fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Straszenie Polaków euro

Bloomberg
Wbrew temu, co twierdzi prezes Kaczyński, po wprowadzeniu wspólnej waluty na Słowacji u naszych południowych sąsiadów nie odnotowano wyższej inflacji – pisze były członek RPP.

Wśród wielu talentów prezesa Kaczyńskiego na szczególnie wysoką ocenę zasługuje jego zdolność do przekierowywania publicznej dyskusji z tematów ważnych na mające drugorzędne znaczenie. Najświeższym przykładem jest zainicjowanie dyskusji na – niemający praktycznego znaczenia – temat niebezpieczeństwa gwałtownego wzrostu cen w razie przystąpienia Polski do strefy euro, przy równoczesnym wyniosłym pomijaniu problemów oświaty, które przyjmują dzisiaj dramatyczny obrót. Zdezorientowana opozycja cofnęła się do głębokiej defensywy, nie będąc w stanie podjąć merytorycznej dyskusji.

Nie mam oczywiście zamiaru sugerować prezesowi Kaczyńskiemu, jakie problemy winny zajmować jego zapracowany umysł. Mam jednak prawo podjąć dyskusję na temat tez, jakie wygłosił w trakcie ostatniego wystąpienia na konwencji wyborczej PiS, które były poświęcone ewentualnemu przystąpieniu Polski do strefy euro. Przede wszystkim należy wyrazić zdziwienie, dlaczego prezes Kaczyński z taką mocą przeciwstawia się przyjęciu przez Polskę wspólnej, europejskiej waluty właśnie dzisiaj, tak jakby to niebezpieczeństwo stało u bram. Przecież dzisiaj decyzje w tym zakresie spoczywają całkowicie w rękach prezesa Kaczyńskiego i bez jego decyzji żadne działania w tym względzie nie mogą być i nie będą podjęte. Słuchając wystąpienia szefa PiS, można odnieść wrażenie, że stara się wykorzenić ze swojej głowy wszelką pozytywną myśl na temat euro, która, nie daj Boże, mogłaby go skłonić do poważnego rozważenia ewentualności przyjęcia euro, które jego zdaniem jest instrumentem eksploatacji biedniejszych krajów, takich jak Polska, przede wszystkim przez główne źródło zła na naszym kontynencie – Niemcy.

Drożyzna i wykorzystywanie przez silniejszych

Wystąpienie prezesa Kaczyńskiego oparte było na dwóch założeniach. Po pierwsze, że po przystąpieniu Polski do strefy euro rodacy będą musieli zmagać się z szalejącą drożyzną i, po drugie, że Polska może przystąpić do strefy euro wtedy, gdy płace będą w przybliżeniu równe płacom w krajach starej UE, z mitycznymi Niemcami na czele. Ekonomiczne uwarunkowania poziomu płac w różnych gospodarkach są niezwykle złożone i ich analiza przekraczałaby ramy publicystycznego artykułu. Mogę jedynie zwrócić uwagę szanownego prezesa, że właśnie traci dobrą okazję do zwiększenia wynagrodzeń w Polsce, ignorując całkowicie słuszne żądania nauczycieli. Zważywszy, że nauczyciele stanowią ok. 5 proc. zatrudnionych w gospodarce, wzrost wynagrodzeń tej grupy zatrudnionych o 30 proc. spowodowałby wzrost przeciętnych wynagrodzeń w Polsce o ok. 1,5–2,0 proc.

Skupmy się jednak na drugim założeniu prezesa Kaczyńskiego, a mianowicie, że przystąpienie do strefy euro oznaczałoby wysoką inflację w Polsce. Ta hipoteza jest głoszona przez wielu ekonomistów i polityków od wielu lat, jednakże jak dotąd nie spotkałem się z argumentami, które uzasadniałyby jej prawdziwość. Najczęściej ci, którzy propagują tę hipotezę, odwołują się do subiektywnych odczuć obywateli krajów, które przyjęły euro, którzy twierdzą, że po przyjęciu euro doświadczyli wysokiej inflacji – hiperinflacji niemal. Ta argumentacja nie wykracza z reguły poza ramy tego, czego można się dowiedzieć u cioci na imieninach.

Zastanówmy się zatem, co mówią nam dane dotyczące inflacji w krajach, które przyjęły wspólną walutę. W naszej analizie pominiemy te kraje, które przystąpiły do strefy euro w momencie jej tworzenia i skupimy się na tych krajach, które przystąpiły do strefy euro po 2002 r. To podejście jest tym bardziej uzasadnione, że zdaniem prezesa Kaczyńskiego, a także innych polityków i ekonomistów żywiących podobne przekonania, przystąpienie do strefy euro jest szczególnie niekorzystne dla krajów o niższym poziomie rozwoju, do których należą kraje, które przystąpiły do strefy euro po 2002 r. Do krajów tych należą: Słowenia (2007), Cypr (2008), Malta (2008), Słowacja (2009), Estonia (2011), Łotwa (2014) i Litwa (2015).

Udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy kraje, które przystąpiły do strefy euro po 2002 doświadczyły szczególnie wysokiej inflacji, możliwe jest w trzech wariantach. Po pierwsze, porównując stopy inflacji w tych krajach ze średnią w całej UE, po drugie, porównując wskaźniki inflacji w tych krajach przed przystąpieniem do strefy euro i po nim, i, po trzecie, analizując dane dotyczące inflacji w pierwszym roku po przystąpieniu. Zważywszy, że poszczególne kraje przystępowały do strefy euro w różnym czasie, toteż dla uzyskania wiarygodnych wyników należy porównać przeciętne stopy inflacji w poszczególnych krajach od przystąpienia do strefy euro do końca 2018 r. z przeciętnymi stopami inflacji w UE w tym samym czasie. Jakie wnioski można sformułować w oparciu o takie porównania?

Mity szalejącej inflacji

Spośród siedmiu krajów, które przystąpiły do strefy euro po 2002 r., w czterech krajach inflacja po przystąpieniu była wyższa niż przeciętna w całej UE. Trzeba jednak zaznaczyć, że różnice nie są duże i mieszczą się w przedziale od 0,2 do 1,2 pkt proc. W pozostałych trzech krajach inflacja była niższa niż średnia dla UE, jednakże i w tym przypadku różnice nie są duże i mieszczą się w przedziale od 0,05 do 0,5 pkt proc. Na szczególne podkreślenie zasługuje wskaźnik inflacji dla Słowacji, która w polskich dyskusjach służy jako swego rodzaju straszak na suwerena. Otóż od momentu przystąpienia Słowacji do strefy euro (2009) do końca 2018 r. średnia stopa inflacji w tym kraju wynosiła 1,4 proc. i była niższa niż średnia dla całej UE w tym samym okresie o 0,1 pkt proc. Nawet w mitycznych Niemczech inflacja w tym okresie wynosiła ok. 1,3 proc., a zatem była niższa niż na Słowacji zaledwie o 0,1 pkt proc. W Polsce, która – jak wiadomo – do strefy euro nie należy, przeciętna stopa inflacji wynosiła 1,7 proc., a więc przekraczała stopę inflacji Słowacji. Wygląda na to, że mimo nieszczęścia (przystąpienia do strefy euro), jakie spotkało naszych południowych sąsiadów, radzą sobie nie gorzej niż my, dzielnie broniący się przed przyjęciem wspólnej waluty.

Analizując stopy inflacji w krajach, które przystąpiły do strefy euro po 2002 r., warto także zwrócić uwagę, że we wszystkich krajach, poza Estonią, w której średnia stopa inflacji od przystąpienia do strefy euro (2011) do końca 2018 r. wynosiła 2,6 proc., średnia stopa inflacji ukształtowała się poniżej 2 proc., a więc mieściła się w celu inflacyjnym EBC.

Innym punktem odniesienia do oceny procesów inflacyjnych w krajach, które przystąpiły do strefy euro, jest porównanie wskaźników inflacji przed przystąpieniem do wspólnego obszaru walutowego i po nim. W celu takiego porównania obliczono średnie roczne wskaźniki inflacji od przystąpienia danego kraju do strefy euro do 2018 r. oraz wskaźniki inflacji obejmujące taki sam okres przed przystąpieniem do strefy euro. Na przykład dla Estonii obliczono średni wskaźnik inflacji od 1 stycznia 2011 r. do końca 2018 r., czyli okres obejmujący osiem lat i dla porównania średni wskaźnik inflacji z ośmiu lat przed przystąpieniem do strefy euro, czyli od 2003 do 2010 r. Podobną procedurę zastosowano w odniesieniu do pozostałych krajów. Jakie wnioski wynikają z porównania tak obliczonych wskaźników? Otóż, co zapewne może być zaskoczeniem dla zwolenników szalejących cen po przystąpieniu do strefy euro, w niemal wszystkich, poza Słowenią, krajach inflacja w okresie od przystąpienia do strefy euro do końca 2018 r. była niższa niż w okresie, o takiej samej długości, poprzedzającym przystąpienie do strefy euro. W przypadku Słowenii, w której inflacja była niższa przed przystąpieniem niż po nim, różnica ta wynosiła 2,25 pkt proc. i wynikała nie tyle z gwałtownego wzrostu cen po przystąpieniu do strefy euro, ile z deflacji, która dotknęła Słowenię przed przystąpieniem do strefy euro. W trakcie dwóch lat, jakie upłynęły od przystąpienia Słowenii do strefy euro przeciętna inflacja wynosiła 1,75 proc., natomiast w trakcie dwóch lat przed przystąpieniem ceny spadały przeciętnie o 0,5 proc. rocznie. W pozostałych krajach inflacja po przystąpieniu do strefy euro była niższa niż przed przystąpieniem, a różnica zawierała się w granicach od 0,3 do 4,8 pkt proc. Warto zauważyć, że największy spadek inflacji (o 4,8 pkt proc.) po przystąpieniu do strefy euro zanotowała Słowacja. To jeszcze raz sugeruje, że nasi politycy nie muszą się zamartwiać ciężkim losem braci Słowaków.

Gdyby przytoczone wyżej dane nie były wystarczająco przekonujące, to można wykorzystać trzecią metodę i porównać inflację w roku przystąpienia do euro oraz w roku poprzedzającym przystąpienie. Na podstawie takiego porównania można stwierdzić, że spośród analizowanych krajów w czterech przypadkach inflacja w roku przystąpienia była wyższa niż w roku poprzedzającym przystąpienie, natomiast w trzech przypadkach niższa. W trzech przypadkach wzrost ten był istotny. W Estonii inflacja wzrosła z 2,7 proc. w roku poprzedzającym przystąpienie do 5,1 proc. w roku przystąpienia, na Malcie z 0,7 proc. do 4,7 proc. oraz na Cyprze z 2,2 proc. do 4 proc. Jeżeli nawet w niektórych krajach inflacja wzrosła znacząco w roku przystąpienia, to było to jednak zjawisko przejściowe, ograniczające się na ogół do roku przystąpienia. I tak w roku następującym po przystąpieniu inflacja na Malcie wyniosła 1,8 proc., a na Cyprze 0,2 proc. Jedynie w przypadku Łotwy podwyższona inflacja utrzymywała się nieco dłużej (trzy lata). W pozostałych krajach, w których inflacja wzrosła w roku przystąpienia w stosunku do roku poprzedzającego, zmiany te były niewielkie (Litwa z 0 proc. do 0,7 proc. oraz Słowenia z 1,6 proc. do 1,9 proc.). W tym zestawieniu na uwagę ponownie zasługuje Słowacja, w której inflacja na rok przed przystąpieniem wynosiła 3,9 proc. i spadła do 0,9 proc. w roku przystąpienia i utrzymuje się na niskim i stabilnym poziomie do dziś.

Jak wynika z powyższej analizy, mit o szalejącej inflacji w krajach, które przystąpiły do strefy euro, nie znajduje potwierdzenia w faktach. Oczywiście sądy dotyczące zjawisk ekonomicznych możemy i często opieramy na odczuciach. Zapewne prezes Kaczyński, mówiąc o niebezpieczeństwach wysokiej inflacji jako następstwa przystąpienia do strefy euro, kierował się właśnie odczuciami. Polityk, który ma luźniejszy związek z ekonomią, może sobie na takie sądy pozwolić, chociaż i w tym przypadku należałoby sugerować pewną wstrzemięźliwość, chyba że intencją jest wprowadzanie w błąd słuchaczy. Gorzej, jeżeli do chóru przyłączają się ci, którzy powinni opierać się na bardziej twardych danych. Do tych osób należy premier Mateusz Morawiecki, który nie omieszkał twórczo rozwinąć myśli prezesa Kaczyńskiego. W dyskusji na temat przystąpienia do strefy euro argumentem o nieuniknionej wysokiej inflacji można walić jak cepem, którym – jak wiemy – premier Morawiecki potrafi się sprawnie posługiwać. Czy jednak nie warto zachować siły na prawdziwe omłoty, które nadejdą niebawem?

Problem przystąpienia Polski do strefy euro w niewielkim stopniu łączy się z niebezpieczeństwem wysokiej inflacji. Najważniejsze są dwie kwestie. Kurs, po jakim miałoby nastąpić ewentualne przystąpienie, oraz to, czy rezygnacja z własnej waluty spowoduje utratę zdolności do prowadzenia skutecznej polityki makroekonomicznej, przede wszystkim utratę zdolności do neutralizowania negatywnych skutków szoków zewnętrznych. To są rzeczywiste dylematy związane z przystąpieniem do strefy euro i wokół nich powinna toczyć się rzeczowa dyskusja.

Prof. dr hab. Jan Czekaj pracuje na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, członek RPP w latach 2003–2010

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA