fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Jubileusz Sylwestra Chęcińskiego. Sąd ma być po naszej stronie

Sylwester Chęciński, wielki mistrz polskiego kina gatunkowego
wikipedia/Fryta 73
90 lat kończy reżyser sagi o Kargulach i Pawlakach, „Wielkiego Szu” oraz „Rozmów kontrolowanych”.

W świadomości widzów funkcjonuje głównie jako twórca komedii.  Jego nakręcona w latach 1967-77 trylogia „Sami swoi”, „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”, stała się kultowa. Dzisiaj w Toruniu wznosi się pomnik jej bohaterów – Pawlaka i Kargula. W Lubomierzu, gdzie kręcone były zdjęcia i gdzie co roku odbywa się Festiwal Filmów Komediowych, zorganizowano poświęcone im muzeum. Historia latami walczących miedzę przesiedleńcow ze Wschodu podbiła serca widzów. Może dlatego, że Chęciński postawił na pełny realizm. Przyglądał się Polsce, wiecznie skłóconej i podzielonej. I z przymrużeniem oka portretował czas socjalizmu. Teraz, gdy „nowe wraca”, a  demokracja jest coraz bardziej zagrożona i zdeptana, wiele filmowych dialogów stało się przeraźliwie aktualnych. Choćby ten: „No sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”... A jak tragicznie w czasach narastającej agresji i hejtu, brzmi ostatnia wola babci Pawlakowej: „Kaźmierz, klaczkę masz oźrebić, Witię bogato ożenić, a Pawełka od maleńkości z karabinem oswajać... dopóki Kargul żyje...”

Równie wnikliwie Sylwester Chęciński obserwował Polskę w „Rozmowach kontrolowanych” -  rozgrywającej się w stanie wojennym komedii, która też, niestety, zyskuje aktualność, gdy publicyści z niepokojem piszą o próbach wykorzystania epidemii do rozszerzenia inwigilacji obywateli. Ale przecież reżyser, łącząc w tym filmie konwencje Barei i Munka, jak sam mówi „nie był krwiożerczy”. Naruszał „świętości”, nie pozwalając sobie na szyderstwo i zacietrzewienie.

A jednak Sylwester Chęciński burzy się przeciwko traktowaniu go jako „twórcy komedii”. Kiedyś zapytany w radiowym programie o marzenie zażartował wręcz: „Chciałbym przestać być reżyserem „Samych swoich”.

Coś w tym było, bo przecież jest artystą o bardzo różnorodnym dorobku. Oprócz komedii ma w swej filmografii także obrazy sensacyjne, obyczajowe, dramat wojenny. Zawsze szedł własną drogą. Gdy polskie kino hołubiło głównie rozliczenia z historią i dramaty pełne aluzji do politycznej sytuacji, on nie stronił od obrazów gatunkowych. Gdy inni ze szczyptą pogardy wypowiadali się o „komercji”, on zawsze podkreślał, że wartości artystyczne filmów chce połączyć z popularnością u publiczności. Przede wszystkim jednak zawsze był bacznym obserwatorem rzeczywistości. Nie bez powodu nazywano go malarzem polskich charakterów. Nosi w sobie traumatyczne dzieje XX wieku: wojnę, czas komunizmu i budowania nowej Polski po 1989 roku.

- Cieszę się, że dane mi było przeżyć różne okresy historii  - mówi.  - To ogromnie człowieka wzbogaca. Daje perspektywę, dystans. Chociaż cena za to doświadczenie bywa wysoka.

Urodził się w Suścu na Zamojszczyźnie w 1930 roku. Zostały mu z tamtego czasu jasne wspomnienia wiejskiego życia. Ale potem była wojna, której pierwsze lata rodzina spędziła w Zamościu. Widział Żydów uciekających z transportów i trupów na ulicy. Pamięta towarowy wagon, którym przed wkraczającymi Rosjanami jechał w głąb kraju, pod Częstochowę, gdzie mieszkała rodzina ojca. I nauczyciela, który w remizie wystawiał z uczniami „Spadkobierców pana Wygi”. Potem była kolejna przeprowadzka – na Ziemie Zachodnie. Tam, w pół-zawodowym teatrze, przy którym się kręcił, ktoś mu powiedział: „W Łodzi powstała szkoła filmowa. Jedź”.

W uczelni przy ulicy Targowej Sylwester Chęciński spędził najczarniejszy okres stalinizmu. W odciętej od świata oazie oglądał filmy, czytał, nadrabiał braki w wykształceniu, w czasie praktyk podpatrywał Wojciecha Hasa. Studia rozbudziły w nim ambicje i nadzieje. A pod koniec nauki  podjął jedną z najważniejszych decyzji swojego życia. We Wrocławiu powstawała wytwórnia filmowa, która zaoferowała etaty pięciu absolwentom łódzkiej filmówki. Zgłosił się.

- Przyjechałem do tego miasta i zostałem w nim na zawsze - opowiadał mi.

Tu przez całe życie pracował, z dala od stołecznego zgiełku. Zbierał doświadczenie jako asystent Wajdy czy Lenartowicza, zadebiutował filmem „Historia żółtej ciżemki”, którą inscenizował w konwencji gotyckiego malarstwa. Wstydził się: starsi koledzy stworzyli polską szkołę filmową, a on ma zrobił bajkę dla dzieci, jednak debiut otworzył mu drogę do filmu, który jemu samemu jest najbliższy. W „Agnieszce 46” rozliczał się z czasem wojny. Nie pokazywał walki, śmierci, bohaterstwa. Opowiadał o ranach i skazach, jakie zostały w psychice ludzi. O dwojgu samotnych, pokaleczonych ludziach, którzy mimo uczucia nie potrafili sobie nawzajem zaufać.

Jako twórca kina sensacyjnego wzniósł się na szczyt w „Wielkim Szu”. Tam też nie pozwolił sobie na łatwiznę. Jego wychodzący z więzienia szuler był człowiekiem samotnym, uzależnionym od adrenaliny i hazardu, nie mającym poczucia, że dobrze w życiu obstawił. Były w tym filmie nowoczesność, niejednoznaczność, całkowity brak moralizatorstwa. I jak zawsze – spojrzenie na Polskę. Tym razem gierkowską, z rozbudzonym apetytem na lepsze życie, a przecież wciąż siermiężną.

Czas po transformacji nie był dla Sylwestra Chęcińskiego łaskawy. Brak pieniędzy na kulturę, brak dobrych scenariuszy, spowodowany, paradoksalnie, szokiem wolności. Do tego rodzący się rynek – próby imitowania amerykańskiego stylu, co zupełnie nie leżało w charakterze twórcy „Samych swoich”. Nie umiał się w tym odnaleźć. W 1991 roku odszedł ze studia Kadr na emeryturę. Pracował głównie dla Teatru Telewizji. W 2006 roku nakręcił telewizyjny film „Przybyli ułani”, gdzie znów w sobie właściwy sposób przyglądał się polskiej wsi, ale też polskiemu cwaniactwu i mitomanii.

Sylwester Chęciński żyje skromnie we Wrocławiu, który zawsze pozwalał mu trzymać się z daleka od polityki. Ma tu przyjaciół, którzy podobnie jak on unikają blichtru. Dla wielu jest mistrzem. Cenią tam jego staromodną, rzadko już spotykaną przyzwoitość, specyficzne, niewymuszone poczucie humoru.

Dziś Sylwester Chęciński ciężko znosi czas pandemii i izolacji. Choruje na serce, właśnie wrócił do domu ze szpitala. Ale pozostaje wierny sobie. Gdy niedawno spytałam go co jest ważne w życiu odpowiedział: „Ład w człowieku”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA