fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Możdżer: Prawdę trzeba poznawać powoli

materiały prasowe
Leszek Możdżer, wybitny pianista mówi o pracy nad operą „Immanuel Kant" na podstawie sztuki Thomasa Bernharda.

Debiutuje pan w operze historią o tym, jak niemiecki filozof, który nigdy nie wyjechał z rodzinnego Królewca, popłynął statkiem do Ameryki. Nie jest to pana pierwsza wyprawa w świat muzycznego teatru.

Leszek Możdżer: Rzeczywiście, napisałem ze trzy musicale, muzykę do kilku spektakli dramatycznych i baletu.

Dlaczego więc, mając takie doświadczenia, w operze debiutuje pan tak późno?

Bo to było pierwsze zamówienie tego typu.

A jest pan operowym bywalcem?

Powiedzmy sobie szczerze: opera jest nie do zniesienia. Jest fascynująca, ale przekracza moje możliwości odbioru. Jeszcze nie udało mi się utrzymać pełnego skupienia. Pisanie i słuchanie oper to działalność wyczynowa, wymagająca wytrwałości.

Czy zamówienie, jakie pan otrzymał, było dowolne czy jednak związane konkretnie ze sztuką Thomasa Bernharda?

Reżyser Jerzy Lach zgłosił się do mnie z „Immanuelem Kantem". Gdy pierwszy raz przeczytałem sztukę, niewiele z niej zrozumiałem. Kompletna paplanina. Po półtorarocznym okresie pisania muzyki wiem już dużo więcej. Język polski charakteryzuje się długimi słowami, w których akcent zawsze pada na przedostatnią sylabę, więc musi ona wypaść na mocną część taktu, a jeśli już wypadnie na słabą, to musi trwać dłużej niż inne sylaby, żeby sprawić wrażenie, że jest akcentowana. Długo kontemplowałem wszystkie słowa, żeby wytworzyć do nich melodię, poznałem każdą sylabę i zaczęło mi się odsłaniać to, co jest pomiędzy wierszami. Tak naprawdę dopiero tydzień temu zrozumiałem, o czym jest ten tekst.

W sztuce Kant płynie do Ameryki, żeby odzyskać wzrok i sprawić, by Amerykanie stali się racjonalistami.

Ta sztuka jest jednym wielkim rebusem. Kant nie jest głównym tematem, tylko symbolem krytycznego rozumu. Jest ślepy, a wszyscy bohaterowie mają doskonały wzrok. Widzą choćby to, że Kant ma duży numer buta, co jest korzystne na wyprzedażach, są pewni, że statek, którym płyną, w przeciwieństwie do Titanica, jest niezatapialny oraz podkreślają ciągle, że „amerykańscy lekarze są najlepsi". W spektaklu odbywa się dyskusja na temat widzenia i ślepoty. Pupil Kanta – Fryderyk, papuga, która siedzi w klatce zakrytej zasłoną, to z germańskiego „fridu" (obrona, opieka) oraz „richi" (możny, potężny). Tandem Kant – Fryderyk symbolizuje patową sytuację. Umysł widzi wszystko, ale jest ślepy. Moc i możliwość opieki zostają zamknięte w klatce i przykryte zasłoną. Nie bez powodu Kant krzyczy, że zasłonę trzeba odkrywać bardzo powoli. Stopniowo. Mówi, że światło jest groźne dla papug i uczonych w piśmie. Chodzi mu o światło prawdy. Papuga dla mnie symbolizuje społeczeństwo. Bernhard wie, że jeśli pokazać zwykłemu człowiekowi całą prawdę, zostanie ona odrzucona. „Zerwanie zasłony" to po grecku „apokalipsa". Ten tekst to majstersztyk.

Co pan jeszcze w nim odkrył?

Głównym wątkiem jest konflikt między medycyną europejską i amerykańską. Bohaterowie opery mówią, że „medycyna europejska jest nic niewarta". Kant płynie do Ameryki, by uleczyć wzrok. Ale to on, jako jedyny, cokolwiek widzi. Krzyczy: „Glaukoma otworzyła mi oczy! Ludzkość dopuściła się zdrady! Zdrowie to uzurpacja, zdrowie to nierząd!". Przesłanie „Immanuela Kanta" pojąłem dopiero po przeczytaniu „Oskarżenia w imieniu narodów świata" autorstwa doktora Matthiasa Ratha, skierowanego w 2003 r. do Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Dotyczy ono robienia biznesu na chorobach. Chodzi w nim m.in. o pomijanie naturalnych procesów na rzecz ingerencji chemicznej. Jednak zasłona musi się odsłaniać powoli. Póki co Immanuel, czyli krytyczny rozum, nie dość że nic nie widzi, to płynie do USA, żeby amerykańscy lekarze uzdrowili mu wzrok. Bernhard mówi ustami Kanta: „Jeżeli potwierdzi się przeciwieństwo czegoś, to się temu czemuś zaprzeczy". Przypomina to definicję blokady rewersyjnej Andrzeja Łobaczewskiego, który w książce „Ponerologia polityczna" uważa blokadę rewersyjną za główną metodę zarządzania. „Twierdzenie czegoś z emfazą, co jest zupełną odwrotnością prawdy, zablokowuje umysł przeciętnego człowieka dla poznania tej prawdy". Prawda więc pozostaje poza polem widzenia, nawet jeśli postawić ją w centrum. Dlatego trzeba ją odsłaniać stopniowo, w przeciwnym wypadku pozostaniemy na nią ślepi.

Co łączy tekst Bernharda w sferze interpretacji ze wspomnianym przez pana oskarżeniem?

Bernhard koduje swój tekst. Nie mówi nic wprost. Po potokach pochwał dla amerykańskich lekarzy pani Kant mówi do męża: „Widzisz? Nadzieje wszystkich chorych kierują się w stronę Ameryki". Kant odpowiada: „ciało może zdziałać o wiele więcej wobec wielu pochyłych powierzchni niż wobec takiej, z którą zderza się wprost". Bernhard wie, że z systemem nie można walczyć wprost. Trzeba go zmieniać chyłkiem, ześlizgując się i unikając konfrontacji. Umieszcza też w butach Kanta azbestowe wkładki. Kant boi się, że się spali podczas odczytu, więc oddziela się od Ziemi. Oddzielenie od Ziemi jest warunkiem uprawiania filozofii, która jednak wiotczeje przy kontakcie z wodą. „Mówić o rozumie na pełnym morzu to niemożliwe" stwierdza Kant i rezygnuje z odczytu. Jego rozum jest bezsilny wobec żywiołu wody. Jestem przekonany, że terapeutyczne moce Wody i Ziemi przekraczają ludzki rozum i o tym też mówi Thomas Bernhard. Żeby porzucić jałową filozofię wystarczy stanąć boso na ziemi i wyregulować sobie bioelektrykę. Rosyjski profesor Władimir Żdanow głosi, że polewanie się zimną wodą o temperaturze poniżej 11 st. Celsjusza usuwa komórki rakowe z organizmu, ale umysł odcięty od Ziemi nie może uznać tej informacji nawet hipotetycznie za prawdziwą. W tekście dramatu Kant wymienia tylko jedno swoje dzieło: „Nową ocenę sił Natury". Jego lekturę nazywa „nieodzowną". „Tylko pycha nie pozwala nauce zaryzykować przygody" mówi uwięziony Fryderyk i proponuje referat o teorii sprzeczności. Ja sam ostatnio grywam na boso i biorę zimne prysznice, wbrew polityce ciepłej wody w kranie.

Jak tworzył pan muzykę?

Trudnością było to, że tekst jest albo monologiem Kanta, albo monologiem milionerki. Z rzadka odzywa się żona Kanta. Czasami uzyskałem duet nakładając jeden monolog na drugi. Tekst nie ma też rytmu i rymów, więc trudno go zamknąć w symetrycznej formie. Mimo to wiernie trzymałem się zapisu, co najwyżej zmieniałem szyk słów lub dawałem ich krótsze ekwiwalenty.

Jak by pan określi stylistykę muzyki?

Nie jestem wybitnym kompozytorem klasycznym. Ukończenie opery uważam za mój życiowy sukces i wiem, że staję do wyścigu z kompozytorami, którzy mają o niebo lepszy warsztat ode mnie. Ale od czegoś trzeba zacząć. Posługiwałem się tonalnym językiem, czasami lekko go deformując. Pisząc operę, trzeba mieć wiedzę o instrumentacji, choćby to, że skrzypkowie mają kciuk pod gryfem i używają czterech palców do gry, a nie pięciu jak pianiści. Trzeba to respektować, bo jeśli muzyka będzie niewygodna do grania, nikt jej nie będzie chciał grać. Traktuję mój debiut jako wejście w świat opery i chcę się tą drogą posuwać dalej.

—rozmawiał Jacek Cieślak

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA