fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Nie liczmy na eurocud

Adobe Stock
Euro ma niewielki wpływ na gospodarkę w okresie dobrej koniunktury. W czasie niestabilności przyczynia się do pogłębienia kryzysu.

Napięcia geopolityczne na nowo ożywiły dyskusję o przyjęciu euro przez Polskę. Zwolennicy przystąpienia naszego kraju do unii walutowej zaczęli sięgać po argumenty natury politycznej, twierdząc, że przyjęcie wspólnej europejskiej waluty mogłoby przyczynić się do wzrostu bezpieczeństwa nad Wisłą. Analiza ekonomiczna była przez nich często spychana na drugi plan. Prawdziwa dyskusja na płaszczyźnie ekonomicznej w Polsce odbyła się kilka lat przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego.

Od tego czasu zmieniło się jednak bardzo wiele. Po pierwsze, ekonomiści zostali zmuszeni do krytycznego spojrzenia na wiele paradygmatów. Po drugie, strefa euro przeszła (przechodzi) przez pierwszy poważny kryzys, który z całą siłą objawił się w krajach peryferyjnych unii walutowej. Po trzecie wreszcie, niektóre z krajów naszego regionu zdecydowały się na przyjęcie wspólnej europejskiej waluty.

Lepiej poza strefą euro?

Od czasu przystąpienia Słowacji do strefy euro minęło już prawie dziesięć lat. Kraje bałtyckie, mimo że przyjęły wspólną walutę kilka lat później, już od lat 90. utrzymywały stały kurs walutowy, najpierw wobec marki, później wobec euro. Czy pójście tą drogą niosło ze sobą wymierne korzyści? Niekoniecznie. Można nawet stwierdzić, że kraje nieposiadające wspólnej waluty radziły sobie gospodarczo lepiej niż te, które przystąpiły do strefy euro lub prowadziły politykę stabilizacji kursu walutowego.

Gospodarki krajów naszego regionu posiadające własną walutę (Polska, Czechy i Węgry) od 2009 r. rosły średnio w tempie prawie 2 proc. rocznie. W tym samym czasie Słowacja i kraje bałtyckie rozwijały się o jedną trzecią wolniej. Średnia stopa bezrobocia w latach 2009–2017 w przypadku drugiej grupy krajów była o nieco ponad 4 pkt proc. wyższa niż w krajach regionu będących poza strefą euro.

Efektu euro nie widać też w statystykach napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ), których zwiększenie było jednym z kluczowych argumentów w debacie ekonomicznej w Polsce kilkanaście lat temu. Okazuje się, że fakt posiadania wspólnej waluty ma dla inwestorów zagranicznych marginalne znaczenie. Według Banku Światowego średni napływ BIZ, w relacji do PKB, w latach 2009–2017 w krajach bez euro był o 0,5 pkt proc. wyższy niż w państwach członkowskich unii walutowej. W tym okresie do Polski napływała średnio taka sama wartość inwestycji w relacji do wielkości gospodarki, co na Słowację. Te dane makro mają swoje odzwierciedlenie na płaszczyźnie mikroekonomicznej. Według badania Międzynarodowej Grupy Izb Handlowych fakt posiadania wspólnej waluty przez kraje docelowe ma w oczach międzynarodowych inwestorów coraz mniejsze znaczenie. O ile w 2009 r. 96 proc. badanych firm popierało akcesję Polski do strefy euro, o tyle w roku ubiegłym już tylko połowa.

Ważne doświadczenia krajów Południa

Ostatnie lata w Europie Środkowo-Wschodniej to jednak okres względnie stabilnej sytuacji makroekonomicznej. Aby móc w pełni ocenić wpływ euro na gospodarkę trzeba trochę szerszej perspektywy, dłuższego horyzontu czasowego, tak aby uwzględnić okresy niestabilności. Dlatego konieczne będzie sięgnięcie po doświadczenia państw peryferyjnych strefy euro (Grecja, Portugalia, Hiszpania). Kraje te, przyjmując wspólną walutę, miały PKB per capita równy 60–80 proc. średniej dla całej strefy euro i miały też nadzieję na przyspieszenie, „skok cywilizacyjny", dogonienie najbardziej rozwiniętych gospodarek strefy euro. Zamiast tego przyszło duże rozczarowanie.

Obecnie PKB per capita Grecji to 57 proc. średniej dla krajów strefy euro (spadek od 2001 r. o nieco ponad 10 pkt proc.), Portugalii – 61 proc., Hiszpanii – 80 proc. (w obu przypadkach spadek o kilka punktów procentowych). Stopa bezrobocia na południowych peryferiach od wybuchu kryzysu jest najwyższa w całej UE i (z wyjątkiem Portugalii w ostatnich dwóch latach) jest dwucyfrowa. Od dekady napięta jest też sytuacja w systemach finansowych państw Południa. Odsetek kredytów zagrożonych zmalał do akceptowalnych poziomów tylko w Hiszpanii i wynosi 6 proc. wartości kredytów. W Portugalii wynosi cały czas kilkanaście procent. W Grecji w przypadku prawie połowy kredytów w systemie bankowym występują ponadtrzymiesięczne opóźnienia w spłacie.

Co stało się na południowych peryferiach i jaki wpływ na te wydarzenia miała wspólna waluta? Najpierw euro przyczyniło się do wykreowania boomu gospodarczego na południu Europy, tworząc iluzję stabilności. Inwestorzy zagraniczni, ale i zwykli Grecy, Hiszpanie czy Portugalczycy uwierzyli, że samo przyjęcie do unii walutowej skazuje ich na sukces i szybką konwergencję do lepiej rozwiniętych państw europejskich. I tak jedni chętnie udostępniali kapitał, a drudzy chętnie z tej oferty korzystali. Gdy bańka pękła, okazało się, że pieniądze trafiały nie na zwiększenie mocy produkcyjnych państw południowych, tylko na konsumpcję.

Długofalowy proces

Sęk w tym, że przez dekadę od utworzenia strefy euro do wybuchu kryzysu gospodarki peryferyjne przestawiły się na zaspokajanie sztucznie wykreowanego popytu wewnętrznego. Odwrócenie tego trendu to proces długofalowy.

I tu dochodzimy do drugiego problemu związanego z przyjęciem wspólnej waluty. Euro utrudnia przestawienie się gospodarek południowych na zaspokajanie popytu zewnętrznego (zwiększenie eksportu). Brak własnej waluty uniemożliwia obniżkę jej kursu wobec partnerów handlowych. Dewaluacja wewnętrzna, czyli „ręczna" obniżka cen i płac, bez zmiany kursu, to zawsze długi i bolesny proces. Dlatego od dekady utrzymuje się bardzo niski wzrost i wysokie bezrobocie.

Można stwierdzić, że posiadanie euro przez kraje peryferyjne najpierw przyczyniło się do zwiększenia skali przegrzania gospodarczego, a potem utrudniło im powrót na ścieżkę wzrostu. Można też wnioskować, że w czasach stabilności makroekonomicznej nie widać „efektu euro". W okresie niestabilności euro pogłębia natomiast niebezpieczne nierównowagi gospodarcze. PKB per capita w naszym regionie wynosi 40–60 proc. średniej krajów strefy euro. Wydaje się, że prawdziwy „eurotest" dopiero przed tymi krajami regionu, które przyjęły wspólną walutę.

Autor jest analitykiem w Polskim Instytucie Ekonomicznym, państwowym think tanku, jaki powstał w 2018 r. z przekształcenia Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA