fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Jak odejścia anestezjologów wpłyną na pracę szpitali

AdobeStock
Przygniecione długami placówki oszczędzają na specjalistach. Wszystko przez zmiany w przepisach.

Zespoły anestezjologów z kilku dużych szpitali negocjują z dyrekcją warunki zatrudnienia i wysokość wynagrodzenia. Nie chodzi im o niebotyczne stawki, ale zbliżone do średniej rynkowej. Jeśli nie dojdą do porozumienia, w styczniu placówki mogą zostać bez anestezjologów, co całkowicie sparaliżuje pracę oddziałów zabiegowych.

Prowincja płaci więcej

Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", odejście z pracy lub znaczne jej ograniczenie rozważają całe zespoły. Rozmowy z dyrekcją trwają w szpitalu klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego przy ul. Banacha, gdzie specjalistów w tej dziedzinie brakuje już od kilku miesięcy. A po odejściu szefa kliniki wypowiedzenia złożyło kolejnych sześciu lekarzy.

Medykom chodzi o podwyżkę najniższej dziś w stolicy stawki 90 zł brutto za godzinę (średnia warszawska to 130–150 zł) i zatrudnienie specjalistów, którzy odciążyliby przepracowany zespół.

Czytaj także:

– Mamy wrażenie, że chodzi o to, byśmy sami odeszli, a dyrekcja zatrudni po nieco wyższych stawkach nowy, ale nie tak doświadczony zespół, który nie będzie potrafił sobie poradzić z najciężej chorymi – mówi lekarz z Banacha.

Jeśli dyrekcja i lekarze nie dojdą do porozumienia, szpitalowi grozi paraliż.

Jak wynika z danych Związku Zawodowego Anestezjologów, do podobnych sytuacji dochodzi w szpitalach klinicznych, gdzie lekarze łączą pracę z karierą akademicką. W sytuacji podobnej do tej na Banacha jest jeszcze jeden szpital akademicki na południu Polski i jeden z instytutów medycznych.

Próba sił skończy się wątpliwym zwycięstwem lekarzy. Anestezjologów gwałtownie brakuje w oddalonych od miast wojewódzkich szpitalach powiatowych, gdzie dyrektorzy gotowi są im płacić rekordowe stawki.

Coraz częściej specjaliści rezygnują więc z pracy w dużych ośrodkach na rzecz małych szpitali, w których mniejszym nakładem pracy zarabiają o 20–30 proc. więcej. Jak lekarz, który za godzinę pracy na OIOM na Mazowszu dostaje 200 zł.

– W wielu przypadkach o zmianie pracy decyduje mniejsze obciążenie. Prawdopodobieństwo, że na dyżurze w szpitalu powiatowym lekarz będzie znieczulał do zabiegu, jest mniejsze niż w klinice – mówi Jerzy Gryglewicz, anestezjolog i ekspert zarządzania w ochronie zdrowia.

Ale o lekarzy tej specjalizacji biją się też placówki prywatne – jeden z naszych rozmówców w klinice in vitro zarabia po 500 zł za godzinę. Innemu opłaca się raz na tydzień latać do Warszawy, gdzie za godzinę w klinice chirurgii plastycznej dostaje 450 zł.

– Dyrektorzy szpitali publicznych powinni doceniać osoby z poczuciem misji, które chcą pracować tylko dla dobra pacjentów – mówi Damian Patecki, współzałożyciel Porozumienia Rezydentów OZZL, rezydent anestezjologii.

Nad przepaścią

Dlaczego szefowie dużych szpitali próbują oszczędzać na anestezjologach kosztem pacjentów? Zdaniem Jakuba Szulca, byłego wiceministra zdrowia i eksperta EY, chodzi o problemy finansowe.

– To wynik m.in. presji płacowej personelu po ustawowych podwyżkach dla specjalistów, którzy zdecydują się podpisać lojalkę, i po podwyżce płacy minimalnej. Niedługo może się okazać, że wyceny procedur leczniczych są nieadekwatne do rzeczywistych kosztów. Dotychczas zakładano, że koszt pracy to maksymalnie 60 proc., a teraz przekracza 70 proc. Szpitale zwyczajnie przestaną się bilansować – zauważa Szulc.

Zdaniem Jerzego Gryglewicza jedynym sposobem na zażegnanie kryzysu kadrowego, który dotyczy praktycznie wszystkich specjalizacji, jest powrót do pierwotnej koncepcji sieci szpitali opracowanej przez prof. Zbigniewa Religę: – Gdyby zamknąć sto mniejszych szpitali dublujących oddziały z sąsiednimi placówkami i przekształcić je w zakłady opiekuńczo-lecznicze, mogłoby się okazać, że deficyt kadr jest mniejszy, a pacjenci bezpieczniejsi. To jednak wymaga politycznej odwagi rządzących – tłumaczy.

OPINIA

Jerzy Wyszumirski, przewodniczący Związku Zawodowego Anestezjologów

Dziwi mnie postawa dyrektorów, którzy poprzez złe decyzje administracyjne próbują wywrzeć presję na anestezjologów, by zgodzili się pracować za niskie stawki, i to w warunkach niedostatecznej liczby personelu, zagrażających życiu pacjentów. Takie postępowanie nieuchronnie prowadzi do sytuacji, w której szpital zostanie bez anestezjologów, a więc w praktyce nie będzie mógł funkcjonować. To jest wynik komercjalizacji systemu ochrony zdrowia, która sprawiła, że dla szefów szpitali finanse zaczynają być ważniejsze od chorych. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego dyrekcja pozwala sobie na takie zachowania wobec lekarzy tzw. specjalizacji eksportowej, która może liczyć na zatrudnienie nie tylko w mniejszych placówkach publicznych czy ośrodkach prywatnych, ale także za granicą. Wystarczy wspomnieć choćby Czechy, gdzie powstają kliniki dla polskich pacjentów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA