fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Marcin Nałęcz-Niesiołowski: Nie zwalniamy tempa

Fotorzepa, Marek Grotowski
Marcin Nałęcz-Niesiołowski, dyrektor Opery Wrocławskiej zdradza, w jaki sposób można przygotować tyle różnorodnych premier w ciągu jednego sezonu.

Rzeczpospolita: W ilu procentach udało się panu zrealizować zamierzenia swoje pierwszego, dyrektorskiego sezonu?

Marcin Nałęcz-Niesiołowski: Można powiedzieć, że udało nam się zrealizować wszystko, co zaplanowaliśmy na obecny sezon. Wszystkie premiery doszły do skutku, tak więc z kilkoma wznowieniami było w sumie dziewięć nowych tytułów operowych, baletowych i familijnych. Została nam jeszcze tylko prezentacja „Fausta" w Hali Stulecia.

Plany na przyszły sezon będą równie bogate?

Zamierzamy utrzymać tempo.

Skąd więc pan bierze pieniądze na tyle premier?

Staramy się, by sprzedaż biletów na wszystkie nasze spektakle premierowe i repertuarowe była jak najlepsza, zabiegamy o pozyskiwanie sponsorów, a poza tym bardzo mocno przyglądam się kosztom wszystkich naszych propozycji. Muszę też dodać, że Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zwiększyły w tym roku dofinansowanie naszej instytucji o 3 mln 350 tys. złotych. Środki te zostały w bardzo dużej części przeznaczone na podwyżkę wynagrodzeń wszystkich pracowników. Na nowe premiery musimy zarobić i zaoszczędzić.

W wykazie zapowiadanych premier jest bardzo dużo tytułów rzadko w Polsce wystawianych: „Orfeusz i Eurydyka" Glucka, „Kandyd" Bernsteina, „Fidelio" Beethovena, o „Zakazie miłości" Wagnera nie wspominając.

Często podkreślam, że dyrektor Ewa Michnik, która przede mną kierowała Operą Wrocławską przez 21 lat, wprowadziła na scenę zdecydowaną większość czołowych pozycji repertuarowych. My niejako zmuszeni jesteśmy poszukiwać nowych, mniej oczywistych tytułów, sięgamy do tych nie tak często grywanych w świecie. Chcemy przyciągnąć jak najwięcej widzów, oferując różnorodność: od naszych „Krakowiaków i Górali", poprzez dzieło epoki belcanta „I Capuleti e I Montecchi" Belliniego, „Zakaz miłości" Wagnera aż do klasyki baletowej i muzyki współczesnej. Nie zapominamy też o nurcie familijnym, szykujemy więc „Małego Księcia" w wersji operowej Rachela Portmana. „Fidelio" czy „Zakaz miłości" mogą być z kolei również atrakcyjne dla publiczności niemieckiej, która często odwiedza nasz teatr. Cieszę się, że obie te premiery mają szansę zaistnieć we Wrocławiu dzięki koprodukcjom – z Narodową Operą Słoweńską z Lublany w przypadku Beethovena oraz z Operą w Lipsku, jeśli chodzi o Wagnera. „Kandyda" z kolei przygotowujemy na Sylwestra, a „Orfeusz i Eurydyka" w reżyserii Mariusza Trelińskiego pojawi się w zupełnie nowej odsłonie muzycznej – przygotowujemy go w wersji oryginalnej wraz z Narodowym Forum Muzyki i Wrocławską Orkiestrą Barokową pod dyrekcją Jarosława Thiela. Budujemy dalej repertuar baletowy, stąd pojawi się wielka klasyka, czyli „Romeo i Julia" w choreografii Jacka Tyskiego, a z nowych pozycji zaproponujemy wieczór trzech choreografii do utworów polskich kompozytorów, Fryderyka Chopina, Mieczysława Karłowicza i Krzysztofa Pendereckiego oraz spektakl baletowy do współczesnej muzyki elektronicznej podczas nowej odsłony Festiwalu Oper Współczesnych+.

Tak różnorodny repertuar można wystawić wyłącznie siłami własnego zespołu śpiewaków?

Szukamy wykonawców, organizujemy przesłuchania kandydatów do poszczególnych ról, ale wciąż mamy swój własny zespół. Będę dążył do tego, by teatr był otwarty zarówno dla stałych współpracowników, jak i dla śpiewaków gościnnych, co bardzo dobrze sprawdziło się choćby podczas niedawnej premiery „Kopciuszka".

Po wydłużonej przerwie wraca Festiwal Oper Współczesnych. W poprzednich edycjach pokazywano na nim wyłącznie spektakle zrealizowane we Wrocławiu. Pan chce poszerzyć jego formułę?

Przygotowujemy na ten czas dwie prapremiery. Podczas Festiwalu Oper Współczesnych + , uzupełnionego znakiem ze względu na formułę rozszerzoną o spektakle baletowe, będzie można przyjechać na światową premierę opery Leszka Możdżera „Kant" powstałej na kanwie dramatu Thomasa Bernharda, a także wieczór baletowy do muzyki współczesnej – m.in. „Eufolii" Prasquala i „De Stijl" Louisa Andriessena. Zapraszamy ponadto „Głos ludzki" Poulenca z Opery Narodowej oraz „Ubu Rex" Pendereckiego z Opery Śląskiej.

A którą z zapowiadanych premier dyrektor Nałęcz-Niesiołowski wybrał dla dyrygenta Nałęcza-Niesiołowskiego?

Na pewno będę chciał poprowadzić „Romea i Julię", „Fidelia" oraz operę Belliniego.

Obejmując stanowisko dyrektora Opery Wrocławskiej, przedstawił pan również pewne plany inwestycyjne. Co udało się już osiągnąć?

W tym sezonie kupiliśmy dla orkiestry wiele nowych instrumentów dzięki pomocy ministerstwa i Urzędu Marszałkowskiego. Latem będziemy z kolei realizować za 7 milionów zł projekt unijny związany z wyposażeniem technicznym, multimedialnym i oświetleniowym naszej sceny, bo dziś jest to wszystko niezbędne do przygotowywania premier. A pod koniec maja mieliśmy w Urzędzie Marszałkowskim prezentację projektu rozbudowy Opery Wrocławskiej, którą chcemy oprzeć o partnerstwo publiczno-prywatne. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za trzy-cztery lata będzie szansa na ukończenie tego przedsięwzięcia.

Czy może pan obiecać widzom, że premiery przyszłego sezonu powstaną przy użyciu innej techniki niż dotychczas?

Możliwości techniczne naszego teatru się zmieniają. W przeciągu najbliższych sezonów bez wątpienia nasze możliwości ulegną poprawie. Dzięki dofinansowaniom będziemy mogli stać się jedną z najlepiej wyposażonych scen operowych w kraju.

—rozmawiał Jacek Marczyński

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA