fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Każdy ma prawo do sądu, ale nie do kredytu - o pozwach frankowiczów

123RF
Bank to nie szpital. Nie istnieje gwarantowane prawo do pożyczki, które przysługuje każdemu. Zanim więc klient napisze pozew, powinien zacząć od rozmów z bankiem, a nie z prawnikiem – zauważa ekspert.

Wbrew pojawiającym się w ostatnim czasie opiniom, nikt nikomu nie chce odmawiać lub zniechęcać do korzystania z prawa do sądu. Każdy kredytobiorca ma gwarantowane konstytucją prawo do rozpatrzenia sprawy przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd. Takie samo prawo do sądu, przysługuje jednak również bankom.

BANK TO NIE SZPITAL

Obserwując debatę dotyczącą problemu kredytów frankowych, zaczynam mieć pewne wątpliwości, czy banki nie zaczęły być traktowane przez niektórych jak szpitale, w których każdy potrzebujący ma gwarantowane prawo uzyskania pomocy (w postaci kredytu), a bank ma zawsze obowiązek takiej osobie pomocy udzielić. I nie jest ważne, że klient podpisując umowę kredytu z bankiem, zgodził się w niej na warunki, bez których spełnienia kredytu mógłby nie otrzymać. Dopiero potem, i tylko wówczas jeśli coś pójdzie niezgodnie z jego założeniami, klient zaczyna czytać swoje oświadczenia i szukać luk w podpisanych przez siebie dokumentach. Otóż warto zatem przypomnieć, że bank to nie szpital i nie istnieje gwarantowane „prawo do kredytu", które przysługuje każdemu, niezależnie od okoliczności.

Zgodnie z prawem, bank jest uprawniony do wykonywania czynności bankowych obciążających ryzykiem środki powierzone pod jakimkolwiek tytułem zwrotnym. Upraszczając, bank nie pożycza kredytobiorcom własnych środków pieniężnych należących do banku. Pożycza kredytobiorcom środki, które inny klient wpłacił do banku (np. w formie lokaty). Bank udzielając klientowi kredytu, obciąża zatem ryzykiem (tym przypadku jest to ryzyko braku spłaty kredytu) środki wpłacone do banku przez innego klienta, a więc przez nas wszystkich. To właśnie dlatego na etapie składania wniosku o kredyt, bank ocenia ryzyko braku zwrotu kredytu przez klienta, badając m.in. jego zdolność kredytową. Efektem tej oceny jest nie tylko pozytywna/negatywna decyzja kredytowa, ale również indywidualne warunki, na jakich bank gotowy jest udzielić kredytu danemu klientowi. Dlatego też, podtrzymuję swoją opinię, że nie należy traktować wszystkich umów kredytu w ten sam sposób i oceniać abuzywności klauzul umownych w oderwaniu od całokształtu sytuacji, w której bank udzielał kredytu konkretnemu klientowi.

UMOWA KREDYTU TO NIE UMOWA DAROWIZNY

Umowa kredytu nie jest umową darowizny ani inną umową o charakterze jednostronnie zobowiązującym lub nieodpłatnym. Swoje prawa, ale również i obowiązki, ma zatem zarówno bank, jak i kredytobiorca. Bank ma obowiązek oddać kredytobiorcy do dyspozycji na czas oznaczony określoną kwotę środków pieniężnych na ustalony cel. Kredytobiorca ma natomiast obowiązek korzystania z otrzymanych od banku środków pieniężnych na warunkach określonych w umowie kredytu, zwrotu kwoty wykorzystanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych terminach spłaty oraz zapłaty prowizji od udzielonego kredytu.

Argumenty, że nie trzeba zwracać kredytu wraz z odsetkami, jeśli rosną one do „irracjonalnych" wysokości, nie są argumentami prawnymi i nie znajdują oparcia w przepisach prawa. Tym sposobem można zacząć twierdzić, że kredytobiorcy posiadający kredyt w polskiej walucie mogliby nie spłacać rat kredytu w przypadku znacznego wzrostu stopy procentowej WIBOR, o którą oparte jest oprocentowanie ich kredytów. Przypomnę tylko, że jeszcze w 2000 r. stopa procentowa WIBOR 3M przekraczała 17%. Nie kojarzę jednak, aby wówczas pojawiały się opinie prawników, że kredytobiorcy nie muszą spłacać rat kredytów zaciągniętych w polskiej walucie, ponieważ ich raty odsetkowe są w „irracjonalnej" wysokości.

PRAWO DO RZETELNEJ INFORMACJI

Mój apel o rzetelne informowanie kredytobiorców przez kancelarie prawne o ryzyku porażki i ewentualnych kosztach przegranej w sądzie wynika z obserwacji aktualnej sytuacji. Nietrudno jest znaleźć w Internecie kancelarie reklamujące się hasłami typu „Jak uwolnić się od kredytu" czy „Chcesz odzyskać 1/3 rat i unieważnić umowę CHF?". Niektórzy prawnicy reprezentujący kredytobiorców wskazują, że „rynek kredytów pseudowalutowych szacuje się na około 700 tys. kredytobiorców", Moim zdaniem tych 700 tys. kredytobiorców, to nie jest żaden rynek. To 700 tys. indywidualnych osób, historii, problemów i okoliczności zaciągnięcia kredytu. Nie powinniśmy wrzucać wszystkich tych spraw do jednego worka i traktować problemy kredytobiorców jak jakiegoś rynku.

Trudno mi odnosić się również do wyliczeń i symulacji wariantów, których sami autorzy przyznają, że są bardzo uproszczone. Pytanie czy jako prawnicy powinniśmy w ogóle pokazywać bilanse rzekomych zysków i strat, które nie są dokładnymi wyliczeniami i mogą nie mieć wiele wspólnego z rzeczywistością? Przedstawianie przez prawników bardzo uproszczonych i hipotetycznych kalkulacji (bez wskazywania nawet, na jaki okres został udzielony kredyt i czy raty były równe czy malejące), może wprowadzać ludzi w błąd, powodując podejmowanie przez nich istotnych decyzji w oparciu o nierzetelne informacje. Nikt jeszcze definitywnie nie rozstrzygnął w jaki sposób, w przypadku unieważnienia umowy kredytu, należy dokonać wzajemnych rozliczeń pomiędzy bankiem a kredytobiorcą. Wątpliwości dotyczą m.in. tego czy do spłat dokonanych przez kredytobiorcę na rzecz banku wliczać należy tylko raty kapitałowe czy też odsetkowe (co w mojej ocenie mogłoby nawet zostać uznane przez sąd za sprzeczne z art. 5 kodeksu cywilnego). Nie wiadomo również, w jaki dokładnie sposób należałoby wówczas rozliczyć raty wpłacane przez kredytobiorcę bezpośrednio w CHF. W przypadku stwierdzenia przez sąd nieważności całej umowy kredytu i zaliczenia całej raty kapitałowo-odsetkowej do wzajemnego rozliczenia kredytobiorcy z bankiem, banki mogą poważnie rozważyć możliwość wystąpienia do kredytobiorcy z innym roszczeniem np. z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia, na co zwrócił również uwagę Sąd Okręgowy w Warszawie w swoim wyroku z 22 sierpnia 2016 r. (sygn. akt III C 1073/14). Dołączyć się do tego wszystkiego mogą jeszcze organy skarbowe, które mogą uznać takie „bezpłatne" korzystanie ze środków pieniężnych przez kredytobiorcę jako jego przychód.

PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO

Kredytobiorca powinien być świadomy, jaką kwotę może być zobowiązany szybko zwrócić do banku w przypadku prawomocnego stwierdzenia nieważności całej umowy kredytu. Jeśli nie będzie posiadał własnych środków finansowych, będzie musiał je szybko zorganizować lub wystąpić z wnioskiem o kolejny kredyt. W takiej sytuacji nie będzie jednak pewności, czy kredytobiorca taki nowy kredyt otrzyma (może wówczas nie mieć np. zdolności kredytowej). Nawet jeśli taki kredytobiorca otrzyma nowy kredyt, to nie wiadomo, ile to wszystko będzie za kilka lat kosztować i jakie będzie wówczas oprocentowanie kredytu. A jeśli kredytobiorcy nie uda się terminowo spłacić całej wymaganej kwoty, bank będzie uprawniony do naliczania odsetek i wszczęcia egzekucji z całego majątku kredytobiorcy. Tym samym, stwierdzenie nieważności umowy kredytu może okazać się dla kredytobiorcy przysłowiowym pyrrusowym zwycięstwem.

Moja teza o tym, że w skrajnych przypadkach łączny koszt przegrania sprawy przez kredytobiorcę może być wyższy niż kwota jego roszczenia wobec banku dotyczy przede wszystkim niewielkich roszczeń, np. w sprawach związanych z ubezpieczeniem niskiego wkładu. I nie chodzi znowu o konkretne liczby, a o zasadę właściwego informowania klientów o łącznych kosztach w przypadku przegrania sprawy sądowej. Faktem jest, że banki przegrywają w niektórych sprawach, przy czym w większości są to jeszcze orzeczenia sądów I instancji. Ale jest też faktem, że istnieje duża ilość spraw, w których banki nadal wygrywają. A nawet jeśli przegrywają, to nie zawsze sąd zasądza na rzecz kredytobiorców całość dochodzonego roszczenia.

WARTO ROZMAWIAĆ

Nie podzielam opinii, że rozmowa z bankami nie ma sensu. Oczywiście, że ma, o ile kredytobiorcy są otwarci na kompromis, który nie polega na uznaniu całości ich roszczeń przez bank, a rozmowa nie sprowadza się jedynie do wysłania przez pełnomocnika krótkiego pisma do banku wyłącznie w celu spełnienia formalnego warunku do wytoczenia powództwa.

Moim celem nie jest absolutnie zniechęcanie do korzystania przez kredytobiorców z ich konstytucyjnego prawa do sądu. Moja puenta jest jedna i wyniosłem ją jeszcze z czasów szkoleń w zakresie mediacji: jeśli chcesz pozywać kogokolwiek (nie tylko bank), zastanów się najpierw, jaka jest twoja BATNA, a jaka jest twoja WATNA, czyli najlepsza i najgorsza alternatywa dla negocjowanego porozumienia. Następnie spróbuj rozwiązać swój spór polubownie, pamiętając zarówno o swojej BATNA, jak i WATNA. Przed oceną propozycji drugiej strony, dobrze poznaj wszystkie ryzyka i konsekwencje nie tylko potencjalnej przegranej w sądzie, ale również skutki swojego ewentualnego zwycięstwa. Bo może się okazać, że wcale nie będą one takie jak pierwotnie zakładałeś. Jeżeli jednak polubowne rozwiązanie sporu okaże się niemożliwe, a znasz już wszystkie ryzyka, koszty i konsekwencje procesu sądowego, dopiero wówczas jesteś gotowy do podjęcia świadomej i odpowiedzialnej decyzji o wniesieniu pozwu.

Autor jest adwokatem, partnerem, szefem praktyki sektora usług finansowych w firmie prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA