fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Bogusław Chrabota: Wolę konsensus od stanów nadzwyczajnych

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i lider Porozumienia Jarosław Gowin
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Stan klęski żywiołowej to ograniczenia uprawnień samorządów, wojsko na ulicach i nadzwyczajne przepisy karne. Czy rzeczywiście tego chcemy?

Nieco dziwię się opozycji, że z taką zajadłością domaga się wprowadzenia stanu klęski żywiołowej (SKŻ). Nawet pobieżna lektura tekstu regulującej go ustawy podpowiada, że SKŻ jest dość daleko idącym opresyjnym uderzeniem w życie publiczne i kalkulacja, że przyniesie tylko straty sprawującym władzę jest fałszywa.

W czasie SKŻ można w znacznym stopniu ograniczyć aktywność organów samorządowych na rzecz administracji rządowej, wyprowadzić na ulice wojsko, kierować ludzi do prac obowiązkowych, zawiesić nadawanie stacji komercyjnych, a prasę ograniczyć do drukowania rozporządzeń władz.

Osobną stroną są dość represywne przepisy karne, które wprowadza ustawa o SKŻ, a ich zastosowanie może poważnie uderzyć w jakość życia publicznego. Dlatego suflowanie przez opozycję tego rozwiązania można uznać za historyczny paradoks, zwłaszcza w kontekście wciąż żywych reminiscencji ze stanu wojennego w 1981 roku.

Dziś ta ścieżka może prowadzić do powtórzenia się tamtego scenariusza; a pragnę przypomnieć, że w latach osiemdziesiątych nawet połowa społeczeństwa popierała podjętą ze złamaniem prawa decyzję reżimu. Założenie więc, że dziś legalne wprowadzenie SKŻ w krótkiej perspektywie osłabi władzę jest iście karkołomne. O ile nie samobójcze dla dzisiejszej opozycji.

Stąd prosty wniosek, że myślenie w kategoriach konsensusu ma głęboki sens. To proponuje Jarosław Gowin podważając – w zgodzie z poważną częścią opinii publicznej (80 proc. i więcej) – pomysł przeprowadzenia 10 maja wyborów na bazie aktualnie obowiązujących, bądź planowanych do uchwalenia przepisów o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym.

Nie wiem, czy pomysł wydłużenia kadencji Andrzeja Dudy o dwa lata jest najlepszy (bardziej przemawia do mnie wydłużenie kadencji o rok), ale przemawia do mnie przede wszystkim argument, że w sytuacji ryzyka poważnego załamania państwa klasa polityczna może dać społeczeństwu rzadki dowód rozsądku, odpowiedzialności i powagi, że potrafi unieść się ponad podziały i zadziałać wspólnie w interesie dobra publicznego.

Czy to w ogóle możliwe? Trudno zgadnąć, ale mieliśmy w polskiej historii wydarzenia, kiedy zajadli przeciwnicy łączyli wysiłki w interesie państwa. Czy dziś sytuacja pandemii się tego domaga? Dopiero historia oceni.

Kompletnie innym argumentem jest kwestia zmiany modelu prezydentury, która mogłaby iść śladem takiego konsensusu. Ograniczenie prezydentury do jedno-kadencyjności w polskim systemie konstytucyjnym to postulat raczej mi bliski. Po pierwsze potwierdza taki model praktyka: tylko raz w ciągu trzydziestu lat wyborcy zdecydowali się przedłużyć kadencję urzędującego prezydenta (Aleksander Kwaśniewski). W pozostałych przypadkach, z wyjątkiem dramatycznej śmierci pełniącego obowiązki głowy państwa ś.p. Lecha Kaczyńskiego żaden z prezydentów nie zasłużył zdaniem elektoratu na powtórny wybór.

I kwestia najważniejsza, choć systemowa związana z poprzednią. W polskiej rzeczywistości politycznej do rządów prezydentów wynoszą partie polityczne, których ten, ze względu na intencję przedłużenia swojej misji jest cały czas zakładnikiem. Jedno kadencyjność odsuwając perspektywę ponownego wyboru odcięłaby pępowinę między prezydentem i macierzystą partią i uniezależniłaby prezydenturę. To argument systemowy, który nie sposób nie wziąć pod uwagę podczas prac nad reformowaniem państwa.

Czy dziś jest ten moment? Niezależnie od decyzji jaką podejmiemy w tych trudnych czasach odpowiedzi udzieli historia.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA