fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Kryzys przed nami, minął tylko pierwszy wstrząs

Fotorzepa, Robert Gardziński
Po szoku, jakim był lockdown, polska gospodarka powoli podnosi się z zapaści. Ale powrót do stanu sprzed pandemii może potrwać długo albo nawet bardzo długo.

Po 3,5 miesiąca od wprowadzenia stanu epidemii w Polsce kondycja gospodarki z pozoru nie wygląda źle. Większość firm może działać prawie normalnie, Polacy zaś – wbrew obawom – dosyć chętnie pozwalają sobie na duże zakupy konsumpcyjne, a nawet tłumnie ruszyli na wakacje. I to w kraju, wspierając w ten sposób najbardziej dotkniętą pandemią branżę turystyczną.

Czytaj także: Epidemia pesymizmu nie mija

Nie widać też lawinowego wzrostu bezrobocia, masowych zwolnień czy fali spektakularnych bankructw firm. Minister finansów Tadeusz Kościński przekonuje, że najgorsze już za nami, a przed nami tzw. V-kształtne odbicie, czyli szybki powrót do stanu przed pandemią.

Rzeczywistość nie jest jednak tak różowa – replikują ekonomiści. – Rzeczywiście, najgorsze, czyli okres lockdownu, mamy już za sobą, jednak wciąż stoimy na bardzo grząskim gruncie – ocenia Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Trzęsienie ziemi przeżyliśmy, ale trzeba się spodziewać wstrząsów wtórnych – komentuje też Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polski.

Czytaj także: Firmy tną pensje i etaty, wyhamowują inwestycje

Jak tłumaczy Kozłowski, wzrost aktywności, jaki dziś możemy obserwować, to efekt odbicia się od dna, czyli sytuacji całkowitego paraliżu gospodarki w drugiej połowie marca i kwietnia. Tyle że nawet silne odbicie od dna nie oznacza, że od razu wskoczymy na szczyt. Poza tym powoli kończy się pomoc publiczna w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Dotychczas do przedsiębiorstw trafiło prawie 110 mld zł, które pomogły im przetrwać najbardziej krytyczny moment i zahibernowały rynek pracy. Ale co będzie się jednak działo dalej? Czy nowa rzeczywistość pozwoli im samodzielnie stanąć na nogi i wrócić do gry w takiej skali jak wcześniej?

– Dziś jest za wcześnie na ogłoszenie sukcesu, dopiero nadchodzące miesiące pokażą, jaka jest prawdziwa skala zniszczeń i w jakim kierunku pójdzie nasza gospodarka – zaznacza Kozłowski.

Czytaj także: Koniec tarczy dla samozatrudnionych

Niestety, zdaniem większości ekonomistów na razie trudno mówić o optymistycznych scenariuszach.

– Czeka nas recesja, i to ciężka – komentuje krótko prof. Witold Orłowski z Akademii Finansów i Biznesu. – Złe nastroje wśród konsumentów nie znikną tylko dlatego, że rząd ogłosił koniec epidemii. Polacy mają coraz mniej w portfelach i będzie jeszcze gorzej. Do tego musimy liczyć się ze spadkiem PKB o 10 proc. u naszego głównego partnera handlowego – w Niemczech. Moim zdaniem nawet bez II fali epidemii recesję w Polsce już mamy zagwarantowaną – przekonuje Orłowski.

Czytaj także: Paweł Borys: Nikt nie chce kolejnego lockdownu

Orłowski ostrzega, że stopa bezrobocia już na jesieni może wzrosnąć nawet do poziomu dwucyfrowego, co oznaczałoby, że liczba osób bez pracy się podwoi, sięgając 2 mln osób.

– Mechanizmy kryzysowe nie zostały zatrzymane przez samo odmrożenie gospodarki, cały czas trwają – zaznacza też Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego. – Wpadliśmy w pewną zamkniętą pętlę – im więcej osób traci pracę i dochody, tym mocniej spada popyt konsumpcyjny. Im mniejszy popyt, tym mniej inwestycji prywatnych, co oznacza brak poprawy na rynku pracy, pogorszenie się nastrojów konsumentów, spadek popytu itp. Jeśli chcemy uniknąć długotrwałego kryzysu, trzeba przerwać tę pętlę, wspierając inwestycje prywatne – podkreśla Bujak.

Także według Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Credit Agricole Bank Polska, największą ofiarą koronawirusa są inwestycje prywatne. Ich osłabienie to jednocześnie największe zagrożenie w najbliższej przyszłości. – Bez inwestycji firm w rozwój trudno mówić o powrocie do dobrej koniunktury gospodarczej, nowych miejscach pracy i wyższych płacach. – Dopóki nie odbudujemy klimatu inwestycyjnego, dopóty nie będzie można mówić, że uporaliśmy się z gospodarczymi skutkami pandemii – podkreśla Borowski. Na razie jest z tym słabo, w badaniach koniunktury GUS firmy mają awersję do ryzyka i można się spodziewać głębokiego spadku inwestycji w drugiej połowie roku.

– Dziś na rynkach króluje niepewność – zaznacza Adam Antoniak, ekonomista Banku Pekao SA. – Dochody gospodarstw domowych realnie spadają, niepewne więc są zachowania konsumentów. Jeśli zaczną oszczędzać, np. w obawie przed utratą pracy, to trwałe ożywienie nie przyjdzie szybko – ocenia.

Niepewne jest ożywienie w gospodarce światowej, co uderzyłoby w naszych eksporterów, ani przyszłość branż, które przed kryzysem pandemicznym i tak już stały na rozdrożu, np. tradycyjna motoryzacja. Jeszcze większą niepewność niesie pytanie o to, jak rozwijać się będzie pandemia i ryzyko drugiej fali.

Choć nikt dokładnie nie wie, jak może wyglądać druga fala, kiedy może nastąpić ani w jakiej skali, to wiadomo, że może przynieść bardzo poważne konsekwencje. – Co prawda trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek zdecydował się na drugi lockdown w takim wymiarze jak ten przy pierwszej fali – mówi Antoniak. – Rządy przekonały się, że koszty całkowitego zamknięcia gospodarki są zbyt potężne. Powoduje to spustoszenie w wymiarze ekonomicznym, społecznym, a także w zakresie fiskalnym, czyli rosnącego w niespotykanej wcześniej skali wzrostu zadłużenia. Ale nawet bez lockdownu druga fala zachorowań może spowodować takie same zniszczenia – zaznacza ekonomista.

– Ludzie i firmy już sami z siebie wiedzą, jak reagować na pandemię, przechodzimy na pracę zdalną, ograniczamy życie towarzyskie, cała masa ludzi zostaje w domu – wyjaśnia Jakub Borowski. – To rozsądna reakcja, ale w praktyce i tak negatywnie odbiłaby się na gospodarce, prawie tak samo negatywnie jak lockdown – dodaje Antoniak.

– Połowa marca i kwiecień, czyli tygodnie całkowitego zamrożenia gospodarki, oznaczały największy spadek tempa wzrostu gospodarczego od stulecia. Oznaczały bezprecedensowy wzrost bezrobocia i puchnący dług publiczny. Niestety, z konsekwencjami tej sytuacji będziemy się borykać przez dłuższy czas – podsumowuje Bujak.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA