fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Viggo Mortensen: Znów stałem się synem

Viggo Mortensen
Viggo Mortensen w filmie „Jeszcze jest czas” w swojej reżyserii M2 Films
materiały prasowe
Aktor Viggo Mortensen – gwiazdor „Władcy pierścieni" i „Green Book" – mówi o swoim debiucie reżyserskim. Film „Jeszcze jest czas" od 31 marca w sieci.

Dołączył pan do aktorów, którzy zajęli się reżyserią. Choć trzeba powiedzieć, że to późny debiut.

Może dobrze, że przydarzył się dopiero po sześćdziesiątce. Przez całe życie grałem w filmach znakomitych twórców, obserwowałem, jak przygotowują się do zdjęć i pracują na planie. To mi pewnie pomogło uniknąć kilku błędów, które zwykle popełniają debiutanci. Czasem warto poczekać.

To prawda, że scenariusz „Jeszcze jest czas" napisał pan po śmierci matki?

Wracając z jej pogrzebu, myślałem w samolocie o naszej rodzinie, o trudnym doświadczeniu demencji, która dotknęła rodziców, o moich dziecięcych latach. O ojcu, który miał autorytarny charakter. Przypomniałem sobie, jak zabrał mnie na polowanie. Ale wracały i chwile, kiedy widziałem płaczącą matkę i rozchodzących się rodziców. Zacząłem to wszystko notować. Z tych notatek narodził się scenariusz. W miarę pisania coraz bardziej oddalałem się od własnego życia, ale wciąż ten projekt pozostał bardzo osobisty.

Przeszłość wraca w pana filmie w retrospekcjach, ale akcja toczy się współcześnie. To opowieść o relacjach starego, popadającego w demencję, konserwatywnego ojca i syna mieszkającego ze swoim mężem i jego córeczką. O zderzeniu dwóch światów.

Filmowy Willis ma cechy mojego ojca, który jako 14-letni chłopak uciekł z domu, sam walczył o przetrwanie, przeżył czas II wojny światowej. To wszystko zostawiło ślad w jego psychice. Poza tym należy do pokolenia, w którym facet musiał być twardy, tak rozumiano wtedy męskość. Ojciec nigdy nie pogodził się ze zmianami obyczajowymi, które przyniosły lata 60. i 70. Ale w filmie, konfrontując tę postać z synem, myślałem również o tym, co działo się w kraju. O coraz silniejszych antagonizmach społecznych, narastaniu agresji i nienawiści, o politykach, którzy podsycają niechęć do inności, bo na tym budują swoją władzę.

To jest druga warstwa filmu.

Dzisiejsza nieumiejętność komunikowania się mnie przeraża. Musimy zacząć od nowa. Znaleźć sposób na to, jak być razem i nawzajem się słyszeć. Zrozumieć innych, nawet tych, z którymi się nie zgadzamy. W filmie syn i ojciec nie umieją ze sobą rozmawiać. Ale trzeba próbować. W rodzinie, środowisku, państwie. Trzeba dzieci uczyć tolerancji i otwartości na świat.

Pan taką lekcję chyba dostał. Matka – Amerykanka, ojciec – Duńczyk, dzieciństwo w Ameryce Południowej, szkolne lata w Nowym Jorku, młodość w Danii. Mówi pan w siedmiu czy ośmiu językach.

To prawda, życie nauczyło mnie szacunku dla innych. Nie akceptuję idei „wyjątkowości", bo prowadzi do nacjonalizmu. W Stanach to dziś panująca ideologia. Tymczasem stwierdzenie: „Jesteśmy najlepsi, Bóg kocha nasz kraj bardziej niż inne" jest głupotą. Rodzi nietolerancję, niechęć wobec ludzi, którzy mają inne poglądy, inną orientację seksualną, wyznają inną religię, czy są ateistami. Niestety, nacjonalizm jest ostatnio często wykorzystywany przez polityków walczących o władzę. Także w Polsce, która jest krajem o bogatej historii, wspaniałej tradycji, świetnej sztuce, filozofii. Krajem, w którym żyje tylu wspaniałych ludzi. Jestem przekonany, że Polska zasługuje na lepszą władzę, tak samo jak Stany zasługują na lepsze kierownictwo, niż miały w ciągu ostatnich czterech lat. Na szczęście u nas zmiana już się dokonuje. Nie jest łatwa, czas prezydentury Donalda Trumpa poczynił szkody w świadomości Amerykanów, rodząc nietolerancję i ignorancję. Teraz walczymy o inne wartości. Mam nadzieję, że w Polsce też górę wezmą idee tolerancji, otwartości i solidarności.

Tolerancja jest ważna w pana filmie, gdzie nic nie jest czarno-białe. Wszystkich stara się pan zrozumieć. Nikogo nie ocenia.

W sztuce szanuję autorów, którzy nie mówią mi, co mam czuć i myśleć. Tych, którzy zadają pytania, lecz nie narzucają odpowiedzi. Chciałem namalować pewną sytuację i pozwolić widzom, by sami ją przetrawili.

80-letniego Lance'a Henriksena oglądaliśmy głównie w kinie akcji, a dzięki kreacji w pana filmie zostanie zapamiętany jako wspaniały aktor dramatyczny.

Lance dał mi znacznie więcej, niż mogłem marzyć. Namalował portret niejednoznaczny, wzruszający, bardzo prawdziwy. Wierzę, że ta rola oprze się upływowi czasu.

Dlaczego zdecydował się pan osobiście partnerować mu w roli syna?

Potrzebowałem aktora, który przekonałby inwestorów, że mogą wyłożyć na film pieniądze, a nie stać mnie było na zatrudnianie gwiazd, więc jako producent znalazłem aktora, który zagrał za minimalne stawki. Równie tani byli: Mortensen – reżyser, Mortensen – scenarzysta i Mortensen – kompozytor. Musiałem oszczędzać, budżet wynosił tylko 6 mln dol. Ale rola Johna była dla mnie ważna.

Zagrał pan w prawie 60 filmach. Które panu są najbliższe?

Do Oscara byłem nominowany za role w takich filmach, jak „Green Book" Petera Farrelly'ego, „Wschodnie obietnice" Davida Cronenberga i „Captain Fantastic" Matta Rossa. Te filmy były fantastycznym wyzwaniem. Ale są inne, które mają dla mnie duże znaczenie: futurystyczna „Droga" Johna Hillcoata czy „Ze mną nie zginiesz" Davida Oelhoffena, zrealizowany na podstawie prozy Camusa – piękny film nakręcony w językach francuskim i arabskim, gdzie zagrałem nauczyciela w Algierii.

Po udanym debiucie reżyserskim będziemy pana widzieć za kamerą częściej?

Mam nadzieję. W tym roku zagram w kilku filmach, ale napisałem w czasie pandemii dwa nowe scenariusze i jeden z nich chciałbym zrealizować w przyszłym roku. Nie wiem jeszcze który: oboma interesują się producenci. Jeden jest westernem, opowieścią o miłości i zemście. Drugi to historia wojenna oglądana oczami dziesięcioletniej dziewczynki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA