fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Andrzej Sławiński: Informacyjni autokraci

Bloomberg
Dużo mówią o gospodarce i polityce społecznej. Problem w tym, że przy braku wolnych mediów opinia publiczna nie ma punktu odniesienia dla oceny tych treści.

To, że nadejście fali populizmu było w dużej mierze efektem grzechów doktryny neoliberalnej, zostało już po wielekroć opisane. Przypomnijmy więc tylko, że jedną z głównych przyczyn były zmiany na rynku pracy, które zbytnio osłabiły związki i pozycję negocjacyjną pracobiorców. To z kolei było jednym z powodów pojawienia się toksycznego dla gospodarek państw wysoko rozwiniętych chronicznego nadmiaru oszczędności w firmach.

Obecna sytuacja na rynkach pracy miała też przyczyny technologiczne, takie jak szybki spadek udziału w zatrudnieniu tradycyjnych branż przemysłu, tworzących wcześniej środowisko sprzyjające silnym związkom. Dzisiaj jest znacznie trudniej im działać w sektorze usług, choć powstaje tam większość nowych miejsc pracy. Jakkolwiek by jednak było, problem wzmocnienia siły negocjacyjnej pracobiorców zostaje i nie będzie łatwo go rozwiązać.

O wszystkim można było przeczytać

Wszystko to nie jest jednak nieoczekiwane. Postkeynesowska szkoła ekonomii od dawna wskazywała na uboczne skutki neoliberalizmu, ale długo nie miała dużej siły przebicia. Gdy jednak bieg zdarzeń coraz bardziej potwierdzał, że w wielu sprawach postkeynesiści mieli rację, okazało się, że jeśli nawet nie byli wcześniej często cytowani, to byli czytani, co widać po licznych dzisiaj powołaniach na prace Hymana Minsky'ego i Thomasa Palleya. Publikacje Williama Lazonicka stały się wręcz punktem odniesienia dla rozważań o skutkach masowego wykupu akcji własnych firm. Prace postkenesistów są ważną inspiracją, jak zachować dynamizm gospodarki wolnorynkowej i równowagę społeczną, by wzmocnić demokratyczny kapitalizm.

Szczególnie rażące zjawiska miały miejsce w sektorze finansowym, gdzie konglomeraty zyskały nadmierny wpływ na instytucje, które je regulują i nadzorują. Ale i o tym zawsze można było dużo przeczytać. Wprawdzie wydana w 2007 r. książka „Era zawirowań" Alana Greenspana zawierała rozdziały z wyidealizowanym obrazem rynków finansowych, ale wystarczyło przeczytać wcześniej jedną z książek Franka Partnoya, by wiedzieć, że aż tak różowo z tym nie jest.

Dodajmy, że w 2005 r. na najbardziej prestiżowej konferencji banków centralnych w Jackson Hole Raghuram Rajan zaprezentował referat ostrzegający, że nowe systemy motywacji mogą prowadzić do destabilizacji rynków finansowych, mimo postępu w mierzeniu podejmowanego przez dilerów ryzyka.

Jeśli chodzi o giełdy, to zespołowi Brada Katsuyamy zajęło dwa lata, by rozszyfrować, jak handel wysokich prędkości (high frequency trading) służy do osiągania zysków kosztem zwykłych inwestorów. Gdy Michael Lewis opisał to w książce „Flash Boys", rzecz stała się powszechnie znana.

Doktryna Panglossa

Wymieniłem tylko cząstkę tego, co mogli czytać amerykańscy politycy, by formułować, jak Bernie Sanders i Elizabeth Warren, postulaty, co warto zrobić, by wzmocnić gospodarkę USA i demokrację. Populiści w różnych krajach tego nie chcą. Chcą ograniczyć wolność słowa, by bez narażania się na krytykę przedstawiać się jako osoby kompetentne i dbające o wspólne dobro. Chcą oczywiście dyskusji, ale uwagi powinny być w tonie, w jakim Pangloss objaśniał świat Kandydowi. Tego jednak nie da się osiągnąć przy wolnych mediach.

W ostatnich latach dużo pisał o tym rosyjski ekonomista Sergiei Guriev, którego publikacje charakteryzuje to, że oferują wnioski z prowadzonych przez niego i współpracowników rozległych badań empirycznych. Jedno dotyczyło treści przemówień informacyjnych autokratów, jak definiuje ich Guriev. Poddano w tym celu analizie informatycznej dużą liczbę przemówień przywódców krajów demokratycznych i tych, gdzie instytucjonalne podstawy demokracji, takie jak wolność mediów, są ograniczane. Okazało się, że struktura treści w obu była podobna. Informacyjni autokraci też dużo mówią o gospodarce i polityce społecznej. Problem w tym, że przy braku wolnych mediów opinia publiczna nie ma punktu odniesienia dla oceny tych treści.

W zeszłym roku Guriev był współautorem dużego opracowania o ekonomii politycznej populizmu, też opartego na wynikach badań empirycznych. Wnioski z nich potwierdzają, że im dłużej wpływ na gospodarkę mają populiści, powodujący erozję jakości instytucji, tym wyraźniej widać spowalnianie tempa wzrostu. Przykładem są Węgry, gdzie w latach 2010–2018 tempo wzrostu gospodarczego wynosiło przeciętnie 2,8 proc., co jak na gospodarkę wschodząca, otrzymującą duże środki z UE (średnio 3 proc. PKB rocznie), nie jest imponującym osiągnięciem.

Autor jest profesorem w katedrze ekonomii ilościowej SGH

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA