycje infrastrukturalne współfinansowane przez UE mogą pomóc? Oczywiście są zawsze mile widziane. Doświadczenie wskazuje jednak, że nie przyczyniają się do wzrostu inwestycji w kapitał produkcyjny. W latach 2004–2020, czyli od początku obecności Polski w UE, gros płatności netto trafiających do kraju można zakwalifikować jako mające przeznaczenie inwestycyjne.

Szacuję, że takie przeznaczenie mogło mieć ok. 111 mld euro z ogólnej sumy ok. 133 mld euro. Jednak w latach 2004–2019 udział inwestycji w PKB był niski – 19,8 proc. Jest to mniej niż w latach przygotowań do przystąpienia do UE 1998–2003, gdy udział ten wynosił 21,5 proc. Nawet „za Jaruzelskiego" w skrajnie kryzysowych latach 80. udział ten był wyższy (20,9 proc.).

Owszem, od 2004 r. obserwujemy wzrost udziału inwestycji sektora publicznego (średnio do 4,4 proc. PKB z 3 proc. w 1998–2003). Jednocześnie jednak obniżył się udział inwestycji sektora prywatnego, odpowiednio z 18,5 proc. do 15,4 proc. Nie bagatelizuję korzyści wynikających z upiększania centrów miast wodotryskami, okalania dróg płotami dźwiękochłonnymi i innych inwestycji publicznych tego rodzaju. Jednak w ostatecznym rachunku o przyszłości gospodarczej kraju zadecyduje kapitał produkcyjny, zwłaszcza inwestowany przez sektor prywatny.

Smutna prawda jest taka, że transfery z UE niczego tu nie poprawiły – nowego kapitału prywatnego jest po prostu bardzo mało.

Autor jest emerytowanym pracownikiem Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA