fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nauczyciele

Pensje nauczycieli po nowemu - rozmowa z minister Zalewską

Anna Zalewska
Fotorzepa, Robert Gardziński
Należy stworzyć mechanizm wiążący pensje nauczycieli z sytuacją gospodarczą – mówi minister edukacji narodowej Anna Zalewska.

Początek 2019 roku nie jest dla Pani łatwy. Nauczyciele domagają się podwyżek i raczej nie odpuszczą.

Anna Zalewska, minister edukacji narodowej: Nam także zależy na tym, by nauczyciele zarabiali lepiej. Już w 2017 r. to pokazaliśmy proponując podwyżki 3 razy, po co najmniej 5 proc. Pierwsza była od 1 kwietnia 2018, kolejną zaplanowaliśmy na styczeń 2019 i ostatnią od stycznia 2020. To jest ok 16 proc. wzrost wynagrodzeń, który kosztuje 6,5 mld zł. Kilka miesięcy temu okazało się jednak, że mamy duży wzrost gospodarczy i rosnącą średnią płacę. Nauczyciele słusznie więc uznali, że powinni mieć większy udział we wzroście gospodarczym. To jednak nie jest tak łatwe do zrealizowania, bo mamy skomplikowany system naliczania wynagrodzeń, który nie zależy od ministra edukacji. Pensje ustala samorząd. MEN tylko określa poziom minimalnego wynagrodzenia. To oczywiście ważne, bo na tej podstawie wylicza się wysokość sześciu dodatków np. stażowego i stawki za nadgodziny. Natomiast np. dodatek motywacyjny, za wychowawstwo, za trudne warunki, dla opiekuna stażu jest w gestii samorządu.

Te dodatki nie są zbyt wysokie.

Jest różnie. Z naszych badań wynika, że np. dodatek motywacyjny u nauczycieli kontraktowych to najczęściej od 50 do 100 zł. Wszystko zależy od decyzji samorządu, a niekoniecznie od jego bogactwa. Mamy średnio uposażone gminy, które potrafią płacić za wychowawstwo 450 zł, a dyrektorowi dodatek funkcyjny na poziomie 1000-2000 zł. A są bardzo bogate miasta, które ten sam dodatek ustanawiają na poziomie 20-30 zł.

To frustrujące.

Tak. Ja te wszystkie emocje doskonale rozumiem. Kiedy zwiększyły się żądania nauczycieli, zaczęliśmy poszukiwać pieniędzy. Stąd przełomowe w mojej opinii spotkanie tydzień temu, na którym powiedzieliśmy, że nie czekamy do stycznia 2020r. z podwyżkami, tylko decydujemy się na dwie podwyżki w 2019 r! I oczywiście te podwyżki, plus ogromne pieniądze na godziny do dyspozycji dyrektora tzw. „godziny pokarciane”, czyli na zajęcia dodatkowe, przygotowanie olimpijczyków albo zajęcia wyrównawcze, wszystkie te nowe elementy zwiększą wynagrodzenia nauczycieli.

Czy są pieniądze na podwyżki od września? Związki zawodowe podnoszą, że nie zostały one zagwarantowane w budżecie.

My przecież nie skończyliśmy na ten temat rozmawiać. Ustaliliśmy, że negocjacje będą trwały do 10 lutego br. Żeby zobaczyć te podwyżki w budżecie, to po pierwsze, trzeba się porozumieć. Oczywiście, jeśli ustalimy np. stały dodatek motywacyjny, podwyżki od września czy dwa razy 1000 zł dla stażysty, to muszą iść za tym konkretne zapisy w ustawie. Umówiłam się ze związkami zawodowymi, że do 30 kwietnia br. zakończymy prace rządowe nad ustawą będą przyjęte. Na pewno ustalimy harmonogram, pod którym podpiszę się ja i minister finansów. Będziemy musieli zmienić np. rozporządzenie w sprawie minimalnego wynagrodzenia. Jesteśmy zdeterminowani.

Ale ta wrześniowa podwyżka spowoduje, że od września nauczyciel dyplomowany, a tych jest w szkołach 63 proc., zobaczy 508 zł więcej w ramach minimalnego wynagrodzenia.

To wzrost w stosunku do marca 2018 r.?

Tak.

Jakie jeszcze przepisy trzeba będzie zmienić?

By dokonać zmiany w zakresie dodatku za wyróżniającą pracę trzeba znowelizować Kartę Nauczyciela. Natomiast jeżeli mówimy o godzinach do dyspozycji dyrektora to mamy do zmiany przepisy o ramowych planach nauczania. Dopiero te nowelizacje będą impulsem, by dokonać korekt, ewentualnie wskazać źródła finansowania w budżecie.

Kiedy nauczyciele otrzymają dodatki za wyróżniającą pracę w wysokości 500 zł?

Nauczyciel dyplomowany może już wnioskować o taką ocenę i dodatek. W pełnej wysokości będzie wypłacany dopiero w 2022 r. Do tego czasu tylko częściowo. Chcielibyśmy, by nauczyciel kontraktowy i mianowany rozpoczął drogę trzyletnią, potrzebną do uzyskania tego dodatku, od września tego roku.

Czy ten dodatek nie będzie przysługiwał stażyście?

Nie, dopiero od kontraktowego. Ale jeśli chodzi o stażystów, bardzo mocno podnieśliśmy dla nich kwotę minimalną - to ponad 2500 zł brutto. Chcemy także zaproponować tej grupie nauczycieli specjalny dodatek w wysokości 1000 zł. To nasza nowa propozycja, którą złożyliśmy ostatnio stronie związkowej.

Ale jeśli ktoś otrzymuje na rękę 1751 zł plus 20 zł motywacyjnego, to nie jest to kwota zachęcającą do pracy w szkole.

W projekcie rozporządzenia w sprawie minimalnych stawek zaproponowaliśmy wynagrodzenie zasadnicze dla stażysty w wysokości 2538 zł brutto. Mówimy tu o grupie wielkości 4 proc. nauczycieli. Przyznawanie dodatków do pensji nauczycieli to zadanie samorządów. Nie możemy zwolnić ich od odpowiedzialności za jakość edukacji.

Ale właśnie, by samorząd nie ustalał tak niskich stawek, nasz ekspercki Instytut Badań Edukacyjnych ma za zadanie opracować nowy system wynagradzania nauczycieli z włączeniem dodatków do wynagrodzenia minimalnego tak, byśmy mogli powiedzieć, że płacone nauczycielom dodatki są stałe. Podobnie jak robimy z oceną dla wyróżniających nauczycieli – tu już nie zdecyduje samorząd. My tu decydujemy i dajemy na to pieniądze.

Zmieni się cały system wynagradzania nauczycieli?

Przyszłam do MEN z przekonaniem, że subwencja oświatowa jest niesprawiedliwa. W dodatku liczona na ucznia, a nie na oddział w dużych miastach kusi samorządowców, żeby utrzymywać tzw. dwuzmianowość w szkole. Oszczędność jest widoczna – lepiej zorganizować naukę na zmiany, niż utrzymywać dwa budynki i płacić podwójnie za administracje i prąd. Od początku byłam też przekonana, że struktura wynagrodzeń nauczycieli jest również niesprawiedliwa, za dużo zależy od decyzji samorządów i że trzeba to zmienić. Dwukrotnie proponowałam zmiany, ale nie było na to zgody ze strony korporacji samorządowych. Powtórzyłam tę prośbę w listopadzie ubiegłego roku. Nawet poprosiłam o wytyczne, w którym kierunku chcieliby zmiany. Niestety nie otrzymałam żadnego konkretu w tej sprawie. Dlatego podjęłam decyzję, że zmiany systemu wynagrodzeń opracuje Instytut Badań Edukacyjnych. Efekty tych prac chcemy pokazać do wakacji.

Czyli część dodatków wejdzie do pensji zasadniczej?
Nie wiem. To IBE razem ze związkowcami i ekspertami będzie to ustalał. Chciałabym, by odbyło się to w ramach szerokiej, eksperckiej debaty. Ale podobnie zrobiliśmy z dodatkiem mieszkaniowym i to się sprawdziło. Do niedawna około 126 mln zł w subwencji było na to przeznaczone. Chcieliśmy sprawdzić, jak to wygląda w praktyce. Okazało się, że ponad 80 proc. samorządów płaci nauczycielom złotówkę tego dodatku. To było absurdalne i niesprawiedliwe. Wprowadziliśmy go do kwoty bazowej. W świadomości nauczycieli pokutuje przekonanie, że zabraliśmy ten dodatek. To oczywiście nieprawda. Pierwsza podwyżka, ta od kwietnia ubiegłego roku, była w wysokości 5.35 proc. I właśnie te 0.35 proc. to kwota z dodatku mieszkaniowego.
Ale co piąty nauczyciel dostawał w ramach tego dodatku więcej niż złotówkę. I na tych zmianach stracił.
Być może ktoś stracił, ale podejrzewam, że wzrost kwoty bazowej był na poziomie tego dodatku.
IBE jakiś czas temu wyliczył też, że czas pracy nauczycieli to 47 godzin. Premier natomiast mówił ostatnio, że nauczyciele mają „troszkę więcej wolnego czasu”.
Pan premier Mateusz Morawiecki, gdy był ministrem finansów i wicepremierem, bardzo mocno zabiegał o to, by rozpoczął się proces podwyższania pensji nauczycieli. Dla mnie to jedyny wyznacznik szacunku premiera dla nauczycieli. To bardzo odpowiedzialna postawa.
Nauczycielskie pensum to 18 godzin. Ale drugie tyle zajmuje im szkolna biurokracja. Zapowiadała Pani jej zmniejszenie. Coś się w tym zakresie dzieje?
Sporo. Obiecaliśmy, że w ciągu najbliższych tygodni przedstawimy raport o tym, co jest konieczne, a co nie. Mamy już zdiagnozowane, co generuje biurokracje. To przede wszystkim wprowadzony przez poprzedników unijny projekt „Ewaluacja”. Obowiązuje on do 2021 r. i nie jesteśmy w stanie go zmienić, bo musielibyśmy oddawać kilkadziesiąt milionów zł. Kolejną sprawą jest to, że co drugi dokument, który wypełnia nauczyciel jest wytworzony na prośbę dyrektora szkoły. Często niepotrzebnie i na wszelki wypadek. Dlatego też kuratorzy i wizytatorzy proszą rady pedagogiczne, by się zastanowiły, co rzeczywiście jest niezbędne. Po trzecie – RODO, czyli różnego rodzaju dokumentacja, która jest u wychowawcy klas. Wspólnie z dyrektorem trzeba się zastanowić, które dokumenty należy przetwarzać, a które nie.
 

Boi się Pani, że rzeczywiście dojdzie do strajków w dniu egzaminy gimnazjalnego, maturalnego czy na zakończenie ósmej klasy?

Jestem nauczycielem, pracowałam w szkole 17 lat i nie wyobrażam sobie, żeby w XXI wieku, kiedy egzamin decyduje o przyszłości dziecka, nauczyciele mogli powiedzieć dziecku i rodzicom, że nas to nie interesuje. Nauczyciele tak nie postępują. Oni się cieszą tymi egzaminami wiedząc, że to jest również efekt ich pracy.

Ale podwyżki na poziomie 1000 zł nie są realne?

To byłoby 15 miliardów złotych, czyli 1/3 subwencji oświatowej. Zbyt dużo. Uważam jednak, że związkowcy przyzwyczajeni do negocjacji i dialogu, będą gotowi spotkać się ze mną w pół drogi. Nie oznacza to jednak, że nic nie chcemy robić. Ja już nauczycielom oddałam wszystko, co zabrali poprzednicy – od likwidacji godzin karcianych, poprzez zahamowanie zwolnień, aż do ustabilizowania sytuacji zatrudnieniowej specjalistów w szkołach. Niedawno logopeda, psycholog i pedagog, w zależności od samorządu, pracował albo 18 godzin albo 35. W ogóle nie był uwzględniony nauczyciel wspomagający. Rozstaliśmy się z jedynym słusznym podręcznikiem. Teraz można wybierać spośród kilku i wszystkie są darmowe. Zatrzymaliśmy likwidacje małych szkół. Te wszystkie zobowiązania wybrzmiewały w postulatach związków i zostały przez nas zrealizowane, ponieważ słuchamy i będziemy słuchać.

Ale nie sprawa wynagrodzeń. Najbliższe spotkanie ze związkowcami odbędzie się 31 stycznia. Co się na nim wydarzy?

Myślę, że dojdziemy do porozumienia.

Czy zapowie pani kolejną podwyżkę w 2020 roku?

Mam nadzieję, że będzie się ona wiązała z decyzją, w jaki sposób będzie wyglądał system wynagradzania nauczycieli. Uważam, że trzeba na stałe wprowadzić przepis dotyczący podwyżek wynagrodzeń albo wręcz mechanizm uzależnienia pensji nauczyciela od sytuacji w gospodarce. Z określeniem, co będzie w przypadku niższego wzrostu gospodarczego. Od tych strategicznych decyzji zależy jak będziemy układać podwyżki wynagrodzeń nauczycieli na następne lata.

Czyli zapewnia Pani, że będą kolejne podwyżki?

Tak, ale nie jesteśmy w stanie szybko nadrobić zaległości od 2012 roku. Nauczyciele są bardzo dużą grupą społeczną, przypomnę, że jest ich ok. 700 tys. Tu każde dodatkowe 100 zł to ogromy wydatek dla budżetu państwa. Ale jedno jest pewne - nauczyciele zasługują na wyższe wynagrodzenia, gdyż docelowo przełoży się to na jakość pracy szkoły.

Tyle, że rząd chce obarczyć tymi wydatkami samorządy. Samorządowcy twierdzą, że nie stać ich na sztywne określenie kwoty wydatku motywacyjnego.

Pieniądze, które przekazujemy na pensje nauczyciela wystarczają na te dodatki.

Mówią, że subwencja wystarcza tylko na pensje.

A trzeba jeszcze utrzymać szkoły. Zgodnie z przepisami, samorządowcy są odpowiedzialni za utrzymanie budynków. Poza tym my dokładamy samorządowcom do budynków, do szerokopasmowego internetu, multimedialnych tablic, gabinetów przedmiotowych. To ogromne pieniądze. Samorządowcy mają nasze wsparcie.

A koszty reformy edukacji?

Ale jakie koszty? Cały czas wspieramy samorządy. Podam twarde liczby. Zastaliśmy 10 proc. szkół z szerokopasmowym internetem. Stąd decyzja strategiczna, by do 2021 roku wszystkie szkoły miały dostęp do szerokopasmowego internetu. Po drugie, gabinety przyrodnicze. W gimnazjach było ich 25 proc., w szkołach podstawowych 18 proc. Dlatego razem z reformą przekazaliśmy 300 mln zł na ich wyposażenie. W związku z tym, że już mamy szerokopasmowy internet to nasycamy szkoły multimedialnymi tablicami. Nauczyciel może realizować podstawę programową przy pomocy multimedialnego sprzętu. Do czego namawiamy i zachęcamy. Jak dołożymy do tego jeszcze ogromne pieniądze, które są w sejmikach związane z cyfryzacją, to jest tu znakomite wsparcie dla samorządowców, żeby ten XXI wiek wreszcie zawitał do szkół. Jeżeli chodzi o przekształcenie czy przygotowania dotychczasowych klas dla maluchów, wszystkie samorządy dostały, co najmniej 80 proc. wnioskowanej kwoty.

Reforma to też przeładowana podstawa programowa, na którą narzekają rodzice, nauczyciele i dzieci. W dwa lata szkoły podstawowej „upchnięto” trzy lata gimnazjum.

To nieprawda. To, co mogło spowodować przeładowanie zostało przeniesione między innymi do czteroletniego liceum. Oczywiście, w obecnej podstawie programowej jest w niej więcej punktów, ale dlatego, że została ona na prośbę nauczycieli uszczegółowiona. Zagadnienia do zrealizowania na jednej lekcji, są rozpisane w kilku punktach. Poza tym, daliśmy nauczycielowi wolną rękę. Może sam decydować, w jaki sposób i jakimi metodami realizować podstawę programową.

Ale jest jeszcze kwestia “podwójnego rocznika”?

Nie podjęlibyśmy się przekształcania gimnazjów, gdybyśmy podejrzewali, że jest ryzyko, że dzieci nam się w szkołach nie zmieszczą. Jest przecież konstytucyjny obowiązek zapewnienia dzieciom dostępu do szkół. Ministerstwo Edukacji Narodowej ma jedyny, pełny system do zbierania danych oświatowych. Wszystko policzyliśmy. To jest ostatni moment, kiedy to w ogóle można zrobić. Uspakajam dzieci i rodziców, szkoły zapewnią miejsce wszystkim absolwentom!

Dlaczego ostatni moment?

W 2019 roku spotkają się w szkołach średnich roczniki z najniższego punktu niżu demograficznego. To dzieci urodzone w 2003 i 2004 roku. Później narodzin było więcej.

Ponadto, wiele liceów funkcjonowało w zespołach z gimnazjami. W związku z tym, w sposób naturalny zwalniają się miejsca w tych szkołach i można utworzyć dodatkowe klasy licealne. Tak jest np. w warszawskim liceum im. Klemetyny Hoffmanowej. W tamtym roku było 240 miejsc dla wszystkich kandydatów do liceów. W tym roku będzie po 240 zarówno dla absolwentów szkoły podstawowej jak i gimnazjum. Ale są też szkoły, które wolą, żeby było mniej oddziałów, bo chcą przyjmować tylko najlepszych. Wtedy łatwiej jest mieć dobre miejsce w rankingach.

Są też szkoły, w których nie było gimnazjów.

Większość tych szkół to przecież szkoły, które pamiętają roczniki liczące po 800 tys. uczniów. I te dzieci się w nich mieściły. A w ostatnich latach miejsce w nich nie zostało wykorzystane w sposób optymalny.

Nie zawsze tak jest. Szkoły nie są z gumy i nie da się upchnąć więcej osób niż jest miejsca. Co z tymi dziećmi, które marzą o studiach i nauce w liceum. Będą jeździć do innych miast czy mają rezygnować z marzeń?

Szkoły nie są z gumy, ale też się nie skurczyły. Po pierwsze, na studia można iść po każdej szkole, także branżowej. Podnieśliśmy bardzo poziom w tych szkołach, a egzamin zawodowy podnieśliśmy do rangi egzaminu maturalnego. Po szkole branżowej drugiego stopnia też można iść na studia. Dzieci nie stracą nic. Tworzymy spójny system edukacji, który odpowiada na wyzwania obecnej chwili, a jednocześnie patrzymy daleko do przodu. Budujemy dobrą szkołę, która da naszym dzieciom wiele możliwości.

- rozmawiała Joanna Ćwiek

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA