fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Disneya w Polsce nie będzie

Piotr Gliński
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Czy wielka instytucja ma powstać po to, żeby skanalizować twórczość polskich filmowców?

Burza zaczęła się w piątek po południu, kiedy na stronie swego resortu minister kultury i dziedzictwa narodowego ogłosił, że ma zamiar połączyć państwowe instytucje kultury: Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, studia filmowe Kadr, Tor oraz Zebra, Studio Miniatur Filmowych i Studio Filmowe Kronika. „Dzięki temu powstanie profesjonalny publiczny ośrodek produkcji filmowej, który będzie poważnym partnerem dla realizatorów wysokobudżetowych produkcji europejskich i amerykańskich. Nowa instytucja będzie również wspierać rodzimych i zachodnich producentów, szczególnie młodych twórców” – czytamy w komunikacie. Ma powstać podmiot o rocznych obrotach ok. 100 mln zł.

Państwowy inwestor ma oczywiście prawo tworzyć własną wytwórnię. Nikt mu tego nie zabrania. Tylko po co? I dlaczego przy okazji chce zlikwidować świetnie działające WFDiF czy studia filmowe?

Studia te, kiedyś zespoły filmowe, mają w polskiej kulturze ponad 70-letnią tradycję. Przez całe dekady filmowcy z całego świata zazdrościli nam tych struktur, dzięki którym – nawet za czasów komunizmu – polskie kino kwitło, zachowując pewną niezależność. Do dzisiaj przetrwały zaledwie trzy: Tor Krzysztofa Zanussiego, Kadr Filipa Bajona oraz Zebra Juliusza Machulskiego. Od 1991 r. utrzymują się samodzielnie, nie dostają z ministerstwa ŻADNEJ dotacji podmiotowej. Działają – lepiej lub gorzej – na podobnych zasadach jak inni producenci. Ich jedynym przywilejem jest prawo do sprzedaży wyprodukowanych przez nie w PRL filmów, ale dzisiaj sumy, jakie z tego tytułu płyną, są już naprawdę niewielkie. O dotacje celowe, czyli na konkretne filmy, Kadr, Tor i Zebra ubiegają się na takich samych prawach jak inni producenci. Komu więc przeszkadzają? A nawet jeśli ich struktura wymaga zmian, to nie powinny one nastąpić w taki sposób, decyzją podjętą całkowicie odgórnie, bez jakichkolwiek konsultacji środowiskowych – choćby ze Stowarzyszeniem Filmowców czy gildiami zawodowymi.

Zapewnienia, że wszystko to ma służyć „profesjonalizacji”, są dla polskich filmowców obraźliwe. Mamy naprawdę profesjonalne kino, które ostatnio zbiera nagrody na najważniejszych festiwalach świata, pojawia się na oscarowych listach i przyciąga do polskich kin miliony widzów.

Dziwi też idea tworzenia wielkiego państwowego studia. W internecie pojawiły się już komentarze: „Mosfilm”. Dzisiaj na rynku działa kilkudziesięciu prywatnych producentów, którzy zyskali zaufanie i mają znakomite kontakty na całym świecie. Może to ich trzeba wspierać? Studia o potędze Disneya nad Wisłą nie zbudujemy – nie mają go kraje znacznie zamożniejsze. A poza tym świat odchodzi od takich molochów. Dzisiaj liczą się niegigantyczne, prężne, sprawnie zarządzane firmy.

Rodzą się więc pytania. Czy ta wielka instytucja nie ma powstać po to, żeby skanalizować twórczość polskich filmowców? Kto stanie na jej czele? I czy nie będą tam kierowane środki, które teraz dostają świetne projekty producentów niezależnych? Zamiast „Zimnej wojny” powstanie jakaś kolubryna Mela Gibsona? Albo „Zerwany kłos 2”? Bo to dopiero byłoby dla polskiego kina, które jest ostatnio w znakomitej kondycji, prawdziwym zagrożeniem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA