fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Kat bije po cichu

Léa Drucker i Denis Ménochet w filmie „Jeszcze nie koniec”. Już na ekranach
Solopan
Xavier Legrand, twórca wstrząsającego filmu „Jeszcze nie koniec” opowiada Barbarze Hollender o przemocy domowej i o tym, dlaczego nakręcił tę opowieść.

W 2003 roku dostał pan nominację do Oscara za film krótkometrażowy o kobiecie, która z dwojgiem dzieci uciekła od męża tyrana. Zapowiadał pan wtedy nakręcenie tryptyku o przemocy domowej.

Xavier Legrand: Rzeczywiście planowałem trylogię złożoną z trzech trzydziestominutowych filmów. Nie ukrywam zresztą, że nominacja oscarowa mnie ośmieliła i pomogła w zdobywaniu funduszy. Zwłaszcza że jako aktor teatralny, nieromansujący specjalnie z kinem, nie miałem poprzecieranych różnych dróżek, które nagle się przede mną otworzyły. Ale gdy zacząłem temat dalej dokumentować, zrozumiałem, że pół godziny dla tak drastycznego i skomplikowanego tematu to za mało. I narodził się pomysł na „Jeszcze nie koniec”.

Według Amnesty International więcej kobiet w wieku 15–40 lat umiera na skutek przemocy niż na raka. U nas co ósma badana Polka deklaruje, że przynajmniej raz w życiu została uderzona przez partnera, a 37 procent zna przypadki znęcania się fizycznego i psychicznego w rodzinie.

Podam równie porażające liczby. We Francji co dwa i pół dnia kobieta jest mordowana przez swojego partnera. W większości przypadków dzieje się to wówczas, gdy chce ona odejść lub tuż po rozstaniu. Potem w prasie ukazują się artykuły, w których dziennikarze piszą o „zbrodniach z namiętności”. Jakich namiętności? To jest apogeum trwającej przez lata przemocy domowej.

 

A pan osobiście zetknął się z takimi przypadkami?

Pyta pani, czy zaznałem jej kiedykolwiek sam? Na szczęście nigdy jej nie doświadczyłem. Przeżyłem rozwód rodziców, ale to było rozstanie kulturalne. Miałem jednak znajomą, która ewidentnie była ofiarą swojego partnera. Domyślałem się tego, potem wiedziałem na pewno, choć ona nigdy nie powiedziała o tym ani słowa. Dlatego mój film jest również o milczeniu.

Bo o przemocy domowej wciąż mówimy cicho i ze wstydem?

Niestety, tak. Kobiety cierpią w samotności, zimą wychodzą na ulicę w ciemnych okularach albo w upał wkładają bluzki z długim rękawem, żeby nie było widać sińców. Co więcej, często zdarza się, że osoby doświadczające takiego traktowania same czują się winne. „Bo coś zrobiłam nie tak, bo obiad był przypalony, bo źle wychowałam dziecko, które jest niegrzeczne, bo męża zdenerwowałam... ”. Spotkałem się z tym wielokrotnie.

 

Dokumentacja do filmu „Jeszcze nie koniec” musiała być traumatyczna.

Przeczytałem wiele tekstów na temat psychologii ofiar przemocy domowej. Brałem udział w zajęciach grup terapeutycznych. Kontaktowałem się z organizacjami społecznymi, które próbują roztoczyć opiekę nad ofiarami, z sędziami prowadzącymi sprawy rodzinne. Wreszcie z policjantami. Najtrudniejsze były jednak rozmowy z maltretowanymi kobietami. Uderzyło mnie to, że przemoc domowa nie jest domeną społecznego marginesu. Równie często zdarza się w zasobnych domach, w normalnych, na pierwszy rzut oka absolutnie niepatologicznych rodzinach.

O pana bohaterze jego współpracownicy mówią z sympatią.

Chciałem, żeby widz na początku nie wiedział, komu wierzyć: mężowi czy żonie mówiącej o maltretowaniu i strachu. A przede wszystkim próbowałem zrobić film wykraczający poza potoczną wiedzę, że „mężczyzna bije kobietę”. Czasem nie kończy się na codziennym maltretowaniu, lecz dochodzi do najcięższych zbrodni, a często wszystko to dzieje się na oczach dzieci.

 

Dlatego spojrzał pan na rodzinną tragedię oczami chłopca, który rozpaczliwie chce ratować matkę?

Tak. I musimy zdawać sobie sprawę, że ta głęboka rana zostaje w człowieku na długo. Może na zawsze. A jeśli przydarza się dziecku? Jak ono ma potem żyć? Pisząc scenariusz, zastanawiałem się, czy mały aktor może zagrać taką rolę. Thomas okazał się nieprawdopodobnym aktorem. Otoczyliśmy go opieką, ale codziennie w czasie zdjęć podziwiałem jego dojrzałość i mądrość.

W jednej ze scen pana filmu sąsiadka, słysząc krzyki, dzwoni na policję. W ten sposób ratuje kobiecie życie. Ale potem zagląda przez uchylone drzwi i jest traktowana jak wścibska baba.

Pokutuje w nas najczęściej przekonanie, że to, co dzieje się za drzwiami sąsiada, to jego sprawa. I jego prawo do prywatności i intymności. Ale musimy się nauczyć reagowania na krzywdę, nie usprawiedliwiać własnej obojętności poszanowaniem czyjegoś prawa do intymności. Ofiary przemocy domowej nie dadzą sobie rady same. Każdy z nas powinien być czujny. Organizacje społeczne powinny zmieniać mentalność ofiar, które najczęściej cierpią w samotności. Poważną rolę ma również do odegrania system sprawiedliwości. Byłem pod wrażeniem mądrości sędziego, który uzasadniając wysoki wyrok w sprawie o przemoc domową, napisał: „Obowiązkiem matki jest chronić swoje dzieci. Ale naszym obowiązkiem jest chronić matki”.

W filmie zostawia pan widzowi nadzieję.

Chciałem go skończyć pozytywną refleksją. Trzeba wierzyć, że przemoc – zarówno fizyczna, jak i psychiczna – nie może trwać bezkarnie.

Recenzja

Pozornie rozwód, jakich wiele. Coś nie wyszło, zdarza się. Żona chce jednak wyłącznej opieki nad synkiem. Mówi sędziemu o brutalności męża. Mężczyzna ma za sobą zeznania kolegów: koleżeński, spokojny, więc dostanie prawo do widywania się z dzieckiem. Dalej Xavier Legrand pokazuje strach kobiety i chłopca, a także narastającą agresję. I dramat dziecka, które chce uchronić matkę przed zagrożeniem. Jakie wspomnienia ma chłopiec, jeśli tak się boi ojca? Reżyser powoli odsłania karty i chce widzem wstrząsnąć. Zrobił film o tym, co dzieje się czasem za zamkniętymi drzwiami mieszkań i do czego zdolni są zwyczajni ludzie, których na co dzień mijamy na klatce schodowej, na podwórku. To również film o strachu i wstydzie ofiar, o obojętności i milczeniu otoczenia. Bo przecież tragedia wisi tu w powietrzu od początku.

Fabularny debiut Xaviera Legranda jest filmem dojrzałym, ciekawym i potwornie bolesnym. To skromne kino porusza do głębi. I thriller, który kryje historię, jakie wydarzają się naprawdę.

Xavier Legrand , aktor i reżyser. Ur. 1979 r. Jako aktor związany jest głównie z teatrem, ale grał też w filmach, m.in. w „Zwyczajnych kochankach” Philippe’a Garrela. Za krótki film „Zanim stracimy wszystko” został nominowany w 2005 r. do Oscara. W 2017 r. dostał Srebrnego Lwa na festiwalu w Wenecji za reżyserię „Jeszcze nie koniec”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA