fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Krzysztof Kowalski: Nasze korzenie sprzed naszej ery

Józef Kostrzewski, Ignacy Mościcki
1936 rok, prezydent RP Ignacy Mościcki (z prawej) słucha objaśnień kierownika robót wykopaliskowych profesora Józefa Kostrzewskiego (2. z prawej) podczas zwiedzania osady biskupińskiej.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Porażka jest sierotą, a zwycięstwo ma wielu ojców. Zwycięstwo w postaci odzyskania niepodległości przez Polskę jest tego przykładem, zresztą – chwała tym „ojcom". Ale o dwóch spośród nich niemal zapomniano, dlatego w listopadzie należy im się ukłon.

Gdy przestały grzmieć armaty i ucichł dyplomatyczny jazgot, rozpoczęła się batalia o tożsamość odrodzonego państwa i jego historyczne, a nawet prehistoryczne, korzenie. Zajęli się tym polscy archeolodzy, a nieformalnym generałem tego korpusu był Józef Kostrzewski, pierwszy badacz Biskupina.

11 listopada 1918 r. w siedzibie Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk odbyło się posiedzenie Komisji Uniwersyteckiej, któremu sekretarzował Józef Kostrzewski. Uczestnicy nie poprzestali na czczej gadaninie: już w następnym roku byli współzałożycielami Uniwersytetu Poznańskiego, w którym katedrę prehistorii objął Józef Kostrzewski. W archeologicznym niebie siedzi „po prawicy Pana": w 1918 r. uczestniczył w polonizacji niemieckiego Muzeum Cesarza Fryderyka – powstało z niego Muzeum Wielkopolskie. W 1919 r. założył pismo „Przegląd Archeologiczny", a w  roku 1926 – „Z Otchłani Wieków". W następnym roku utworzył Polskie Towarzystwo Prehistoryczne. Z premedytacją brał udział we wszystkich międzynarodowych konferencjach naukowych i sympozjach: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swoją archeologię mają".

Był członkiem  Międzynarodowego Instytutu Antropologicznego w Paryżu, Fińskiego Towarzystwa Archeologicznego, wymieniał zabytki z zagranicznymi muzeami, rozkręcił na niespotykaną wcześniej skalę badania terenowe w całej Polsce. Ramy tego felietonu nie pomieszczą jego zasług.

Opublikował też książkę „Wielkopolska w czasach prehistorycznych", w której dowodził tubylczości Słowian na ziemiach odrodzonego państwa polskiego – naszą tożsamość wywodził z czasów przed Chrystusem. I to właśnie nie spodobało się archeologom niemieckim. Na tym tle toczył zażartą dyskusję z badaczami zza Odry – Gustafem Kossinną oraz Bolko von Richthofenem, za co uznany został za wroga III Rzeszy. Po klęsce wrześniowej SS-mani przetrząsali Uniwersytet Poznański w poszukiwaniu tego „wroga". Gestapo tropiło go do końca wojny, dzięki przyjaciołom – bez skutku. Dziś, z perspektywy stulecia, można się pokusić o twierdzenie, że był najwybitniejszym polskim archeologiem XX wieku.

Drugą wybitną postacią – archeologiem – w odradzającej się Polsce był Leon Kozłowski. Studiował na uniwersytetach w Krakowie i Tybindze. Do 1926 r. pochłaniała go praca naukowa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Interesowała go prehistoria ziem zajmowanych przez Słowian i – jakżeby inaczej – odrodzona Polska. Ale do encyklopedii trafił nie ze względu na swoją działalność naukową. Józef Kostrzewski tak ocenił pracę habilitacyjną Kozłowskiego „Groby megalityczne na wschód od Odry": „Ta całkowicie poroniona praca charakteryzuje doskonale umysłowość Kozłowskiego. Miał on ciekawe pomysły, niestety przeważnie nie kontrolowane przez krytykę, a będąc silnie nerwowy i podsycając swą nerwowość paleniem papierosów, głosił nieraz tezy całkowicie sprzeczne z dotychczasowymi obserwacjami" (za: „Z mego życia. Pamiętniki". Józef Kostrzewski nie palił i nie pił alkoholu). A jednak dzięki Leonowi Kozłowskiemu w świecie było głośno o polskiej archeologii.

Uprawianie archeologii przez Leona Kozłowskiego przywodzi na myśl miłość bez wzajemności, co zresztą on sam pojął, skoro rzucił się w wir polityki. Zresztą flirtował z nią od wczesnej młodości. Był członkiem Związku Młodzieży Postępowej. Podczas studiów w Krakowie poznał Józefa Piłsudskiego i angażował się w działalność Związku Walki Czynnej. Encyklopedie skrupulatnie wyliczają jego polityczne poczynania. Skończyło się tym, że w latach 1934–1935 był premierem II Rzeczypospolitej. Jakim? Stanisław Cat-Mackiewicz odpowiada na to pytanie: „miał zwyczaj śmiać się specjalnie głośno śmiechem, którego sekret posiadł, a który na ulicy straszył nerwowe panie i konie. O ile poważne błędy Jędrzejewicza [premier w latach 1933–1934 – przyp. KK] płynęły z braku inteligencji, ale nie z braku powagi, o tyle błędy Kozłowskiego płynęły z lekkiego ustosunkowania się do rzeczy najpoważniejszych (...). Tego rodzaju charakter nie szkodzi przy pracy adwokatom, literatom, poetom, autorom dramatycznym, komikom itd., lecz jest niebezpieczny u zawodów takich jak sędzia, sternik okrętu, pilot, szofer, lekarz lub premier".

I znowu, z perspektywy stuletniej, można by powiedzieć o Leonie Kozłowskim: „lepiej pilnuj szewcze kopyta". Ale którego? Bo pracując przy obu, dobrze zasłużył się młodemu państwu polskiemu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA