fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt na Ukrainie

Krym wysycha i przekształca się w pustynię

Adobe Stock
Władze w Kijowie mają dylemat. Wznowienie dostaw wody na półwysep mogłoby zostać odebrane jako uznanie jego aneksji.

Od miesięcy władze anektowanego przez Rosję Krymu walczą z suszą, która prawie całkiem zniszczyła lokalne rolnictwo. W wielu rejonach półwyspu ogłoszono stan sytuacji nadzwyczajnej, a terytorium dotknięte problemem ciągle się powiększa. Z opublikowanych przez ukraińskie Ministerstwo ds. Terytoriów Czasowo Okupowanych i Osób Przesiedlonych Wewnętrznie zdjęć satelitarnych wynika, że centralna, wschodnia i północna część półwyspu coraz bardziej zaczyna przypominać stepy pustynne.

O tragicznej sytuacji lokalnych rolników świadczą dane krymskiego resortu gospodarki wiejskiej, z których wynika, że powierzchnia nawadnianych gruntów obecnie wynosi zaledwie 14 tys. hektarów. Tymczasem przed rosyjską aneksją w 2014 roku podlewano tam około 130 tys. hektarów.

Rosyjski gubernator Krymu Siergiej Aksjonow pod koniec czerwca szacował, że krymscy rolnicy w tym roku mogą stracić nawet 1 mld rubli (równowartość 60 mln złotych), i zwrócił się do Moskwy z prośbą o pokrycie tych kosztów. Rosyjski rząd na razie milczy, a szef krymskich wodociągów Władimir Bażenow w wywiadzie dla lokalnej gazety zaproponował liczyć jedynie na „siłę wyższą": – Żydzi powinni pójść do synagogi, muzułmanie do meczetu, a prawosławni do cerkwi.

Wody zabrakło wraz z pojawieniem się na półwyspie rosyjskich żołnierzy wiosną 2014 roku. Tuż po aneksji półwyspu władze w Kijowie zamknęły Kanał Północnokrymski, poprzez który woda trafiała tam z Dniepra. W ten sposób Ukraina zabezpieczała 85 proc. zapotrzebowania Krymu na wodę. Od tamtej pory częste przerwy w dostawach wody stały się częścią życia codziennego na półwyspie. W sieciach społecznościowych roi się od wpisów, w których mieszkańcy różnych krymskich miast skarżą się, że nie mieli wody nawet przez kilka dni.

Od kilku dni w ukraińskich mediach toczy się dyskusja o ewentualnym wznowieniu dostaw wody na Krym. Temat rzuciła doradca szefa resortu polityki informacyjnej Julia Kazdobina, która stwierdziła, że otwarcie Kanału Północnokrymskiego uratuje lokalnych rolników i będzie przejawem „troski o swoich obywateli". Po fali negatywnych komentarzy usunęła post, ale temat w ukraińskich mediach pociągnął były premier krymskiego rządu Anatolij Mogilew. Zaproponował, by władze w Kijowie rozpoczęły negocjacje z Rosją i zaczęły sprzedawać wodę na Krym. – Kupujemy przecież od Rosji ropę i gaz. Przez nasze terytorium biegną rurociągi, którymi płynie rosyjska ropa i gaz. Więc warto sprzedawać wodę i mieć z tego pieniądze, zamiast, jak to jest obecnie, wylewać wodę do Morza Czarnego – stwierdził cytowany przez stację 112. Ukraina.

– Wystarczy, że Kijów za darmo dostarcza wodę i prąd do okupowanej części Donbasu. Tracą mieszkańcy pozostałych regionów Ukrainy, którzy ponoszą te wszystkie koszty. Ukraina nie może brać za te dostawy pieniędzy, ponieważ taka współpraca oznaczałaby uznanie dla samozwańczych republik. To samo dotyczy Krymu, nie można handlować z okupantami – mówi „Rzeczpospolitej" Witalij Kuprij, deputowany do Rady Najwyższej. – Jakakolwiek współpraca handlowa z mianowanymi przez Rosję władzami Krymu jest przestępstwem w świetle prawa ukraińskiego – dodaje.

Gdy w 2015 roku nieznani sprawcy wysadzili w powietrze linie energetyczne, Krym pozostał bez ukraińskiego prądu. Każda miejscowość miała swój harmonogram dostaw prądu i mieszkańcy mogli zapalać światło wyłącznie w określonych godzinach. Problem został rozwiązany, gdy rok później Władimir Putin uruchomił zbudowany na dnie Cieśniny Kierczeńskiej most energetyczny. Zaopatrzyć półwysep w wodę z terytorium Rosji nie jest już tak łatwo. – Rosyjski rząd od lat rzuca różne pomysły. Mówiono o przetwarzaniu wody morskiej, a ostatnio pojawiły się plany pociągnięcia wody przez zbudowany niedawno most krymski. Tymczasem przez cztery lata okupacji nikt nic nie zrobił – mówi „Rzeczpospolitej" Anna Andrijewska, pochodząca z Krymu ukraińska dziennikarka, która po aneksji wyprowadziła się do Kijowa. – W ten sposób zarobki są najniższe w Rosji, a ceny moskiewskie – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA