fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt na Ukrainie

Donbas: impasu nie przełamano

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski chce rozmawiać z Moskwą, ale nie na jej warunkach. Na zdjęciu z 12 września podczas powitania prezydenta Finlandii Sauli Niinistö w Kijowie
AFP
Kijów w ostatniej chwili wycofał się z podpisania dokumentu, który mógł pogrążyć prezydenta Ukrainy.

Wydawało się, że zakończenie tlącej się od pięciu lat wojny jest bliskie. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odbył już trzy dłuższe rozmowy telefoniczne z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem, ostatnio zadzwonił na Kreml po głośnej wymianie jeńców.

Władze w Moskwie odnotowały nawet, że nowy prezydent w Kijowie „demonstruje gotowość do kompromisów", a rosyjskie i ukraińskie media wróżyły szybkie spotkanie przywódców czwórki normandzkiej (Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec). Miało odbyć się już we wrześniu w Paryżu. Kreml zażyczył sobie, by przed tym spotkaniem strony „zatwierdziły na piśmie" tzw. formułę Steinmeiera, dotyczącą zakończenia wojny w Donbasie.

Zaskoczyć Moskwę

W Kijowie nikt temu nie zaprzeczał. Szef ukraińskiej dyplomacji Wadym Prystajko przyznał nawet w środę, że parafował ten dokument podczas spotkania doradców „czwórki normandzkiej" w Berlinie 2 września. Ostatecznie miał go podpisać w środę wieczorem były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma, który reprezentuje Kijów w grupie kontaktowej w Mińsku. Nie podpisał i postawił warunki, na które nie zgodziła się Moskwa. Negocjacje utknęły w ślepym zaułku.

Zaproponowana jeszcze w 2015 r. przez ówczesnego szefa niemieckiej dyplomacji Franka-Waltera Steimeiera (dziś prezydent) formuła polega na tym, że w niekontrolowanej obecnie przez Kijów części Donbasu miałyby się odbyć wybory samorządowe i tego samego dnia ukraiński parlament miałby zgodzić się na ustawę dotyczącą „specjalnego statusu" dla tej części wschodniej Ukrainy. Następnie, gdyby misja OBWE uznała w ostatecznym raporcie te wybory za uczciwe i demokratyczne, status miałby obowiązywać na stałe. Tak wynika z projektu dokumentu, który w czwartek opublikował rosyjski dziennik „Kommiersant". Do ostatniej chwili Moskwa była przekonana, że Kijów podpisze się pod tym dokumentem.

Najpierw granica

Wszystko zaczęło się sypać, gdy Kuczma nagle zażądał, by najpierw wycofano stamtąd rosyjskich żołnierzy. Ukraińska straż graniczna miałaby z kolei powrócić na niekontrolowany obecnie przez Kijów kilkusetkilometrowy odcinek granicy. Można jedynie się domyślać, dlaczego w Kijowie przez ostatnie tygodnie nikt głośno o tym nie wspominał, a ukraińscy dyplomaci, milcząc, przytakiwali kolejnym wypowiedziom moskiewskich urzędników. Niewykluczone, że zachowując milczenie i dając Moskwie nadzieję na „kompromis w kwestii Donbasu" na warunkach Rosji, Kijów nie chciał zakłócić procesu uwolnienia jeńców, w tym skazanego na 22 lata łagrów reżysera Ołeha Sencowa. Jedno jest pewne: 81-letni Kuczma mocno zaskoczył wysłanników Kremla w Mińsku.

– Przez cały okres negocjacji ukraińska strona wszystko parafowała, a w decydującym momencie postawiła warunki, które przekreślają formułę Steinmeiera. W tej sytuacji myślę, że spotkania czwórki normandzkiej nie będzie. Na razie konkretów brak – mówi „Rzeczpospolitej" Fiodor Łukjanow, szef wpływowej rosyjskiej Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej, czołowy analityk ds. polityki zagranicznej Rosji, blisko związany z Kremlem.

Jak za Poroszenki

– Formalnie cała władza na Ukrainie jest w rękach jednego człowieka i jednej grupy, ale de facto widzimy, że tak nie jest. Nadchodzi stamtąd bardzo wiele sprzecznych oświadczeń. Po spotkaniu w środę w Mińsku rosyjska strona odnotowała, że nic się nie zmieniło, na Ukrainie jest taka sama narracja jak za czasów Poroszenki – dodaje.

Rosyjska wizja bezwarunkowej realizacji formuły Steinmeiera przez Kijów wyglądałaby następująco. Liderzy samozwańczych i nieuznawanych przez nikogo republik donieckiej i ługańskiej na własnych warunkach przeprowadziliby wybory samorządowe. Oczywiście bez udziału ukraińskich partii, ale w obecności tysięcy „zielonych ludzików".

Gdyby nawet OBWE uznało te wybory za „sprawiedliwe i demokratyczne", uznanie wyniku tych wyborów przez Kijów w jakiejkolwiek formie oznaczałoby w zasadzie kapitulację Ukrainy po pięciu latach wojny. Przede wszystkim utrwaliłoby główną tezę rosyjskiej propagandy, że na wschodzie Ukrainy trwa „wojna domowa".

– To byłaby katastrofa. Przeprowadzenie tych fikcyjnych wyborów w Donbasie wywołałoby masowe protesty w Kijowie i zapoczątkowało poważny kryzys polityczny na Ukrainie. Niewykluczone, że Moskwie o to chodziło – mówi „Rzeczpospolitej" Wołodymyr Fesenko, znany kijowski politolog. – Zełenski jest gotowy do kompromisów, Kijów chce rozmawiać z Moskwą, ale nie na warunkach Moskwy – dodaje. – Musimy kontynuować rozmowy i powrócić do tematu międzynarodowej misji pokojowej ONZ – dodaje.

Wiele wskazuje na to, że Moskwa nie zamierza ustępować. Konsekwentnie nie zmienia swojej polityki od początku wojny w Donbasie. Oczekiwano, że w środę w Mińsku zapadnie też decyzja w spawie zawieszenia broni i wycofania sił w miejscowościach Petrowskoje i Zołotoje. Ukraińska delegacja na czele z Kuczmą zgodziła się na to i zaproponowała nawet ustalenie daty. Zablokował to przedstawiciel Kremla Borys Gryzłow, który stwierdził, że „kwestie bezpieczeństwa powinno się synchronizować z kwestiami politycznymi".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA