fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Ochrona dyplomatyczna - Mariusz Muszyński o sprawie Polaka zmarłego w Wielkiej Brytanii

Adobe Stock
Granica legalnych działań państwa w ochronie obywateli za granicą jest umiejscowiona naprawdę bardzo daleko. Nie polega tylko na pisaniu listów, rozmowach i naciskach, czy nietrafionych próbach wykorzystania w tej sprawie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Jednym z problemów absorbujących polską opinię publiczną jest śmierć obywatela polskiego w Wielkiej Brytanii, która nastąpiła w wyniku decyzji o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie. W sprawie tej padło wiele politycznych ocen nt. realizowania przez państwo swoich obowiązków. Nie wniosły one nic do dyskursu, poza zbędnymi sporami i emocjami. Dlatego uznałem, że warto naświetlić problem od strony prawnej.

Na wstępie należy przypomnieć, że obywatelstwo to oparta na wzajemnej lojalności relacja między państwem a jednostką, którą da się skategoryzować w postaci trzech cech prawnych:

• po pierwsze, jednostka jest poddana władzy w sposób ograniczony. O zakresie poddania stanowi prawo. Każde roszczenie państwa wobec jednostki musi być prawnie uzasadnione. Reszta to sfera wolności;

• po drugie, wola państwa jest refleksem woli obywatela. Państwo realizuje ją zgodnie z określonym porządkiem prawnym, z którego wynikają jego zobowiązania i uprawnienia. Porządek prawny, w tym rodzaj i zadania organów państwa kształtuje wola jednostek wyrażana w wyborach;

• po trzecie, głównym punktem takiej relacji jest działanie państwa w interesie obywatela. Wprawdzie obywatel nie posiada władzy nad państwem, ale ma – w tym zakresie – roszczenia do państwa. Co więcej, państwo ma obowiązek strzec życia, wolności, własności, interesów i godności obywatela nie tylko na swoim terytorium, ale i za granicą. Wyjazd nie przekreśla przecież jego obywatelstwa. Dlatego ochrona państwa powinna iść za nim, gdziekolwiek podąży, bo pozostawienie go bez pomocy skutkowałoby brakiem realizacji głównego celu przypisywanego społeczności obywatelskiej, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa swoim członkom.

Warto też podkreślić, że ramy prawne tej ochrony tworzy Konstytucja RP i prawo międzynarodowe. W szerokim katalogu konstytucyjnych praw obywatelskich znajdziemy i prawo do życia i prawo do opieki dyplomatycznej ze strony państwa.

Pierwsze z nich, choć nie wspomniane bezpośrednio, ma swoje umocowanie w art. 30 Konstytucji. Czytamy tam: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych". Norma ta dotyczy literalnie godności, ale to właśnie godność jest cechą, która czyni człowieka podmiotem praw i wolności. Jednym z tych praw jest prawo do życia. Skoro z mocy Konstytucji godność jest dobrem chronionym prawnie, to także życie ludzkie jest takim dobrem. Konsekwencją tego jest obowiązek prawnej ochrony życia obywateli przez państwo (vide art. 38 Konstytucji).

Z kolei prawo do opieki dyplomatycznej ma swoje umocowanie w art. 36 Konstytucji. Czytamy tam: „Podczas pobytu za granicą obywatel polski ma prawo do opieki ze strony Rzeczypospolitej Polskiej". Oznacza to, że jednym ze wspomnianych przeze mnie wcześniej roszczeń obywateli wobec państwa, jest słuszne oczekiwanie, że uzyskają oni pomoc w sytuacji, kiedy nie będą w stanie samodzielnie, w tym na drodze prawnej, wyeliminować niekorzystnych dla siebie działań obcej władzy.

Pomoc ta jest ukształtowana przez prawo międzynarodowe. Jedną z wielu utrwalonych tam form działania na rzecz obywatela za granicą jest opieka sprawowana przez konsula. Jak podają media, brytyjski sąd (a więc państwo brytyjskie) zablokował możliwość spotkania konsula w umierającym Polakiem. W tym kontekście należy wskazać, że zgodnie z Konwencją wiedeńską o stosunkach konsularnych „W celu ułatwienia wykonywania funkcji konsularnych dotyczących obywateli państwa wysyłającego urzędnicy konsularni mają swobodę porozumiewania się z obywatelami państwa wysyłającego i udawania się do nich. Obywatele państwa wysyłającego mają taką samą swobodę w odniesieniu do porozumiewania się z urzędnikami konsularnymi państwa wysyłającego oraz udawania się do nich" (art. 36 ust. 1a).

W świetle tego unormowania, który ma także umocowanie w zwyczaju międzynarodowym, odmowa dopuszczenia konsula do obywatela w szpitalu może być oceniona jako naruszenie prawa międzynarodowego (patrz: podobna sytuacja: sprawa braci LaGrand, MTS 2001, dotycząca naruszenia art. 36 ust. 1b), ale też – co chyba nawet ważniejsze – jest też zachowaniem aroganckim i nieprzyjaznym w płaszczyźnie politycznej relacji dwustronnych Warszawa-Londyn.

Nie zamierzam w tym miejscu przesadnie krytykować aktywności polskich władz. Teraz należy tylko żałować, że nie była skuteczna, tym bardziej że prawo międzynarodowe przypisuje państwu szeroki wachlarz uprawnień do działania w ramach opieki dyplomatycznej. I wbrew różnym drwinom, jakie miały miejsce w przestrzeni publicznej, w katalogu możliwości znajdują się także rozwiązania siłowe. Przypomnijmy tu choćby działania Belgii w Kongo (1964), RFN w Mogadiszu (1977), akcję komandosów izraelskich (1976) na lotnisku w Entebbe (Uganda), akcję Delta Force w Teheranie (1980), Indonezji w Bangkoku (1981), amerykańską interwencję w Granadzie (1983), czy Francji na Komorach (1989).

Ja oczywiście nie sugeruję, że Polska powinna była przeprowadzić na terytorium Wielkiej Brytanii wojskową akcję odbicia Polaka ze szpitala. Te - przesadne może w tym kontekście, a na pewno nie do końca porównywalne - przykłady mają tylko pokazać, że granica legalnych działań państwa w ochronie obywateli za granicą jest umiejscowiona naprawdę bardzo daleko. Nie polega tylko na pisaniu listów, rozmowach i naciskach, czy nietrafionych próbach wykorzystania w tej sprawie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Nietrafionych, bo konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności chroni wprawdzie ludzkie życie, ale nie przesądza jednoznacznie granic jego ochrony, pozostawiając to co do zasady państwom. Stąd tak widoczne różnice w krajowych systemach prawnych w tym zakresie między Polską a Wielką Brytanią (aborcja, eutanazja).

Ale w katalogu aktywności państwa jest wiele metod wywierania presji, szczególnie kiedy partner łamie swoje zobowiązania. Dlatego w mojej ocenie, w przedmiotowej sprawie Polska była - jak zwykle - za grzeczna. Pisze „jak zwykle", bo ta przesadna ustępliwość cechuje polską dyplomację od lat 90-tych XX w. i jak widać, trwa do dzisiaj. Dotyczy też wielu płaszczyzn.

Puenta jest dosyć smutna. Polska nie ma sukcesów w ratowaniu życia obywateli za granicą. Co więcej te klęski mają wymiar całkowicie apolityczny. Starsi obserwatorzy życia publicznego pamiętają pewnie, że w 2009 r. nie powiodły się działania dyplomacji ministra Sikorskiego w sprawie porwanego w Pakistanie przez terrorystów polskiego inżyniera. Dziś w sprawie chorego Polaka zlekceważył nas europejski partner. W takich sytuacjach zawsze przypominam, że fundamentem porządku międzynarodowego i światowej dyplomacji jest dobrze stosowana zasada wzajemności. I tą konstatacją zamknę całą wypowiedź, choć pewnie jeszcze dziesięć lat temu wzywałbym przynajmniej do wydalenia brytyjskiego ambasadora. Chyba z wiekiem łagodnieję.

PS. Felieton oparty jest wyłącznie o informacje publicznie dostępne. Być może pogłębiona wiedza nt. konkretnej sytuacji doprowadziłaby do innych ocen i wniosków.

Mariusz Muszyński - profesor na Wydziale Prawa i Administracji UKSW, wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego, wykłada prawo międzynarodowe.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA