fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Inne sporty

Mercedes kontra reszta świata

AFP
Niemiecki zespół oddał rywalom tylko trzy wyścigi. Nowa gwiazda Max Verstappen to nadzieja na emocje.

Drugi rok z rzędu równych sobie nie miał fabryczny zespół Mercedesa, jednak o ile 12 miesięcy temu walka o mistrzostwo świata pomiędzy Lewisem Hamiltonem i Nico Rosbergiem trwała do ostatniego wyścigu, o tyle teraz wszystko rozstrzygnęło się już w październiku i ostatnie trzy rundy – w Meksyku, Brazylii i Abu Zabi – nie miały znaczenia dla losów tytułu.

Zresztą wszystkie trzy wygrał Rosberg i aż szkoda, że wicemistrz świata kompletnie przespał najważniejszą część sezonu, wyraźnie oddając pole broniącemu prymatu Hamiltonowi. Ten z kolei wykonał przedsezonowe założenie i wyraźnie poprawił swoje osiągi w kwalifikacjach, a w niedzielne popołudnia spokojnie zaliczał kolejne zwycięstwa. Coś zacięło się jesienią: impetu wystarczyło do przypieczętowania tytułu w USA.

Mistrz tłumaczył, że zmiany wprowadzane w samochodzie przez ekipę Mercedesa nie odpowiadają jego stylowi jazdy. Z kolei kibice snuli domysły, jakoby zespół chciał udobruchać Rosberga po tym, gdy przez większość sezonu musiał wąchać spaliny z auta kolegi z zespołu i skupiać się na pilnowaniu drugiej pozycji przed zakusami Sebastiana Vettela, zamiast próbować gonić Hamiltona.

To jednak mało prawdopodobne, by ambitny Lewis zgodził się na takie traktowanie i nie pisnął ani słowa skargi dziennikarzom, których w ciężkich momentach zwykł raczyć szczerymi i pełnymi emocji wyznaniami o swoich cierpieniach.

Kierowcy Mercedesa ustanowili w tym roku nowy rekord, zdobywając aż 12 dubletów – o jeden więcej niż w zeszłorocznych mistrzostwach. Ponownie oddali rywalom trzy wyścigi, ale o ile w minionym sezonie resztki z pańskiego stołu zbierał Daniel Ricciardo i Red Bull, o tyle teraz robił to Sebastian Vettel.

Niemiec po sezonie 2014 spędzonym w cieniu Ricciardo przeszedł do Ferrari i w czerwonych barwach odzyskał wigor: zwyciężał w Malezji, na Węgrzech i w Singapurze, gdzie w świetle reflektorów mistrzowie z Mercedesa się głowili, dlaczego zamiast walczyć o wygraną, wywożą z miasta-państwa ledwie czwartą pozycję Rosberga.

Przejście z Red Bulla do Ferrari było genialnym zagraniem Vettela. Jego poprzedni zespół, z którym świętował cztery mistrzowskie tytuły z rzędu w latach 2010–2013, zajął w tym roku dopiero czwarte miejsce. Piętą achillesową okazały się silniki Renault: wściekli szefowie Red Bulla latem zerwali nawet obowiązujący na sezon 2016 kontrakt z francuską firmą, ale kiedy się okazało, że żaden inny dostawca nie chce z nimi współpracować, musieli z podkulonym ogonem wrócić do Renault i mieć nadzieję, że przez zimę inżynierowie uporają się z niedostatkami mocy.

O tym, że postęp na tym polu jest możliwy, przekonują z kolei wyniki Ferrari. Włoskie jednostki napędowe w zeszłorocznej wersji były najsłabsze w stawce, ale w tym roku wyraźnie wyprzedzały Renault. Vettel zrobił z tego świetny użytek i przez pewien czas wyglądało nawet na to, że ostro powalczy z Rosbergiem o wicemistrzostwo świata. Przy okazji zaskarbił sobie sympatię wielu nowych kibiców, którzy jeszcze parę lat temu mieli serdecznie dość jego dominacji i triumfalnie wznoszonego palca po kolejnych zwycięstwach w Red Bullu, a teraz dopingowali go w walce z mercedesami. Jeśli Ferrari zrobi kolejne postępy, to może w sezonie 2016 dojdzie do pojedynku, na który wszyscy ostrzą sobie zęby: Hamiltona z Vettelem.

Fernando Alonso przeszedł do McLarena, znów współpracującego z Hondą. Japoński producent wrócił do Formuły 1 po dłuższej przerwie i musiał nadrobić stratę jednego roku w stosunku do innych producentów silników. Na razie niewiele wskazuje, by miało się to zakończyć sukcesem: przez cały sezon Alonso i Jenson Button, dwaj byli mistrzowie świata, zdobyli ledwie 27 punktów, a w klasyfikacji konstruktorów McLaren wyprzedził jedynie słabiutkiego Manora. Samochody były wolne i psuły się na zawołanie.

Japońscy inżynierowie obiecują postępy w trakcie zimowej przerwy, ale straty mogą okazać się zbyt duże, by Alonso i Button mogli marzyć o sukcesach w sezonie 2016.

W cieniu walki o najwyższe lokaty Formuła 1 przywitała nową potencjalną gwiazdę. Max Verstappen, którego ojciec Jos w latach 1994–2003 bezskutecznie próbował podbijać Grand Prix, przebojem wdarł się na wyścigową scenę. We wrześniu skończył 18 lat, a jeszcze jako 17-latek był czwarty na Węgrzech. Później kierowca Toro Rosso powtórzył ten wynik w USA, a jego odważne ataki wzbudzają podziw kibiców – nawet jeśli od czasu do czasu powinie mu się noga, jak w groźnie wyglądającej kraksie w Monako.

Stabilność przepisów sprzyja spłaszczaniu stawki – a sezon 2016 będzie już trzecim z obecnym regulaminem silnikowym – możemy więc mieć nadzieję na więcej emocji niż w mijającym roku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA