fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Kino polskie: bilans 2016

Wołyń reż. Wojciech Smarzowski Ważny i mocny film o rzezi polskiej ludności na Kresach Wschodnich w 1943 roku. Kolejna po „Róży” wielka lekcja historii: współczesne ostrzeżenie przed nacjonalizmem i szerzeniem ideologii nienawiści.
materiały
Twórcy wszystkich pokoleń budują dzisiaj świetną kondycję polskiej sztuki filmowej.

Kino ostatniego roku to sztuka czasu pełnego podziałów, zawirowań, strachu przed terroryzmem, tragedii uchodźców, politycznych kłótni, zagubienia ludzi. I te właśnie niepokoje odbijają się na ekranie. Także w Polsce.

W najciekawszych filmach roku 2016 twórcy, sięgając do historii, idą pod prąd nowej polityki „kina narodowego". Nie kręcą obrazów o „wielkich zwycięstwach narodu". Raczej przestrzegają, szukają korzeni zła. Jednym z najważniejszych obrazów ostatnich lat jest „Wołyń", w którym Wojciech Smarzowski pokazał bestialstwo ludzi działających w amoku. Przypomniał, jak niewielkiej iskry potrzeba, by w społeczeństwie wybuchła fala nienawiści, której nie daje się zatrzymać.

W „Zaćmie", opowiadając o kilku dniach z życia stalinowskiej zbrodniarki Julii Brystygierowej, Ryszard Bugajski pytał: jak to się dzieje, że inteligentkę, wykształconą we Lwowie i Paryżu, może zaślepić ideologia? I jak żyć potem ze świadomością zbrodni, w których się uczestniczyło?

W „Szczęściu świata" Michał Rosa przez pryzmat losów mieszkańców jednej śląskiej kamienicy na przełomie lat 30. i 40. XX wieku opowiedział o historii wdzierającej się w życie ludzi. W „Jestem mordercą", dla którego punktem wyjścia jest sprawa „wampira z Zagłębia", Maciej Pieprzyca mówił o wielkich dylematach moralnych w świecie, w którym rządzący reżim buduje obraz rzeczywistości „pod tezę", a ludzie zgadzają się na kłamstwo mające uzasadnić sukces panującej ideologii.

Ale Ryszard Bugajski czy Wojciech Smarzowski to już dzisiaj niemal klasycy. A jednym z najważniejszych zjawisk w naszym kinie AD 2016 stała się fala debiutów twórców urodzonych w latach 80. Trzydziestolatkowie nie tworzą jednolitej grupy. Pochodzą z różnych środowisk, szli do kina innymi drogami, ich filmy też nie wychodzą spod jednej sztancy.

Ale łączą ich talent, wyczucie filmowej materii. I to, że niemal wszyscy przeszli przez dokument i potrafią uważnie patrzeć na rzeczywistość. A wreszcie: poczucie osamotnienia w świecie, w którym wszyscy coraz mniej bezpiecznie się czujemy.

Najgłośniejszy tytuł sezonu, „Ostatnia Rodzina" Jana P. Matuszyńskiego to opowieść o rodzinie malarza Zdzisława Beksińskiego – megazdolnej, ale dotkniętej depresją. O życiu i śmierci, miłości i zniewoleniu, sztuce. A w tle jest tu Polska. Akcja filmu toczy się w latach 1977–2005. Na ścieżkach między blokami stojącymi przy warszawskiej ulicy Sonaty odbijają się nastroje tego czasu. Pokolenie lat 80. jest ciekawe Polski czasu socjalizmu i transformacji. Odbija się ona również w „Zjednoczonych Stanach Miłości" weterana wśród 30-latków, Tomasza Wasilewskiego. Ta opowieść o czterech kobietach z małego miasta na początku lat 90. to historia niespełnień i rozpaczliwej walki o swoją codzienność.

Najczęściej jednak młodzi twórcy pokazują własne pokolenie zagubione w nadmiarze wrażeń i możliwości. Inteligentne, otwarte, ale unikające odpowiedzialności, niepotrafiące zbudować niczego trwałego. Naznaczone samotnością jak bohaterowie „Kampera" Łukasza Grzegorzka czy „Wszystkich nieprzespanych nocy" Michała Marczaka.

Wielki talent ma Bartosz M. Kowalski. Jego „Plac zabaw" to studium wiszącej dziś w powietrzu agresji. Opowieść o dzieciach przesiąkniętych złem, pozbawionych moralnych drogowskazów. Ten film – niemal paradokumentalny, skromny w formie, a jednocześnie nowoczesny – to krzyk. Kowalski odważnie przesuwa granice sztuki. Ktoś to musi robić. Kto, jak nie artyści?

Inny świat interesuje Grzegorza Zaricznego. Bohaterki jego „Fal" należą do tej grupy, która w nowej Polsce z mozołem stara się budować swoje życie, ale nie potrafi doskoczyć do własnych marzeń. Zariczny, który ma ogromną społeczną wrażliwość, może wzbogacić polskie kino o filmy szlachetne, robione w obronie tych, którzy zwykle nie mają siły krzyczeć.

Lista ciekawych debiutantów jest dłuższa. Kuba Czekaj, rozliczając się z dojrzewaniem w „Baby Bump" i „Kólewiczu olch", powala nowym językiem i nieokiełznaną wyobraźnią. Trudne dorastanie i utrata złudzeń odbijają się też w thrillerze Wojciecha Kasperskiego „Na granicy". A następne debiuty są już w produkcji. Świetna generacja.

Pisząc o roku 2016, nie sposób nie wspomnieć oczywiście o rynku. Wszystko wskazuje, że w tym roku znów padnie w kinach rekord frekwencyjny, a przyczyniają się do tego również sukcesy kasowe komedii romantycznej „Planeta singli" Mitji Okorna (ponad 1,5 mln widzów) oraz „Pittbulla. Niebezpiecznych kobiet" Patryka Vegi (prawie 2,5 mln widzów).

I wielka strata, którą poniosła polska kultura. Odszedł Andrzej Wajda. Wielki mistrz, który przez lata towarzyszył narodowi, dodawał mu sił, wspierał swoją mądrością.

Zostawił nam, jak testament, ostatni film „Powidoki", przestrzegając przed światem, w którym władza chce rządzić sztuką i duszami obywateli. Przypomina, czym jest wolność. Zostawił szkołę, w której miłości do kina i prawdy uczył najmłodsze pokolenie artystów. A wreszcie przesłanie, jakie ostatnio powtarzał: „Razem jesteśmy silni!".

Dziś polskie kino jest w dobrym momencie. Przywozi nagrody z festiwali, przełamuje konwencje, przygląda się rzeczywistości, obnaża mechanizmy historii. I odświeża się, dopuszczając do głosu nowych twórców. Tego kapitału nie wolno zmarnować.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA