fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Konstanty Szułdrzyński: Polisa, na którą nas stać

Konstanty Szułdrzyński
tv.rp.pl
Nikt nie wie, czego się spodziewać po pandemii – czy trzecia fala dopiero będzie, czy już jest – mówi dr n. med. Konstanty Szułdrzyński ze Szpitala Narodowego.

„Szpital Narodowy nie chce przyjmować pacjentów", „Opozycja bierze pod lupę wydatki w Szpitalu Narodowym" – to tytuły tylko dwóch z wielu artykułów o szpitalu tymczasowym w Warszawie. O pana miejscu pracy pisze się głównie negatywnie. Dlaczego?

Bo to wygodne z politycznego punktu widzenia. Szpital tymczasowy, który ma pomóc w sytuacji, gdy w normalnych nie będzie już miejsc, jest rodzajem polisy ubezpieczeniowej. Trudno nazywać idiotą kogoś, kto kupił polisę na samochód i go nie rozbił. Jeszcze kilkanaście lat temu mało kto w Polsce kupował AC, a dziś jesteśmy narodem, który na to stać. Podobnie stać nas na luksus ubezpieczenia się na wypadek kolejnej, wielkiej fali pandemii, która może przypominać wiosenne wydarzenia w Lombardii. A krytyka? Bujanie łódką w sytuacji powszechnego zagrożenia zdrowia i życia nie jest ani rozsądne, ani godne pochwały.

Według statystyk od 6 do 12 stycznia w szpitalu zajęte były 92 łóżka. A stoi ich tam 500.

Powinniśmy się cieszyć, że nie jest wypełniony po brzegi. Na przełomie listopada i grudnia system ochrony zdrowia był na granicy wydolności i gdyby dziennie było o kilka tysięcy zachorowań więcej, można by mówić o braku miejsc na Narodowym. Nikt nie wie, czego się spodziewać po pandemii – czy trzecia fala dopiero będzie, czy już jest, czy wirus nie zmutuje i nie stanie się groźniejszy. Zawsze przywołuję przykład byłej minister zdrowia Ewy Kopacz, która w 2010 r. nie kupiła szczepionek na grypę AH1N1 i była z tego dumna. Wydaje mi się, że dziś stać nas na zapewnienie bezpieczeństwa. Lepiej, by Szpital Narodowy stał pusty, choć do tego jeszcze daleko. Stale mamy ok. 100 pacjentów, co równa się 4–5 oddziałom zwykłym, czyli dwóm szpitalom. To o 100 łóżek więcej w zwykłych szpitalach dla pacjentów niecovidowych, wymagających leczenia innych poważnych chorób.

Tyle że według opozycji odbywa się to zbyt dużym kosztem. Niedawno krytykowano, że łóżko na Narodowym jest o wiele droższe niż w zwykłym szpitalu, że inwestycja w niego to pieniądze wyrzucone w błoto.

Ogromna część kosztów poniesionych na stworzenie tego szpitala nie jest bezpowrotnie stracona. Wiele nakładów poszła na sprzęt, np. respiratory, z których część zostanie przekazana do zwykłych szpitali, a reszta zostanie w rezerwie Agencji Rezerw Materiałowych. Adaptacja budynku, np. instalacje tlenowe, to niewielka część kosztów. Zresztą, same szpitale tymczasowe mogą posłużyć dłużej niż do końca pandemii. Coraz więcej mówi się o pacjentach, którzy po przejściu Covid-19 wymagają opieki długoterminowej pod tlenem. Być może szpitale tymczasowe staną się pocovidowymi, odciążając pozostałe od pacjentów wymagających długotrwałej, ale mniej intensywnej opieki. Opieka nad pacjentami z Covid-19 jest ważna, ale pilności nabiera przywrócenie funkcjonowania całego systemu opieki zdrowotnej.

Jest pan anestezjologiem specjalizującym się w leczeniu najtrudniejszych przypadków. Dlaczego zdecydował się pan na pracę w szpitalu, który z założenia ma przyjmować pacjentów „lżejszych"?

To bardzo interesujące doświadczenie. Jestem anestezjologiem, ale i internistą. Zajmuję się koronawirusem od samego początku, ale dotychczas tylko na intensywnej terapii (IT). Tu mogę prześledzić przebieg leczenia, od momentu gdy pacjent trafia do szpitala, do chwili gdy wymaga przeniesienia na IT lub wypisu. Poza tym nie można zakładać, że to ostatnia pandemia, z którą przyszło nam się zmierzyć. Może zabrzmi to górnolotnie, ale doświadczenia zebrane podczas tworzenia takiego miejsca są cenne z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego. Zdobyty w ten sposób know-how jest cenny, a tworzenie koncepcji na papierze nie odpowiada problemom, jakie napotyka się w rzeczywistości, zarówno z punktu widzenia zarządczego i logistyki, jak prowadzenia takiego zespołu pod kątem relacji międzyludzkich.

Jakie to problemy?

Trzeba wiedzieć, jakich pacjentów da się prowadzić w takich warunkach – dziś wiemy, że to miejsce dla chorych ze średniociężkim zapaleniem płuc. Jest wprawdzie malutki oddzialik intensywnej terapii, ale nie są to warunki do długotrwałego leczenia – nie ma np. możliwości przeprowadzania dializ. Zupełnie nowym doświadczeniem jest organizacja pracy zespołu, który się cały czas rotuje. Do pracy na Narodowym przyjeżdżają ludzie z całej Polski, biorąc po kilka dyżurów w miesiącu. To bardzo różni ludzie, tacy, którzy niczego się nie boją, chcą pomóc pacjentom tam, gdzie tej pomocy wymagają, a nie, gdzie jest wygodnie pracować. To często osoby po misjach w krajach Trzeciego Świata, strażacy czy żołnierze z uprawnieniami ratowników. Pracując z nimi, sam czuję się trochę jak na misji. Nabywam umiejętności miękkich: jak pracować z tak zróżnicowanym zespołem, by z jednej strony nad nim zapanować, a z drugiej nie zgasić jego entuzjazmu. Wiele rzeczy muszę robić inaczej, nie tylko niż w zwykłym szpitalu, ale nawet niż na początku pracy tutaj.

Jak leczy się pacjentów, pracując z tak różnymi ludźmi, którzy codziennie się zmieniają?

Mamy system tzw. lekarza dziennego – najbardziej doświadczonego internisty czy pulmonologa, którego rolą jest utrzymanie ciągłości leczenia. Prócz mnie, funkcję takiego lekarza pełni doświadczony pulmonolog, profesor diabetologii oraz neurolog. Na pokładzie mamy też kardiologa. Jestem pewny, że te doświadczenia przełożą się na nowe standardy postępowania w sytuacji pandemii, a nie możemy mieć pewności, że ta jest ostatnią.

Konstanty Szułdrzyński jest członkiem zespołu doradców ds. Covid-19 przy premierze, od grudnia pracuje w Szpitalu Narodowym, wcześniej był kierownikiem Centrum Terapii Pozaustrojowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA